Zobacz również
Przed maską wyrasta drewniany szlaban. Wjeżdżamy do wioski, gdzie mówią nam, że główny szlak wiodący do parku jest odcięty przez rzekę. Na dachu Jeepa sadowi się James, który zostaje naszym przewodnikiem. Prowadzi nas inną drogą do przeprawy pontonowej. Kamienie ustępują luźnemu piaskowi, z którym Jeep dzielnie walczy. Nie zauważamy ogromnej kłody, urywamy czujnik ABS.
Już od ośmiu godzin bujamy się na boki na ogromnych koleinach, a wskaźnik kilometrów jakby stał w miejscu. Nagle na drogę wychodzi rodzina słoni. Nie są zadowolone z naszej wizyty. Chwilę stoimy naprzeciw siebie, mierząc siły. Pierwszy ruch należy do zwalistego ssaka. Napręża się, stawia ogromne uszy i rusza w naszą stronę głośno rycząc. Odpowiedź jest natychmiastowa. Wsteczny i gaz. To mu wystarcza. Chowamy się za zakrętem, odzyskując miarowy oddech. Dopiero teraz uświadamiamy sobie, że na dachu siedzi nasz przewodnik. Dobre pół godziny czekamy, aż słonie się oddalą. Niestety, kończy nam się paliwo. Rezerwa mruga do nas znacząco. Musimy się zatrzymać i dolać benzynę z kanistra. Piotr tankuje, a my z Jamesem obserwujemy okolicę. Nerwowo się rozglądam, ale na szczęście słoni nie widać.
Docieramy do obozu. Nie zauważam żadnego ogrodzenia. Znad pobliskiej rzeki dobiegają nas odgłosy hipopotamów. Dzieli nas od nich wysoki brzeg. Osłonięci jedynie cienką moskitierą, nie możemy zasnąć.
Rankiem zabieramy się do drugiej rundy walki z buszem. Nieoczekiwanie staczamy się w piaszczystą nieckę, którą przepływa rwąca rzeczka. Piotr wrzuca wsteczny bieg, ale koła bezskutecznie buksują w luźnym piachu. Poddajemy się. Próbujemy do przodu, ale najpierw trzeba sprawdzić, co kryje się pod zamulonym lustrem wody. Kilkaset metrów dalej wylegują się ogromne krokodyle. Siedzimy bezradnie. Nagle zdesperowany Piotr decyduje się wejść do zdradliwej rzeki. Nie zważa na moje krzyki i protesty. Kiedy woda sięga połowy ud, zaczynam histerycznie płakać. Oczami wyobraźni widzę go w paszczy potężnego gada. Piotr wyskakuje z wody. Wsiada mokry do auta, zapina reduktor, z impetem wciska pedał gazu i przejeżdża muliste dno. Koła się ślizgają, ale już po kilku sekundach jesteśmy bezpieczni po drugiej stronie barykady.
Przed nami rzeka Oranje - naturalna granica pomiędzy Namibią a RPA. Jeszcze tylko 611 km i cel jest nasz. Rychło naszym oczom ukazuje się dominująca nad Kapsztadem góra Stołowa. Z ust wyrywa się okrzyk radości. Mamy ochotę wszystkim oznajmić, że się udało. Czym prędzej pędzimy na Przylądek Dobrej Nadziei. Stoimy na naszym końcu świata, nie mogąc pohamować emocji. Przed nami bezkres oceanu. Dalej już tylko Antarktyda...
Tekst: Iza Witkowska
Zdjęcia: Piotr Witkowski
Więcej na: www.naszymsladem.pl
Wasze opinie na forum
Ten artykuł nie został‚ jeszcze skomentowany.Bądź pierwszy i wypowiedz się w dyskusji!




















Mazda 5 – wielofunkcyjna
Åšwiat bez Sahary
