Taki jest cel naszej podróży - zdobyć Alpy samochodem, jadąc tak wysoko jak się da, czyli przez pięć najwyższych podjazdów szosowych w Europie i jeszcze trzydzieści innych.
Zobacz również
Zaczyna się spirala śmierci. Dla kierowcy (pasażer pewnie przeżywa to samo), który nigdy nie jeździł po takich trasach, to prawdziwy szok. Zakręty są tak ciasne, że ledwie mieści się w nich nasze niezbyt wielkie auto, a tu trzeba się mijać z innymi. Pedał gazu jakby przestał działać, auto na dwójce ledwie się toczy i to na 3000 obr/min, gdzie moment obrotowy jest całkiem przyzwoity. Każde nieznaczne zwolnienie na zakręcie, czy przy mijance z innym pojazdem, zmusza do przypiłowania maszyny na jedynce do 4000 obrotów, aby pojawił się choć cień szansy wrzucenia drugiego biegu. To nie wszystko...
Z bocznych okien widać wszechobecną przepastną przestrzeń, która potęguje nasze przerażenie. Dłonie na kierownicy zaciśnięte są jak imadła i pocą się niemiłosiernie. No i... odwrót jest niemożliwy, a zwykłe tylko zatrzymanie się dla ochłonięcia spowoduje duży korek (inni też chcą jechać). W takim napięciu docieramy do wysokości ponad 2400 metrów, gdzie rozpościera się spory płaskowyż, ze skrzyżowaniem i parkingami. Zatrzymujemy samochód, gasimy silnik, który o mało się nie ugotował i teraz stygnąc skrzeczy i strzyka.
Dotychczasowa droga była wymagająca psychicznie i fizycznie, kolejny podjazd (z kostki brukowej) okazuje się o dwie klasy trudniejszy. Robiony wyłącznie na pierwszym biegu, z zakrętami zatrzymywanymi prawie do zera i w panice, żeby tylko nie trzeba było się z nikim mijać. Po kilku minutach wjeżdżamy na parking i ukazuje się tablica Edelweisspitze - 2571 metrów n.p.m. To najwyższy punkt dostępny dla samochodu w Austrii - góra, na której szczyt można wjechać autem.
Nad nami „wisi" jeszcze zjazd, który jest jednym z najtrudniejszych w Alpach. Zatem kilka zdjęć i w dół. Auto na jedynce wyje i rozpędza się coraz bardziej. Wspomagamy opory silnika również hamowaniem i wkrótce jesteśmy na dole. Kilka kilometrów dalej ukazuje się kolejny kameralny malutki parking z ławą biesiadną dla turystów, położony tuż przed przełęczą Hochtor, na wysokości ok. 2400-2450 m. Ponieważ jest zlokalizowany w zaułku skalnym, panuje tu cisza i można zaryzykować stwierdzenie, że jest ciepło. Zabieramy się do zrobienia obiadokolacji, z całym garnkiem gorącej herbaty z cytryną „na deser". Otwieram piwo i wbijając wzrok w alpejskie doprawione bielą grzebienie, siedzę na malutkim składanym drewnianym taboreciku oparty o blachę dzielnego auta.
Odpoczywa też nasz Nissan Serena - model z 1993 roku, z 2-litrowym silnikiem. Gdy wyjeżdżaliśmy z Trójmiasta, miał na liczniku 215 000 km. Teraz zapewnia nam także nocleg - trzy rzędy foteli rozłożone do poziomu tworzą niby-tapczan.
Wasze opinie na forum
Ten artykuł nie został‚ jeszcze skomentowany.Bądź pierwszy i wypowiedz się w dyskusji!




















Mazda 5 – wielofunkcyjna
Åšwiat bez Sahary
