Z Januszem Liberkowskim - Polakiem zamieszkałym w USA, inżynierem, twórcą bezpiecznego samochodowego fotelika dla dzieci, wybranym najlepszym amerykańskim wynalazcą - rozmawia Julian Obrocki.
Zobacz również
Gratulacje od prostego byłego polskiego inżyniera, dziś tylko redaktora, dla wielkiego polskiego inżyniera. Mija półtora roku, gdy wśród tysięcy konkurentów zdobył pan tytuł największego wynalazcy. Ale dziennie na świecie ginie w wypadkach drogowych kilkadziesiąt niemowląt. Gdyby fotelik był na rynku choćby od stu dni, tych ofiar byłoby o kilka tysięcy mniej. Fotelika nie ma. Gdzie to utknęło? Liberkowski: W biurokracji. To jest fotelik przeznaczony do ratowania życia w warunkach ekstremalnych. A taki sprzęt wymaga bardzo szerokich badań i wielu certyfikatów.
I spełnia wymogi?
Liberkowski: Spełnia, bo ratuje życie absolutnie. Ale nie spełnia formalnej normy na taki fotelik, bo jej... nie ma! Nigdzie! W USA też nie. A norma „od pasów" jest zła, bo nie pozwala, by pasażer „robił fikołka". A w moim foteliku dziecko się obraca. Na razie trzeba „pogorszyć" fotelik, bo zanim ustawodawstwo przebrnie przez parlamenty... Testy zderzeniowe są absolutnie pozytywne.
Dużo aut trzeba było rozbić, by w pełni udowodnić zalety fotelika?
Liberkowski: Ani jednego! Istnieje aparatura, tzw. sanie zderzeniowe, takie jak dla manekinów, gdzie w pełni można to sprawdzić.
Fotelik jest dla całkiem małych niemowlaków. A co z większymi dziećmi?
Liberkowski: Mam już fotelik dla przedszkolaków, powiedzmy do 5 lat. Większe są możliwe, ale nie mieszczą się w zwykłych samochodach.
FOTELIK LIBERKOWSKIEGO
Największą zaletą „fotelika Liberkowskiego" jest jego zadziwiająca prostota. Oznacza to przyzwoicie niskie koszty produkcji, a więc potem niewygórowaną cenę na rynku. Ten błysk geniuszu to po prostu dwie kule, jakby dwie piłki, umieszczone jedna w drugiej. I „na tyle śliskie", że mniejsza kula może się bardzo lekko obracać, i to w dowolną stronę, w kuli zewnętrznej. Kule mają oczywiście „otwór do wkładania dziecka", ale na tyle „nie za duży", że mniejsza kula nie może z większej wypaść. Dziecko jest oczywiście w mniejszej kuli, ale nie w jej środku ciężkości, lecz „na dnie", poza środkiem obrotu. I przypięte jest normalnymi pasami. W czasie wypadku dziecko „nigdzie nie leci" i „w nic nie uderza", ale razem z wewnętrzną kulą rozpoczyna ruch obrotowy. Przy lekkiej stłuczce będzie to ruch huśtawki, a przy mocnym zderzeniu „pełny fikołek" lub nawet ruch wirowy (o ile zmienione przepisy pozwolą).

Wasze opinie na forum
- Użytkownik Bart 15.12.2008, 17:02
A nie zastanawialiście się nigdy dlaczego fotele w samolotach są przodem do kierunku lotu. To
- Użytkownik Marek 11.11.2008, 14:11
DZIECI POWINNY PODRÓŻOWAĆ W FOTELIKACH MONTOWANYCH TYŁEM DO KIERUNKU JAZDY TAK DŁUGO JAK TO MOŻLIWE,
- Użytkownik Marek 11.11.2008, 14:07
Dziwię się, dlaczego foteliki montowane tyłem do kierunku jazdy są w Polsce tak mało popularne.




















Nissan GT-R – Z życia ekstremy
BMW Z4 – celuje w Porsche!
