Zobacz również
Wszystko jest białe: śnieg, samochód i moja twarz - od kremów z filtrami przeciwsłonecznymi. Bo tu na górze promienie słońca są bardzo zdradliwe, z powodu niskiej temperatury mało kto je zauważa. Obrotomierz, jako najważniejszy instrument na pokładzie Lambo, stracił swoją pozycję na rzecz termometru wyświetlanego na wielofunkcyjnym ekranie. W cieniu wskazuje około trzech stopni, ale już kilka zakrętów dalej słońce pozwala mu wspiąć się do granicy 20 stopni Celsjusza, a zmrożony nos zaczyna powoli tajać.
Woda z topniejącego śniegu spływa po zboczu, rzeźbiąc rowki pod zwałami śniegu, a potem o dwie pętle serpentyny niżej wypływa na asfalt. Albo rozbryzguje się na szybie Gallardo i krótko potem ląduje na głowie kierowcy. W ten sposób w kabriolecie może padać, nawet jeśli nie ma deszczu. Jest i inna możliwość - gdy ESP jest wyłączone i buksujące przednie koła wymiatają śnieg z asfaltu prosto do kabiny.
Ale mi zależy, by nie uronić niczego z atrakcji towarzyszących jeździe kabrioletem w śnieżnym wąwozie. W jasnym, przyjaznym tunelu otwartym ku niebu. Tu wrażenia są zupełnie inne niż w ciemnej dziurze wyrąbanej w skale, gdzie ściany ograniczają przestrzeń do klaustrofobicznych rozmiarów; tutaj ściany są jak bandy toru bobslejowego - kierują prosto do obranego celu. Mam sprzęt marki Lamborghini, o nazwie Gallardo, który dzięki zimowym oponom Pirelli P Zero Sottozero i napędowi na cztery koła świetnie utrzymuje się na obranym torze. Pozytywna strona jazdy w śnieżnym tunelu jest taka, że droga zadana jest już z góry i mogę koncentrować się tylko na jeździe i własnych wrażeniach. I rozkoszować się nimi.
Człowiek czuje się jak alpinista, który jako pierwszy wspina się na szczyt. Chce pozbawić przełęcz jej dziewictwa, znaleźć się samemu pośród tego niesamowitego krajobrazu, poczuć się jak na jakiejś odległej lodowej planecie. Być odkrywcą, nawet jeśli nie grożą żadne niebezpieczeństwa. Ale tu przypominają mi się słowa operatora pługa: „Zwłaszcza w południe, gdy robi się cieplej, z góry zsuwają się małe łachy śniegu". A potem jego mina, gdy kręcąc głową patrzy, jak otwieram dach kabrioletu.
Tak jakbym jazdę z zamkniętym dachem w ogóle brał pod uwagę. Przecież chcę być w samym środku zdarzeń, gdy lodowaty wiatr pośrodku skalnego pustkowia ślizga się na szybie Gallardo i świszczy wokół twarzy. Tylko ci, którzy przez cały rok jeżdżą z otwartym dachem wiedzą jakie to wrażenie, i że taka podróż dzięki wydzielającej się serotoninie nigdy nie kończy się grypą, a zawsze uczuciem najwyższego szczęścia.
Też chcecie posłuchać świstu wiatru w śnieżnym tunelu? To ruszajcie w drogę, gdy z nieba spadnie mnóstwo śniegu i poszukajcie alpejskiej przełęczy sięgającej co najmniej 2000 m. Niżej biały płaszcz nie poleży zbyt długo. Ważne też, żeby u góry było w miarę płasko, w przeciwnym razie lodowe ściany będą się piętrzyć tylko po jednej stronie drogi. I jeszcze trzeba wybrać dzień, w którym pługi właśnie wydrążyły świeże wąwozy w zwałach śniegu. Najlepiej wyruszyć, gdy prognoza pogody jest dobra - najpiękniej podróżuje się pod błękitnym niebem. Zima w pełni, Alpy czekają.
Tekst: Marcus Peters,
Zdjęcia: Hans-Dieter Seufert
Wasze opinie na forum
Ten artykuł nie został‚ jeszcze skomentowany.Bądź pierwszy i wypowiedz się w dyskusji!




















Nissan GT-R – Z życia ekstremy
BMW Z4 – celuje w Porsche!
