Zobacz również
Zapięcie pierwszego biegu zmusza pięknego klasyka do jazdy. W chwili gdy sześciocylindrowy silnik wykracza poza granicę 2000 obrotów, gdy przyjemne wibracje znaczą zwiększenie obrotów ponad wartość 4000, gdy zadziwiająco szybko nadciąga kolejny zakręt, do kierowcy zaczynają docierać słowa techników Mercedesa - bębnowe hamulce przy każdym kole i łamana oś napędowa. Co to znaczy, nie potrafią sobie wyobrazić nawet posiadacze najmniejszych samochodów. W chwili, w której dziś każdy przymierzałby się do zmiany biegu na wyższy, w SL-u noga kierowcy już głaszcze pedał hamulca. Przy wjeździe w zakręt trzeba hamować, znacznie zmniejszać prędkość i mocno ściskać chudą i wielką jak w ciężarówce kierownicę, w przeciwnym razie może zdarzyć się to, co w tamtych latach jakże powściągliwie opisał „auto motor i sport" - „SL może nagle zjechać z obranego toru, on nie wybacza zuchwałości".
Tak jakby w ogóle można było mówić o jakiejkolwiek zuchwałości w wypadku samochodu za 650 000 euro (w 1955 roku - równowartość 29 000 marek zachodnich), w którym już podczas jazdy z niedużą prędkością tylna oś kołysze się jakby tańczyła rock'n'rolla. Chylimy czoła przed desperatami, którzy tym luksusowym pojazdem potrafili poruszać się w tempie wyścigo- wym. Dopiero roadster z 1957 roku został wyposażony w lepszą oś łamaną ze stabilizatorem, a od roku 1961 samochód przynajmniej z przodu miał hamulce tarczowe.
Silnik jeszcze nie wspiął się do 6000 obrotów. Wtedy brzmiałby złowieszczo, twardo, upojnie - tak opisywał go „auto motor i sport" w 1955 r. I nic się od tamtego czasu nie zmieniło. Sześciopak ze Stuttgartu ryczy do 6600 obr/min, aż bębenki w uszach pękają.
Odurzony tym pokazem siły przesiadam się do współczesnego SLS-a. Głowa dotyka zagłówków, fotele otulają ciało, wokół snuje się wspaniały dźwięk ze sprzętu marki Bang & Olufsen. Kierownica jakby się nagle skurczyła, w porównaniu z tą z SL-a, wszędzie wokół zerkają poprawnie opisane, ergonomiczne przyciski i pokrętła. Jednak ten niepowtarzalny styl oryginału, to donośne klikanie metalowych przełączników i ten połysk tablicy rozdzielczej lakierowanej w kolorze nadwozia - wszystko gdzieś zniknęło, razem z wyczuwalnym w SL-u do dziś naczelnym zawołaniem konstruktorów: „Teraz dopiero pokażemy!"
Współczesny Mercedes wręcz połyka wzniesienia, wchodzi w zakręty z prędkością, jakiej klasyk nie osiągał na prostej. Hamuje jak wryty, przyspiesza, że aż ściska w żołądku, daje wspaniałe świadectwo postępu, jaki dokonał się w motoryzacji w ciągu półwiecza. Tyle że jeszcze musi się wykazać - tego klasyczny SL od dawna już nie musi.
Zdjęcia: Hans-Dieter Seufert
Wasze opinie na forum
Ten artykuł nie został‚ jeszcze skomentowany.Bądź pierwszy i wypowiedz się w dyskusji!




















Bezpieczeństwo bez kompromisów
Grand C4 Picasso, S-Max, 5008 – z rodziną w tle
