Zobacz również
Wraz z pakietem Formula, do którego należy maska silnika z wlotami powietrza i „miodowe" felgi, kierowca dostawał do swojego Firebirda podwójny wydech, twardsze zawieszenie i 170-konny V8 o pojemności 5,7 l, a za dopłatą, do wyboru, także silnik 6.6 (193/225 KM) lub 7.4 (250/290 KM). My zadowalamy się wersją 400 z jednostką 6.6, która wygląda na zagubioną w przepastnej komorze silnika, ale pracuje bardziej harmonijnie, gdy ją o to poprosić. Proszenie polega na najlżejszym z możliwych dotykaniu pedału gazu, które z malutką zwłoką wprawia ciężkie auto w ruch z temperamentem, jaki podczas corridy prezentują byki wyskakujące na arenę. Równocześnie z pierwszymi dźwiękami V8, podnosi się przód auta (co jest przyczyną owego opóźnienia) i stoi tak wystawiony do wiatru podczas szybkiego przyspieszania, by opaść do zwykłej pozycji, gdy tylko kierowca zdejmie nogę z gazu.
Potężny Firebird w wersji Formula jest w głębi swego potężnego serca stworzeniem delikatnym, które wprawdzie świetnie przyspiesza i nawet świetnie hamuje (tak, tak), ale lubi się przy tym lekko kołysać i wychylać na boki. Na szczęście nieszkodliwie, bo wielkiego Pontiaca udaje się stale utrzymywać pod kontrolą.
Firebirdowi niestraszne nawet szybko przejeżdżane zakręty, w które kierowca zmagając się z miękkim jak masło układem kierowniczym musi energicznie wprowadzić najpierw silnik, a później samego siebie. Nadwozie posłusznie podąża za przednimi kołami, ale Pontiac potrafi nagle zarzucić tyłem, jeśli kierowca doda za dużo gazu - w takim przypadku automatyczna skrzynia zmienia bieg na niższy i w jednej chwili przekazuje moc niemal 200 KM na sztywną tylną oś. Jazda tym łagodnym w gruncie rzeczy coupé staje się wyzwaniem przede wszystkim na mokrej kostce brukowej. Wtedy do samego startu spod świateł mogą być potrzebne dwa pasy ruchu, po których Firebird zatacza się jak pijany.
Lepiej więc nie zaprzęgać zbyt często do pracy wszystkich 193 mechanicznych koni Firebirda, zwłaszcza że kierowca musi się wtedy mocno starać, by nie zsunąć się ze śliskiego fotela. Dobrze, że przytrzymują go grube drzwi i wysoka konsola pośrodku między fotelami.
Trzeba jasno stwierdzić - nasz Firebird Formula 400 w oryginalnym stanie z 1974 r. (łącznie z oponami!) to jednak samochód do spokojnej jazdy, sportowy stres nie jest tym, co szczególnie go ekscytuje. Jeśli trzeba, potrafi pokazać rogi, ale tak naprawdę to szorstki i szczery kumpel, na którym zawsze można polegać. Taki jak prawie wszystkie „amerykany".
Tekst: Franz Peter Hudek
Zdjęcia: Hardy Mutschler
Wasze opinie na forum
Ten artykuł nie został‚ jeszcze skomentowany.Bądź pierwszy i wypowiedz się w dyskusji!




















To już 5 lat!
Pirelli w "Brazylli"
