Przywykliśmy, że concept cary służą prezentowaniu technicznych możliwości producenta i stanowią wizję tego, jak samochody mogą wyglądać w przyszłości. Od jakiegoś czasu są też jednak orężem w rękach speców od marketingu.
Prototypowe modele, ozdabiające stoiska podczas salonów motoryzacyjnych i urozmaicające nie zawsze ciekawy krajobraz hal wystawienniczych, z reguły nie przypominają niczego, co znamy z dróg i wyglądają jak wypożyczone z planu filmu science-fiction. A może powinniśmy użyć tu czasu przeszłego? Od kilku lat mamy bowiem do czynienia z nowym zjawiskiem - samochodami koncepcyjnymi, które bardzo jasno zapowiadają nadejście konkretnego auta. Czasem aż zbyt dosłownie...
RobertMarkowski
Ktoś zorientował się, poniekąd słusznie, że pokazywanie wersji studyjnej przed właściwym debiutem odmiany seryjnej skutecznie podgrzewa atmosferę i buduje zainteresowanie nowym modelem na długo przed jego pojawieniem się na rynku. Poza tym, przygotowując tego rodzaju zapowiedź można pozwolić stylistom trochę się „wyżyć" i użyć wszystkich pomysłów, które z różnych względów nie doczekają się realizacji w produkcji masowej. W ten sposób powstaje pojazd, który cieszy oczy, rozpala emocje i... tworzy fałszywy obraz tego, co ma nastąpić.
Niestety, kiedy przychodzi co do czego, a więc następuje premiera samochodu, który wkrótce znajdziemy w pobliskim salonie, często okazuje się, że śmiała wizja jakoś tak poszarzała i jakby uszło z niej powietrze. Odważne linie tracą na wyrazistości, a oryginalne, okraszone niepospolitymi materiałami wnętrza stają się ponure, banalne i pozbawione wyrazu. Dobrymi tego przykładami, których wolelibyśmy nigdy nie ujrzeć, są nowe Subaru Legacy oraz - niestety jeszcze bardziej potwierdzające naszą tezę - Suzuki Kizashi. Obydwa auta jawiły się przed ujawnieniem ostatecznych wcieleń jako dynamiczne, ostre i wyjątkowo „charakterne", a okazały się dość pospolite, żeby nie powiedzieć nijakie. Na osłodę powiedzmy sobie, że chociaż nowe Volvo S60 podąża mocno śladami swojego koncepcyjnego protoplasty i tchnęło nieco życia w odrobinę skostniały język stylistyczny szwedzkiej marki.
Być może producentom samochodów chodzi o to, by model seryjny kojarzyć z zapowiadającym go prototypem? By wytworzyć pewne silne wrażenie, które pozostaje obecne nawet po tym, jak księgowi obedrą auto ze wszystkiego, co wymyślili designerzy. By kierowca nieszczególnie ciekawego Legacy patrzył na pojazd w swoim garażu przez pryzmat drapieżnego i przykuwającego wzrok auta, które wcześniej narobiło mu takiego apetytu na produkt finalny. Nic to, że smakuje jak potrawa kuchni meksykańskiej bez śladu przypraw stanowiących o jej charakterze i rozpoznawalności w tłumie - grunt, że wygląda podobnie i wywołuje odpowiednie skojarzenia. Tak, może właśnie w tym sęk... Ale po co w takim razie Toyota pokazała swego czasu Auris Concept? Prototypowa zapowiedź popularnego kompaktu już sama w sobie brzmi dość kuriozalnie, w dodatku okazało się, że to nuda jako przedsmak wielkiej nudy! Paranoja...
Trudno również pojąć, o co na tym tle chodzi takiemu BMW. Bawarska firma ma dziwny zwyczaj pokazywania publiczności aut, które od ostatecznych wersji produkcyjnych różnią się chyba tylko napisem „concept" na tabliczce z nazwą salonowego eksponatu. Najpierw „szczują" potencjalnych klientów kontrolowanymi przeciekami, szpiegowskimi zdjęciami, szkicami i zapowiedziami powołania do życia zupełnie nowej, udziwnionej klasy pojazdów (czy ktoś już wie, co do diabła znaczy Progressive Activity Sedan i czy ta kategoria będzie mieć jakiegokolwiek przedstawiciela poza „piątką" GT?), po czym rujnują cały nastrój oczekiwania poprzez całkowite wyłożenie kawy na ławę. Z X1 i jeszcze paroma innymi modelami było dokładnie tak samo - można mieć wrażenie, że BMW zamknęło auta w magazynie na kilka miesięcy, potem je przemalowało i zawiozło na kolejny salon jako światowe premiery samochodów seryjnych. Czy ktokolwiek przestępował nerwowo z nogi na nogę czekając, aż opadnie zasłona? Chyba nie. I pomyśleć, że najciekawsze dzieło ostatnich lat - prawdziwie studyjny Concept CS - nie doczekało się żadnej realizacji... Bo nikt mi nie powie, że widać go w nowej „siódemce", jak zapowiadano!
Szkoda trochę, że prototypy straciły część swojego pierwotnego przeznaczenia i stały się jedną z technik PR. Powszechne już dziś wycieki fotografii z centrów prasowych i urzędów patentowych i tak sprawiają, że na długo przed premierą wszyscy wiedzą, czego się spodziewać, więc po co to całe mydlenie oczu? Miejmy chociaż nadzieję, że obiecujący FT-86 Concept od Toyoty (już drugi rozdział tej historii, oby nie opery mydlanej bez końca) przeobrazi się w pasjonującą Celikę, tak jak z całej serii „zwiastunów" wydestylowano właśnie drapieżnego Lexusa LF A. Inaczej psu na budę taka zabawa.
Robert Markowski
Wasze opinie na forum
Ten artykuł nie został‚ jeszcze skomentowany.Bądź pierwszy i wypowiedz się w dyskusji!

















Amerykanizacja
Dagger GT – V-max prawie 500 km/h
