Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.8

Fotoradary - wszystko co musisz o nich wiedzieć

Cała Polska żyje w strachu. Jeśli gdzieś jest kawałek prostej drogi i nie ma
niebezpieczeństw, które spowalniają ruch, jest tam szansa na fotoradar. Ale wróg to czy przyjaciel?

Julian Obrocki 2015-01-30

Fotoradary „mieszkają” w gustownych tzw. domkach dla ptaków. Ich liczba sięga 400–500 sztuk, ale zasiedlona jest mniej niż połowa. Radar jest drogi, a budka tania, więc część radarów prowadzi wędrowny tryb życia. Nie jest to gatunek lokalny, typowo polski, ale zasiedla podobne budki w wielu krajach. Tam jednak nie wzbudza takich emocji, bo domki stoją przy szkołach, szpitalach czy trudnych skrzyżowaniach, a nie jak u nas, najczęściej w szczerym polu lub tam (np. na dwupasmówkach), gdzie nie ma ruchu pieszych i łatwo kierowców jadących zgodnie z duchem, a nie literą prawa złapać. Ta „litera” to najczęściej znak 40 km/h. Na odludziu.

Jak się „ratować”? Gdyby radary były tylko w logicznych miejscach, odpowiedź byłaby prosta – jeździć zgodnie z przepisami. A wariatów surowo karać. Tak nie jest, więc ludzie kombinują. Cudowne spraye na tablice rejestracyjne nie działają.

Nakładki polaryzacyjne prawie też nie. Niby „lepszy” jest liść (lub lepkie opakowanie od landrynek) na tablicy rejestracyjnej. Na fotoradar stacjonarny trochę „pomaga”, przy zwykłej kontroli wręcz przeciwnie. Przy starszych autach tablica pod zderzakiem „przypadkowo” pięknie odchylała się od pędu powietrza. Nieliczni kombinują z kontrlampą błyskową lub finezyjnie wyłapują budki zamieszkałe korzystając z właściwości nowoczesnych telefonów komórkowych. Prosta metoda – jazda ciągle obok kogoś (działa!), na co dzień jest jednak nierealna. I na szczęście absurdalna.

Co robić, gdy zapuka listonosz? Najprościej zapłacić (nie ceny są miażdżące, ale punkty) i już. Lub wybrać się na rozmowę. Tu „koneserzy” proponują bogatą paletę pomysłów, np. niewyraźna twarz kierowcy („to przecież nie ja jechałem!”), co skutkuje mandatem bez punktów. Jeszcze łatwiej jest z autami służbowymi, leasingowymi, testowymi. Dlatego policjanci twierdzą, że najskuteczniejsza jest zwykła „suszarka” lub fotoradar z ekranem, ale wyjęty z budki i obsługiwany ręcznie. Wtedy nie ma nieczytelnych tablic i twarzy, leasingów, pisania pism i wezwań. Mandat i już.

Taka budka w szczerym polu to domek dla fotoradaru, zmora dla kierowców, ale dla gminy cudowny bankomat – wręcz żyła złota
 

Co jest w tej budce? Amatorskie sztuczki nie nadążają za rozwojem techniki. Rozdzielczość obiektywów i matryc jest coraz lepsza. Zasięg „dobrego zdjęcia” jest więc dużo większy niż się nam wydaje. A rozdzielczość pozwala porównywać tablice rejestracyjne z naklejką na szybie. (O czym się zapomina.) W dobrych warunkach oświetleniowych fotoradar „wygrywa”. Chyba że wolimy motocykl (brak tablicy z przodu, niewidoczna twarz). Nie wszyscy jednak są gotowi wyruszyć motorem – z rodziną i bagażem – na narty.

Więc poddać się? „Sojusznikiem” kierowców jest „słabość przeciwnika”. Najsłabszy punkt to kiepskie możliwości przerobowe służb administracyjnych, czyli niewydolne wypisywanie wezwań do zapłaty. (Ustawa daje na to tylko 30 dni.) Ale jeśli policjant przejdzie do grupy „papierkowej”, to nie będzie go z suszarką na ulicy. Braki kadrowe powodują, że fotoradary są niewyobrażalnie wydajniejsze niż pisanie papierów. A jak już zrobią zdjęcie, to nie tak łatwo usunąć je z systemu rejestracji (są zabezpieczenia), a więc należy wdrożyć postępowanie. Co więc robią właściciele radarów, by nie zginąć pod stosem papierów? Wyłączają je całkiem!

O co chodzi naprawdę? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Fotoradar to świetny biznes. Pod warunkiem, że nie stoi pod szkołą czy przedszkolem. Właścicielem może być nie tylko policja, ale też samorząd. A zatem gmina bierze kredyt i inwestuje w fotoradary. Nie postawi ich więc w nierentownym miejscu. „Sprytna” lokalizacja z lipnym ograniczeniem prędkości rekompensuje wydatek nawet w parę tygodni. Potem czysty zysk!

Wróg czy przyjaciel? Nie o to chodzi, by zlikwidować fotoradary. Mogą poprawiać bezpieczeństwo. Ale głupie miejsca i głupie znaki ograniczenia szybkości to lekcja lekceważenia prawa serwowana bezpłatnie obywatelom. „Stratą” jest też nauka cwaniactwa – kierowcy w polu zwalniają, a w miejscowości (są piesi, a nie ma radarów) nadrabiają. Pamiętaj, że to nie gmina czy policja, ale my wszyscy jesteśmy właścicielami tego sprzętu. I jako właściciele możemy żądać, poprzez samorządy i różne organizacje społeczne, by radar chronił nasze dzieci, a nie dobre samopoczucie skarbnika gminy.

Jest prawdą, że brakuje bezpiecznych dróg. Pamiętamy jak porównywano koszty budowy nowych dróg i nowych radarów. I gospodarnie wybrano rozwiązanie tańsze. Więc mamy, co mamy. Sam oceń czy fotoradar to twój wróg czy przyjaciel. Może warto jednak czasem jechać wolniej. Nawet bardzo szybkim autem.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    <p>Wśród kierowców utarło się przekonanie, że fotoradary są naszymi wrogami. Ale jak jest naprawdę?</p><br /><br /><a href="/porady/fotoradar-przepisy-mandaty,18859,1">Zobacz artykuł</a>
    auto motor i sport, 2015-01-30 14:30:19
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij