Zobacz również
Galeria

Czy te czy mogą kłamać? Afera rozpętała się już po pierwszym
wyścigu sezonu, kiedy na mecie mistrz świata Lewis Hamilton
okłamał sędziów, w wyniku czego ukarali oni Jarno Trullego.
Hamilton zyskał 3. miejsce i 1 punkt ekstra. Sprawa szybko wyszła na jaw, a Hamilton zamiast się przyznać, kręcił, że go zmuszono do kłamstwa.

F1 uwielbia afery, afery zaś uwielbiają F1. W tym roku Formuła 1 to mistrzostwa świata w wielkich aferach i gigantycznych skandalach. Wyścigi Grand Prix gnają poboczem, i to na całego.

Jaka piękna katastrofa... Start GP Malezji przesunięto z godz. 14.00 na 17.00, żeby w Europie transmisja była o przyzwoitej porze. W połowie GP lunęło tak, że imprezę przerwano i przez dobre 40 minut nikt nie wiedział co zrobić. W końcu zadecydowano o restarcie, ale było już za ciemno, by kontynuować. W 2010 r. Grand Prix Malezji startuje o 16.00.

Zaczęło się od próby ograniczenia przez FIA budżetów ekip F1, a sytuacja była o tyle nietypowa, że obie strony miały sporo racji. Federacja, że to jedyny sposób obniżenia kosztów, i zespoły, że kilkakrotne zmniejszenie wydatków z dnia na dzień jest nie do zaakceptowania już choćby dlatego, że pociągnęłoby za sobą kilkusetosobowe zwolnienia. Smaku całej sprawie dodawał fakt, że od niepamiętnych czasów zespoły trzymały się razem i razem gotowe były założyć nową serię wyścigów, w tym Ferrari, a jednocześnie Ferrari miało z FIA kontrakt na udział w F1 do 2012 r. Przy okazji wyszło na jaw, że Ferrari od 1998 r. cieszyło się tajnym kontraktem z FIA, który dawał włoskiemu zespołowi sekretne prawo weta co do wprowadzania zmian w regulaminach technicznych (to dopiero skandal!). Jak wyciągać brudy, to na całego.
Dodatkową przeszkodą w porozumieniu była osoba szefa FIA, którego zasługi odnośnie bezpieczeństwa zarówno w F1, jak i aut drogowych będą chwalone po wsze czasy, ale którego stylu rządzenia wszyscy w F1 mają serdecznie dość. W końcu pierwsza mrugnęła FIA, a porozumienie można skrócić tak - Max Mosley jesienią odejdzie, budżety zespołów nie będą ograniczone, za to ekipy zgodzą się w przeciągu dwóch lat zmniejszyć wydatki do poziomu z początku lat 90. Zapanował pokój i ogólna radość.
W F1 nigdy nie ma jednak tak, żeby nie mogło być jeszcze jednego skandalu. W sierpniu na dobre wybuchła afera „Crashgate", która w skrócie wyglądała tak: w GP Singapuru 2008 r. zespół Formuły 1 Renault, w osobach swojego szefa Flavia Briatore i dyrektora technicznego Pata Symondsa, nakazał jednemu swojemu kierowcy (Piquet) rozbić się o ścianę w ściśle określonym miejscu na torze i na ściśle określonym okrążeniu, aby zwiększyć szanse drugiego kierowcy (Alonso) na wygranie wyścigu. Piquet profesjonalnie auto roztrzaskał tuż po tym jak Alonso wykonał swój pit stop, na torze pojawił się samochód bezpieczeństwa, w wyniku czego Hiszpan znalazł się na czele i dowiózł pierwsze miejsce do mety. Historia wyścigów Grand Prix zna różne przekręty i oszustwa, ale czegoś takiego jeszcze nie było.
Można sobie wyobrazić co działo się w centrali niczego nie świadomego koncernu Renault po wybuchu takiej bomby. W każdym razie Briatore i Symonds „odeszli" w trybie natychmiastowym, a Renault wydało oświadczenie, że firma nie będzie kwestionować zarzutów. Wyrok ŚwiaŚwiatowej Rady FIA: Briatore - wieczna banicja; Symonds - pięcioletnia; zespół Renault - dyskwalifikacja w zawieszeniu na dwa lata.
Pomijając Briatore i Symondsa, czy wyrok był dla zespołu F1 Renault łagodny? Tak. FIA bez oporów stosuje odpowiedzialność zbiorową (patrz dyskwalifikacja Toyoty z rajdów w 1995 r. i afera szpiegowska McLarena sprzed dwóch lat, gdzie za działania paru osób zostały ukarane zespoły), której tym razem jednak nie zastosowała. Jest to bowiem wyrok tzw. pragmatyczny. Czasy są jakie są, F1 straciła już dwóch producentów i nie mogła sobie pozwolić na stratę trzeciego, który na dodatek zaopatruje w silniki dwie ekipy (własną i Red Bulla). Świat jest szary.
Nie da się nie zapytać o rolę Fernando Alonso w całej aferze. Sprzed trybunału FIA Hiszpan wyszedł czysty i być może rzeczywiście o niczym nie wiedział. Ale niech nam ktoś wyjaśni: czy kierowca tej klasy nie miał żadnych wątpliwości, kiedy zespół wypuszczał go na start z dalekiego 16. miejsca ze skrajnie nietypową strategią - małym ładunkiem paliwa i nie na tych oponach co trzeba? Nie pomyślał, że coś jest nie tak? Nie zadał żadnego pytania?
Wyroki wydane, afera „Crashgate" to już historia. A sezon się jeszcze nie skończył...
W międzyczasie, mniej więcej co dwa tygodnie dwudziestu kierowców ściga się kolorowymi samochodzikami. Podobno trwają jakieś mistrzostwa świata, ale kto by sobie nimi zawracał głowę?
Tekst: Roman Popkiewicz
Wasze opinie na forum
Ten artykuł nie został‚ jeszcze skomentowany.Bądź pierwszy i wypowiedz się w dyskusji!

















To już 5 lat!
Pirelli w "Brazylli"