Wygląda zgrabniej niż niejeden hatchback, prowadzi się lepiej niż większość samochodów, które podszywają się pod sportowe, a gdy trzeba - potrafi zabrać na pokład nawet siedem osób. W teście 220-konny, wszechstronny van Forda - S-Max.
Zobacz również
Galeria

Na trasie, duży S-Max potrafi zadowolić się zużyciem paliwa na poziomie 8,5 l/100 km.

S-Max sporo potrafi nie tylko jako van, ale też jako dobrej klasy samochód o sportowym zacięciu.

Mimo wielu cech wskazujących na to, że S-Max to normalny samochód anie tylko van, sporo w nim też z tego ostatniego.

Do vanów podchodzę z dystansem. Cenię je za przestronne wnętrze i możliwość swobodnej jego aranżacji, ale irytują mnie zbyt wysoka pozycja za kierownicą i właściwości jezdne jak dostawczej furgonetki. Zamiłowanie konstruktorów vanów do wszechobecnych, często kompletnie bezużytecznych schowków też uważam za mocno przesadzone.
Po najnowszym modelu Forda nie spodziewałem się, że przewróci mój „vanopogląd" do góry nogami. Tym bardziej że już na dzień dobry S-Max powstał jako produkt „uboczny" nowego Galaxy. Jeśli samochód na samym wstępie jest pochodną innego auta, to nie wróży nic dobrego. Po otwarciu drzwi okazuje się, że S-Max nie chce za wszelką cenę być wśród vanów bardziej papieski niż sam papież. Tablica rozdzielcza auta ze sporych rozmiarów konsolą środkową oraz klasyczne w formie zegary - znajdujące się w jedynym słusznym miejscu, czyli tuż przed oczami kierowcy zamiast na środku deski rozdzielczej jak w wielu vanach - wyglądają jak w każdym normalnym samochodzie. Umiejscowienie fotela względem kierownicy i pedałów oraz jego duży zakres regulacji umożliwiają dobranie tak samo wygodnej pozycji za kierownicą, jak w każdym innym modelu Forda.
Po uruchomieniu silnika i przejechaniu zaledwie kilku metrów mój pogląd na temat vanów zaczyna się niebezpiecznie chwiać. Skoro ani tablica rozdzielcza, na której schowki są ważniejsze niż zegary, ani zbyt wysoko umieszczony fotel, który sprawia, że siedzi się wyprostowanym jak na taborecie, ani precyzja prowadzenia S-Maxa nie przypominają mi bez przerwy, że prowadzę vana, czyli wyrób autobusopodobny, czyżby w końcu trafiła kosa na kamień? Przed ostateczną kapitulacją powstrzymuje mnie perspektywa jeszcze wielu dni spędzonych za kierownicą S-Maxa i wielu kilometrów, które były przede mną.
Wasze opinie na forum
Ten artykuł nie został‚ jeszcze skomentowany.Bądź pierwszy i wypowiedz się w dyskusji!


















To już 5 lat!
Pirelli w "Brazylli"