Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Gallardo LP 560-4 Spyder – w białym labiryncie

Kabrioletem przez Alpy. Gdy w śnieg na przełęczach zaczną wgryzać się pługi - pozostawią za sobą wzdłuż dróg strome lodowe ściany, jakby tunele otwarte ku niebu. Przejechać wśród nich kabrioletem to dość ekstremalne przeżycie.

Marcus Peters 2010-03-01
Lamborghini, Gallardo, LP 560-4, Spyder Swoim Gallardo pokonuję kolejne metry, ciągle pnąc się ku alpejskiej przełęczy.

Najwyższe partie Alp. Przed szlabanem, za którym zaczyna się wjazd na przełęcz nachodzą mnie poważne wątpliwości, czy aby uda mi się spełnić dawne marzenie - przejechać kabrioletem pomiędzy śnieżnymi ścianami wznoszącymi się wzdłuż alpejskich serpentyn. Po lewej - biało; po prawej - biało; nad głową - błękit lśniący ponad szybą Lamborghini Gallardo LP 560-4 Spyder. Tyle wizja. Rzeczywistość obnaża po lewej szarą skałę, po prawej brunatne zbocze, horyzont gubi się we mgle. Białe szaleństwo? Niestety, ani śladu.

 

Mimo to wyruszam na zamkniętą część przełęczy. Wysoko w górze olbrzymie maszyny podobno wgryzają się w śnieżną skorupę i właśnie do nich wolno mi dojechać - tak wynika z pozwolenia wystawionego przez władze szwajcarskiego kantonu Uri. Droga wiedzie przez brunatno- szary krajobraz upstrzony białymi łatami. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się pokonywać serpentyn z tak skwaszoną miną, nigdy jeszcze 560 KM nie wydawało mi się tak mało podniecające. Gallardo ma nawet wciąż na sobie czapę składanego dachu. Zwykle zdziera ją znad głów pasażerów już w pierwszej minucie przejażdżki, jeśli tylko z nieba nie leje deszcz. Przepraszam, jaki śnieg sprzątają te maszyny na przełęczy?

 

LAMBORGHINI GALLARDO LP 560-4 SPYDER

LAMBORGHINI GALLARDO LP 560-4 SPYDER

Cena w Niemczech 191 495 euro
KonkurenciFerrari 458, Porsche 911 Turbo
Silnikbenzynowy, 5.2, V10
Moc/przy obrotach560 KM/8000 obr/min
0-100 km/h4,0 s
Prędkość maksymalna324 km/h
Zużycie paliwa14,0 l/100 km
Emisja CO2330 g/km
Silnikpojemność 5204 cm3, 540 Nm przy 6500 obr/min, skrzynia biegów 6M, napęd na cztery koła.
Nadwozie2-drzwiowy, 2-miejscowy kabriolet, dł. x szer. x wys. 4345 x 1900 x 1184 mm, rozstaw osi 2560 mm, masa własna 1625 kg, poj. zbiornika paliwa 80 l.

Smętnie pokonuję zakręty, niemal ich nie zauważając. Spoglądam w lewo w dolinę i prawie umyka mi śnieżna pryzma po prawej. Hamuję, oglądam. Jest niska jak balustrada na tarasie domku na przedmieściach. Tak wąska szyba Spydera przecież nie jest, żeby śnieżna zaspa nie wystawała ponad jej ramę.

Swoim Gallardo pokonuję kolejne metry, ciągle pnąc się ku alpejskiej przełęczy. Rodzi się nastrój rezygnacji, myśli o powrocie przytłumiają uwagę. Tylko tak można wyjaśnić "nagłe" pojawienie się potężnej śnieżnej ściany. Majestatycznej, wysokiej na kilka pięter, urwistej. Wygląda jakby niedbale odlano ją z betonu. A więc to prawda, one istnieją! Wyłączam silnik, wysiadam i podziwiam jej piękno. Co za góra śniegu! Czy ważąca tysiące ton konstrukcja nie grozi zawaleniem? Tłem do tych rozważań jest plusk strumienia spływającego gdzieś obok.

Spomiędzy chmur wyziera słońce i pozostawia ślad na białej ścianie. Ta z kolei kontrastuje z brunatnymi skalnymi blokami, czarnym asfaltem i gdzieniegdzie błękitnym niebem. Chcę uszczknąć coś z białej masy, ale palce ślizgają się po szorstkiej powierzchni. No jasne, lód. Taka masa śniegu byłaby przecież niestabilna i nie opierałaby się skutecznie żywiołom przez kilka tygodni.

Z powrotem do samochodu, otwieram dach. Ryk odpalanego silnika rwie ciszę na strzępy, odbija się od lodowej ściany. Jest zupełnie nieświadomy, że fale dźwiękowe wywołują lawiny. Czy w razie czego Gallardo byłby na tyle szybki, by im uciec? Pas asfaltu nadający się do jazdy jest miejscami tak wąski, że lusterka Spydera rysują kreski na śnieżnej ścianie, a moją twarz dźgają kryształki lodu. To nie boli, bo skórę już znieczulił zimny wiatr. Wrażenie jest takie, jak podczas biegu na nartach.

Wszystko jest białe: śnieg, samochód i moja twarz - od kremów z filtrami przeciwsłonecznymi. Bo tu na górze promienie słońca są bardzo zdradliwe, z powodu niskiej temperatury mało kto je zauważa. Obrotomierz, jako najważniejszy instrument na pokładzie Lambo, stracił swoją pozycję na rzecz termometru wyświetlanego na wielofunkcyjnym ekranie. W cieniu wskazuje około trzech stopni, ale już kilka zakrętów dalej słońce pozwala mu wspiąć się do granicy 20 stopni Celsjusza, a zmrożony nos zaczyna powoli tajać.

 

Woda z topniejącego śniegu spływa po zboczu, rzeźbiąc rowki pod zwałami śniegu, a potem o dwie pętle serpentyny niżej wypływa na asfalt. Albo rozbryzguje się na szybie Gallardo i krótko potem ląduje na głowie kierowcy. W ten sposób w kabriolecie może padać, nawet jeśli nie ma deszczu. Jest i inna możliwość - gdy ESP jest wyłączone i buksujące przednie koła wymiatają śnieg z asfaltu prosto do kabiny.

Ale mi zależy, by nie uronić niczego z atrakcji towarzyszących jeździe kabrioletem w śnieżnym wąwozie. W jasnym, przyjaznym tunelu otwartym ku niebu. Tu wrażenia są zupełnie inne niż w ciemnej dziurze wyrąbanej w skale, gdzie ściany ograniczają przestrzeń do klaustrofobicznych rozmiarów; tutaj ściany są jak bandy toru bobslejowego - kierują prosto do obranego celu. Mam sprzęt marki Lamborghini, o nazwie Gallardo, który dzięki zimowym oponom Pirelli P Zero Sottozero i napędowi na cztery koła świetnie utrzymuje się na obranym torze. Pozytywna strona jazdy w śnieżnym tunelu jest taka, że droga zadana jest już z góry i mogę koncentrować się tylko na jeździe i własnych wrażeniach. I rozkoszować się nimi.

Człowiek czuje się jak alpinista, który jako pierwszy wspina się na szczyt. Chce pozbawić przełęcz jej dziewictwa, znaleźć się samemu pośród tego niesamowitego krajobrazu, poczuć się jak na jakiejś odległej lodowej planecie. Być odkrywcą, nawet jeśli nie grożą żadne niebezpieczeństwa. Ale tu przypominają mi się słowa operatora pługa: "Zwłaszcza w południe, gdy robi się cieplej, z góry zsuwają się małe łachy śniegu". A potem jego mina, gdy kręcąc głową patrzy, jak otwieram dach kabrioletu.

Tak jakbym jazdę z zamkniętym dachem w ogóle brał pod uwagę. Przecież chcę być w samym środku zdarzeń, gdy lodowaty wiatr pośrodku skalnego pustkowia ślizga się na szybie Gallardo i świszczy wokół twarzy. Tylko ci, którzy przez cały rok jeżdżą z otwartym dachem wiedzą jakie to wrażenie, i że taka podróż dzięki wydzielającej się serotoninie nigdy nie kończy się grypą, a zawsze uczuciem najwyższego szczęścia.

Też chcecie posłuchać świstu wiatru w śnieżnym tunelu? To ruszajcie w drogę, gdy z nieba spadnie mnóstwo śniegu i poszukajcie alpejskiej przełęczy sięgającej co najmniej 2000 m. Niżej biały płaszcz nie poleży zbyt długo. Ważne też, żeby u góry było w miarę płasko, w przeciwnym razie lodowe ściany będą się piętrzyć tylko po jednej stronie drogi. I jeszcze trzeba wybrać dzień, w którym pługi właśnie wydrążyły świeże wąwozy w zwałach śniegu. Najlepiej wyruszyć, gdy prognoza pogody jest dobra - najpiękniej podróżuje się pod błękitnym niebem. Zima w pełni, Alpy czekają.

Tekst: Marcus Peters,
Zdjęcia: Hans-Dieter Seufert

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Kabrioletem przez Alpy. Gdy w śnieg na przełęczach zaczną wgryzać się pługi - pozostawią za sobą wzdłuż dróg strome lodowe ściany, jakby tunele otwarte ku niebu. Przejechać wśród nich kabrioletem to dość ekstremalne przeżycie.
    auto motor i sport, 2010-03-01 11:11:52
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij