Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Maybach - 3 tony luksusu

Szaremu zmęczonemu człowiekowi nie starcza wyobraźni, by uzmysłowić sobie, że istnieje auto aż sto razy droższe od tego, którym jeździ na co dzień do pracy. A jednak tak jest. Maybach, pojazd z najwyższej półki jaka istnieje w motoryzacji, to trzy tony wynalazków i przygniatająca lawina superhipermegaluksusu.

Julian Obrocki 2008-06-09
Maybach Nadwozie jest „pół na pół” stalowe i aluminiowe (walka o każdy gram).  

auto motor i sport 9/2004

Można tego nie akceptować, ale tak już jest świat urządzony, że nie wszyscy są biedni. A parę osób nie jest biednych w stopniu znacznym. Wśród nich są ludzie zdegustowani skierowaną do nich ofertą - Rolls-Royce'a lub Bentleya. Dla takiej klienteli wraca na rynek Maybach - legenda nad legendami.

Pod koniec XIX wieku Wilhelm Maybach z Gottliebem Daimlerem wspólnie tworzyli początki Mercedesa. Potem Wilhelm z synem Karlem zbudowali słynną fabrykę silników do sterowców, a później, od 1919 r., sam Karl Maybach, konkurując z RR, zbudował 1800 sztuk superluksusowych samochodów. Po II wojnie światowej produkcji nie wznowiono. Teraz, po ponad 60 latach przerwy, legenda Maybacha wraca na światowe salony z pomocą koncernu DaimlerChrysler. Zbudowano auto absolutnie wyjątkowe. Dla wyjątkowej klienteli. Nie jest ono udostępniane gawiedzi i... dziennikarzom. Więc "dotarcie" do Maybacha wymagało protekcji Bardzo Ważnych Osób. Wreszcie Wielka Wiadomość - będę gościem Maybacha.

Nawet w Stuttgarcie przed hotelem czekający na mnie Maybach wzbudza sensację. Parę osób zza węgła zagląda z ciekawością, licząc na autograf jakiejś ekstrawaganckiej gwiazdy ekranu. Chyba ich zawiodłem.

Wpierw patrzę z daleka. Bryła wyrzeźbiona szlachetnie, poważnie, dostojnie, ale i drapieżnie. Aparycja wytworna. Spojrzenie przenikliwe. W oczach nie tylko ksenony, ale i słynne grawerunki. Rozmiar jak krążownika Aurora, nawet przyjęto jachtowy system oznaczeń "wg długości pokładu": wersja 62 ma 6,2 m długości, a druga, króciutka, "baby" 57 - "zaledwie" 5,7 m. Auto ogromne, ale przecież ma budzić podziw, grozę, szacunek, uwielbienie, zazdrość, zachwyt. I budzi.

Nadwozie jest "pół na pół" stalowe i aluminiowe (walka o każdy gram). Nikt nie ukrywa, że zakłady Maybacha są powiązane kapitałowo i zapleczem naukowo- technicznym z koncernem DaimlerChrysler, a więc z Mercedesem, ale to auto jest samodzielnym projektem. Mercedes też jest dumny z więzów krwi, bo od lat cierpiał na kompleks RR i Bentleya (z podtekstem BMW), i "współojcostwo" mu pochlebia.

Z całą tą wiedzą, w milczeniu podziwiam olbrzyma. Oczywiście, pod hotelem nie siadam za kierownicą - tylne drzwi otwiera mi szofer. Wnętrze robi na mnie piorunujące wrażenie. Wielkie jak gotycka katedra, jaśnie wielmożne, biesiadne. Szofer gdzieś daleko, prawie za horyzontem. W takim fotelu (raczej tron?), nie tylko samochodowym, nie siedziałem nigdy. Skóra aż erotycznie delikatna. Miękkość i wyprofilowanie całego umeblowania takiego living roomu nie do opisania słowami. Siedzi się jak w budyniu. Ale zupełne szaleństwo, łatwe do skopiowania nawet w maluchu, to niewyobrażalnie miękkie, puchowe... nakładki na zagłówki. Za dotknięciem różnych czarodziejskich guzików fotele zmieniają się w wygodne łóżka. Taka sofa z układem aktywnej (?!) wentylacji i z całą elektroniką oraz elektryką, której VIP powierza dolną część swych szlachetnych pleców (ja też powierzyłem) kosztuje więcej niż niejeden cały samochód. Czy ta część pleców na to zasługuje?

Dołem nie jakieś wykładziny, ale dywany, na ścianach skóry i egzotyczne drewno. Długość salonu 2,68 m, a więc więcej niż cały Smart. I ten dyskretny, intrygujący zapach - nie tylko skóry, ale pieniędzy i wieczności. Enklawa jakiegoś nierzeczywistego świata. Wokół nienachalnie wyeksponowana elektronika - TV, DVD, nawigacja, CD, telefony, Dolby Surround (600 W, 21 głośników), wszystko z pilotami, by nie męczyć się podnoszeniem ręki, lub sterowane głosem "Linguatronic". Oczywiście wszystko osobno dla poszczególnych foteli. Równie oczywiście - notebook, interkom i słuchawki; by nie było podejrzeń o ograniczanie wolności - bezprzewodowe. Żeby nie sprofanować wnętrza przypadkowymi przedmiotami, proponuje się klientom różne firmowe walizki, koce, niewywracalne kieliszki, pudełka do cygar (z precyzyjną klimatyzacją!), w tylnej komnacie bardzo sprytnie rozkładane stoliki, obok wystarczająco pojemna lodóweczka. Klima wielostrefowa. W dyskretnych schowkach firmowe parasole, inne na deszcz i na słońce. Nad głową sklepienie usiane gwiazdami i to bez... otwierania dachu, zbudowany jest on bo-wiem z przezroczystych ciekłych kryształów, które bezszelestnie "zamykają się" pod wpływem napięcia elektrycznego. Podobna znikająca szyba może być między kierowcą a pasażerami. W dachu mogą być też baterie słoneczne pozwalające zasilać podtrzymywanie temperatury w zaparkowanym aucie. Tylne, wielkie drzwi zamykane "guzikiem" z funkcją cichego domykania, by nie denerwować pasażera, który popadł w zadumę, melancholię lub sen oraz, by nie wystawiać ręki (z biżuterią) na deszcz, skwar lub pokusy. Łącznie, w Maybachu istnieją ponad... dwa miliony wariantów i opcji wyposażenia. Niestety, podobnie jak Fiat 126p, auto jest wyłącznie 4-osobowe. Bagażnik też niby ogromny, ale Smart się nie mieści. (Można by go upchnąć na tylnym siedzeniu.)

Słucham o tym wszystkim w czasie jazdy, czekając na moment najważniejszy. Wreszcie siadam za kierownicą. Zapalanie bez czasochłonnego (czas to pieniądz) trafiania kluczykiem w stacyjkę - przez odpowiednie dotknięcie dźwigni skrzyni biegów. Deska rozdzielcza wykwintna, skórzana, ani śladu nawet najdroższego plastiku. Wskaźniki podwójne, bo powtórzone częściowo przed pasażerami z tyłu, by nie męczyć się zaglądaniem przez ramię kierowcy, czy też nie podejmować wysiłku zadawania pytań. Kierownica oczywiście podgrzewana.

Wreszcie ruszam. Wielkie wrażenie. Jakbym rozpędzał jumbo jeta. Skręcam w boczną drogę. Krętą. Maybach idealnie utrzymuje zadany tor jazdy. Jak elektryczna kolejka. To za sprawą pneumatycznego, sterowanego komputerowo zawieszenia typu Airmatic. Regulowane jest ono z kabiny w czasie jazdy, w zakresie zdumiewającym: w trybie pałacowym jazda jest mięciutka, wręcz chybotliwa, ale po wydaniu komputerowego polecenia przejścia na tryb sportowy zmiana okazuje się radykalna - co zaskoczyło mnie wielce (a raz nawet uratowało) - i można żwawo Maybachem śmigać po zakrętach.

Kolos jest łagodny i drapieżny równocześnie. Dr Jekyll i Mr Hyde w jednym. Maybach lubi zakręty. Znacznie bardziej niż opisywany kiedyś przeze mnie w auto motor i sport Bentley. Auto przyspiesza bez opamiętania, z nieprzyjemną przerwą, ale okazało się, że na liczniku było... 250 km/h i interweniował komputer. Maybach nie ma stałej wysokości - przy dużych szybkościach jest coraz niższy. Hamulce 8-obwodowe (!) o niespotykanej specyfikacji - po dwa zaciski na koło (pojazd waży więcej niż dwa normalne samochody, a powinien hamować najlepiej na świecie). Do tego oczywiście ABS, ESP, ASR w najbardziej wyrafinowanych wersjach. Jazda, pomimo że jest to auto o długości małego autobusu, jest ekscytująca. To zasługa potężnego silnika - 5 i pół litra, V12, 36 zaworów, podwójna sprężarka i 550 KM, a więc 100 KM z litra. Do tego 900 Nm, czyli blisko dobrych lokomotyw. Jeden z najsilniejszych seryjnie montowanych silników na świecie. I świetna, bardzo "miękka", oczywiście automatyczna, 5-biegowa skrzynia. Maybach przyspiesza jak wehikuł czasu, prawie bezszelestnie (dla mnie to bardzo nieprzyjemne i deprymujące - rasowe auto powinno być odpowiednio głośne). Ale rozpędzając taki parowóz czuje się ciarki na plecach. Asocjacja osiągów i wygody wydaje się dobrze trafiona. Podobnie jak consensus silnika, skrzyni i zawieszenia. Ekstra, ale bez nadmiaru udziwnień.

Więcej udziwnień wymyślają sami klienci. Nie istnieje "wersja podstwawowa", nie ma dwóch jednakowych Maybachów, to kupujący ma "stworzyć" jedną z ponad dwóch milionów możliwych opcji. Robi się to bardzo pompatycznie.Klient jest zapraszany do atelier w Sindelfingen, gdzie przy odpowiednich do rangi sprawy drinkach i takimż anturażu wytworni prezenterzy w białych rękawiczkach i na srebrnych tacach serwują różne rozwiązania. Większe elementy, ku zaskoczeniu i uciesze nabywcy, wyjeżdżają z ukrytych w ścianach sekretnych szaf. (Dla osób, których dostojeństwo wyklucza wizytę w fabryce, robi się ekskluzywne prezentacje wyjazdowe w dowolnym punkcie globu.)

W tymże atelier odbywa się potem obficie filmowana i fotografowana, nieco groteskowa uroczystość wręczenia kluczyków. W końcu, odbiorcy to głównie zblazowani artyści, showbiznes, finansjera, ludzie władzy. Geograficznie to USA (Hollywood), kraje arabskie, azjatyckie "tygrysy" i... nowobogaccy Rosjanie. Jest też Maybach w ofercie na Polskę - w wersji "bez przesady", za dwa i pół miliona złotych. Do wożenia robotników na budowę - niekoniecznie; do budowy wizerunku wielkiej firmy - jak najbardziej.

Do zakupu takiego auta potrzeba nie tylko pieniędzy, ale i odwagi. Jedni kupują tylko po to, by się pochwalić, inni wręcz przeciwnie (choć trudno ukryć taki zakup). Niewątpliwie Maybach, "auto zbudowane do 20. miejsca po przecinku", to nobilitacja, rodzaj szlachectwa. Ma być oczu i pozostałych zmysłów zachwytem, ma być elegancki, wytworny i jak piękna kobieta ma głównie uśmiechać się i ładnie pachnieć. I umie to robić. W żyłach płynie mu błękitna krew, a nie benzyna. Jest dziełem sztuki i tak kosztuje. Trafia do ludzi, którzy nie pytają ile pali czy jaki ma współczynnik Cx (w klasie pałaców ma najlepszy). Technologicznie i cenowo ściga się z RR, Bentleyem i F-16. Trochę wtłacza człowieka w pęta techniki. Idealne auto dla ludzi, którzy sami się nie ubierają, sami nie myją zębów, a jedynie łaskawym skinieniem głowy komunikują się ze służbą.

Nieodparcie przy obcowaniu z Maybachem ciągle powraca pytanie o cel projektowania i budowania takich aut. Samochody tej klasy niekoniecznie muszą sprzedawać się z zyskiem... (Ale nie mogą być obraźliwie tanie.) Walka o stworzenie najbardziej luksusowego auta świata to raczej nie walka o kasę (chociaż czemu nie), ale - bez względu na koszty - pojedynek o imidż, prestiż, zazdrość, pochwały. Jakością wykonania i wyposażeniem Maybach nie ustępuje RR czy Bentleyowi. Jakością jazdy (ale oczywiście po naciśnięciu guziczka z trybem sportowym) wygrywa zdecydowanie, pozwalając na jazdę wręcz agresywną, podczas gdy brytyjscy (?) konkurenci stworzeni są bardziej do jazdy w trybie pałacowym. Natomiast po 60 latach przerwy trudno będzie szybko odbudować legendę.

Ekonomicznie rynek takich aut jest niewielki. Ale to rynek o wielkich wymaganiach. A na samym szczycie jest całkiem ciasno. Maybach nie jest tani. Ale płaci się nie za śrubki, lecz za dzieło, za legendę.

Pojeździłem Maybachem. Poczułem, doznałem. Po powrocie pojechałem z Okęcia miejskim autobusem zapchanym do granic absurdu zmęczonymi ludźmi. Bez firmowych nieprzewracalnych kieliszków w dłoniach. Powrót na drugą stronę lustra nigdy nie jest przyjemny. Ale Maybach jest potrzebny. Wszystkim. Daje impuls do marzeń. Porządny impuls. Z kierowcą, z kieliszkami i z pełną lodówką. 3 tony superhipermegaluksusu.

Tekst: Julian Obrocki
Zdjęcia: Bernd Hanselmann

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Szaremu zmęczonemu człowiekowi nie starcza wyobraźni, by uzmysłowić sobie, że istnieje auto aż sto razy droższe od tego, którym jeździ na co dzień do pracy. A jednak tak jest. Maybach, pojazd z najwyższej półki jaka istnieje w motoryzacji, to trzy tony wynalazków i przygniatająca lawina superhipermegaluksusu.
    auto motor i sport, 2008-06-09 17:23:46
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij