Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Mitsubishi Lancer – Cudze chwalicie

Zimowy odjazd. By być trendy, na narty wypada jeździć w Alpy. Jest jednak sposób na to, by mniejszym kosztem i wysiłkiem podesłać znajomym nasze fotki z... alpejskich lodowców.

Julian Obrocki 2009-02-04
Mitsubishi Lancer Ośnieżone Karkonosze. Dzika przyroda. Piękno doskonałe.

Jeśli zima dopisuje, regionem, który może podjąć się alpejskich wyzwań i konkurencji są polskie i czeskie Karkonosze. Do naszego rekonesansu wybieramy benzynowego Mitsubishi Lancera (1.8, 144 KM, przedni napęd) i w zimowych warunkach próbujemy, bez łańcuchów na kołach, objechać karkonoskie kurorty. Zaczynamy oczywiście od "perły polskiego narciarstwa" - pięknie ulokowanego u podnóża Śnieżki Karpacza. Miasto tętni życiem. Baza hotelowa znakomita. Oferta bogatsza niż w Warszawie, Krakowie, Gdańsku czy Wrocławiu. Oczywiście są to głównie kameralne, urokliwe obiekty nastawione na prawdziwego turystę, a nie na zjazdy korporacyjne, czy molochowate imprezy integracyjne. Turystów mrowie, wyciągi uwijają się jak w ukropie (ale nie nadążają i swoje czasem trzeba odstać). Najazd turystów mocno blokuje ciasne, niedostosowane do obecnego ruchu uliczki. A parkingów niewiele. Ciasnota trochę męczy. Piękną krętą zalesioną trasą naszym Mitsubishi próbujemy przebić się do nieodległej Szklarskiej Poręby. Po drodze piękne jezioro w Sosnówce. Niestety, zamiast dawać radość turystom, a zatrudnienie miejscowym, jest od lat płotem na głucho zagrodzone. Pretekst prosty - turyści mogliby wodę pobrudzić.

nieprzyjazne miejsce. Za chwilę Szklarska Poręba. Podobnie jak w sąsiednim Karpaczu, oferta noclegowa i gastronomiczna znakomita. W obu tych kurortach można się za 30 złotych przespać, a za 20 zł zjeść obiad. Wokół bogata sieć tras spacerowych i szlaków turystycznych, z pięknymi wodospadami Szklarki i Kamieńczyka oraz zdobywaniem szczytu dominującej nad okolicą Szrenicy (dla leniwych - całoroczny wyciąg). Tu w zimie czeka na nas piękna Lollobrygida - nartostrada o w pełni alpejskich parametrach (trudności nie dla każdego, a długość 4,5 km), a obok jeszcze trudniejsza wyczynowa trasa FIS. Niżej krótsze trasy i wyciągi dla mniej zaawansowanych. Tu żyje się z turystyki.

Do Czech tylko parę kroków. Jedyny problem to przebiegająca przez środek kurortu mocno obciążona międzynarodowa droga nr 3 właśnie do granicy. Ruszamy nią w dalszą, zagraniczną część wyprawy. Ruchliwa szosa pnie się w górę przez piękne lasy. Nagle horyzont rozszerza się - Polana Jakuszycka z wielkim ośrodkiem biathlonu, narciarstwa biegowego i trasą Biegu Piastów. Szkoda że wszystko tak blisko szosy.

Pierwsza miejscowość po zagranicznej stronie to Harrachov, ze słynną mamucią skocznią narciarską. Rzeczywiście wielkość obiektu budzi szacunek. Obok cała bateria mniejszych skoczni, a przy nich czereda dziatwy w kolejce do kolejnych skoków. Cały Harrachov to wielkie centrum turystyczne. Miejsc hotelowych też dużo. A za kwotę rzędu 20 złotych można już delektować się specjałami czeskiej kuchni z legendarnym smażonym serem czy knedlikami.

Z przyjaznego turystom Harrachova ruszamy wzdłuż grzbietu Karkonoszy na wschód w stronę jeszcze ważniejszych w tym regionie kurortów. Przez Rokytnice, Jablonec i Vrchlabi docieramy do brylantu czeskich Karkonoszy - Szpindlerowego Młyna. Miejsce cudowne, bo w odróżnieniu od Szklarskiej czy Jakuszyc tu kończy się droga, więc żyje się spokojnie, bez dzikich tabunów tranzytowych ciężarówek. Piękny kurort w ślepej dolinie, otoczonej ośnieżonymi szczytami, wianuszkiem wyciągów narciarskich i dobrych długich tras zjazdowych. Oczywiście dośnieżanych i oświetlonych. Miejscowość alpejskiej klasy. Jedynie ceny "nie dorównują" alpejskim standardom. W sąsiedniej, też "ślepej", a więc bezciężarówkowej dolinie kolejne centrum turystyki - Pec pod Śnieżką. Dojazd w zimowych warunkach dość trudny, niektórzy jadą na łańcuchach, ale nasze Mitsubishi lekce sobie te trudności waży. Kurort młody, rozwinięty niecałe sto lat temu, a więc bez spektakularnych zabytków. Ale ze słynną koleją linową na Śnieżkę, z dobrą bazą noclegową (choć nieszczególnej urody) i gastronomiczną. Oferta bogata, jadłospisy także po polsku, nasz język słychać wszędzie, ale kelnerka dumnie mówi, że Czechy mają swoją walutę więc nie można zapłacić w euro lub złotówkach, a obok jest kantor i proszę wpierw wymienić. Chyba że miłośnik naszej waluty woli zjeść po polskiej stronie, bo do już nieistniejącego przejścia na przełęczy Okraj niedaleko.

Wracamy do kraju (drogi od razu w gorszym stanie i mniej odśnieżane, ale nasz Lancer dzielnie sobie radzi) i w okolicach Karpacza i Jeleniej Góry chcemy zamknąć naszą pętlę. A po drodze niespodzianka. Niewielka wieś Mysłakowice - obok Gniezna, Krakowa i Warszawy kolejna stolica na terenie Polski. Królewska wieś króla Fryderyka Wilhelma III. Tu w miesiącach letnich król przenosił się z dworem z Berlina i z tutejszego pałacu i sąsiednich pałaców w Karpnikach, Wojanowie i Bukowcu rządził połową Europy. Żaden z alpejskich kurortów takiego wpływu na losy kontynentu nie miał. I pewnie mieć nie będzie. Trochę próbuje Davos. Wpada tam czasem parę ważnych osób, ale po paru dniach i podbiciu delegacji bez poważnych ustaleń rozjeżdżają się do domów.

Mysłakowice mają jeszcze inny bardzo alpejski walor. 172 lata temu tyrolscy protestanci skonfliktowani z katolikami zwrócili się do króla Prus o wytypowanie dla nich jakiegoś innego reprezentacyjnego, "podobnie alpejskiego" miejsca do życia. Urzędujący w światowych Mysłakowicach król wydał zgodę na osiedlenie się u boku swego majestatu. Parę dni później 416 alpejczyków z Zilertal z dobytkiem pokonało (pieszo!) niewyobrażalny dystans z Alp do Mysłakowic. Tu odtworzyli swoje alpejskie domy. Ząb czasu i wojny światowe naruszyły ich substancję, ale część stoi i funkcjonuje do dzisiaj. I do dzisiaj w niektórych strawę i nocleg dostać można. Ich drewniana architektura i słynne ogromne balkony żywcem przenoszą nas w prawdziwe Alpy. Nawet anteny satelitarne są identyczne. Więc jeśli oprócz pojeżdżenia na nartach potrzebujesz kamerą wideo i aparatem fotograficznym potwierdzić przed znajomymi swoje alpejskie pasje i kontakty, nie jedź, zwłaszcza z Gdańska czy Białegostoku, aż w Alpy. W czeskich Karkonoszach pojeździsz prawie w alpejskim standardzie. W polskich Karkonoszach - Karpaczu czy Szklarskiej - pobalangujesz lepiej niż a Alpach. Fotki, MMS-y i "pozdrowienia z Alp" wyślesz wszystkim z Mysłakowic. Zamiast drogo i daleko, lepiej blisko i taniej.

Tekst: Julian Obrocki
Zdjęcia: M. Barwiński, M. Rawluk/ga.com.pl

Aktualne ceny nowych samochodów:
 
JUŻ OD 102 990 PLN
Dostępne nadwozia: suv-5
SPRAWDŹ OFERTY

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Zimowy odjazd. By być trendy, na narty wypada jeździć w Alpy. Jest jednak sposób na to, by mniejszym kosztem i wysiłkiem podesłać znajomym nasze fotki z... alpejskich lodowców.
    auto motor i sport, 2009-02-04 11:02:43
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij