Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Big Boy, czyli dakarowe Mini

Nazywa się Mini, ale talent ma maksi – zwłaszcza do jazdy tam, gdzie przejechać się nie da. Najlepiej czuje się na pustyni, właśnie wygrał kolejny Dakar. Nas ciekawi, czy taki chojrak potrafi zachować się w mieście.

2013-03-08
No i zwycięstwo. Ten egzemplarz, który tak niepewnie czuł się w mieście, na pustyni wygrał błyskotliwie.

Berlińczyków niełatwo zadziwić. Dakarowe Mini oklejone z dołu do góry kolorowymi nalepkami i mocno wystające ponad poziom samochodowej drobnicy (ma dwa metry wzrostu) jednak robi na nich wrażenie. I faktycznie, wśród seryjnych Mini to dakarowe wygląda jak nasz Gortat w krainie liliputów. To absolutnie nieseryjny prototyp zbudowany w kilku zaledwie egzemplarzach na Rajd Dakar za grube miliony euro – dla najlepszych off-roadowych kierowców świata (Stephane Peterhansel, Nani Roma i nasz Krzysztof Hołowczyc).

W przeciwieństwie do modnych SUV-ów, najczęściej kierowanych damską rączką w stronę modnego zakładu fryzjerskiego lub solarium, ten Countryman nie nadaje się do szpanowania na bulwarach. Jeśli już, pasuje do zakazanych dzielnic, gdzieś na przedmieściach wielkich miast. Możliwości wykorzystania go w roli środka transportu są niemal równe zeru. W końcu dakarowe Mini powstało po to, żeby kierowcę i pilota jak najszybciej dowieźć do mety 600-kilometrowego odcinka specjalnego, usłanego kamieniami i pełnego dziur o rozmiarze małego krateru.

Wszystko, co do tego nie jest potrzebne po prostu wyrzucono. Dlatego w aucie nie ma ani skórzanej tapicerki, ani nawet klimatyzacji! Brakuje radia i choćby zwykłych opuszczanych korbką szyb. Tam gdzie w normalnym Mini jest bagażnik, w dakarowym podróżują trzy koła zapasowe, z kolei zbiornik paliwa o pojemności 350 litrów wylądował z tyłu w miejscu kanapy. Kto nie chce sobie narobić obciachu gramoląc się do wnętrza, powinien wykonać wcześniej serię ćwiczeń rozciągających mięśnie. Gdy już uda się wśliznąć w nieprzeciętnie wąski fotel, trzeba w jednej klamrze umieścić pięć końcówek pasów bezpieczeństwa. Anielska cierpliwość wskazana. Siedzi się wysoko, więc świetnie widać, ale tylko w przód. Do tyłu po skosie – nic. Przegroda za fotelami załogi wszystko zasłania, a prawe lusterko to raczej atrapa niż przydatne wyposażenie. Jazda po Berlinie, pełnym rowerzystów piratujących wzdłuż kolumn samochodów, staje się istnym horrorem.

Nikt i nic nie zatrzyma dakarowego Mini na pustyni, ale w mieście jest ono zakładnikiem gęstego ruchu na ulicach. I cierpi bardzo

W mieście dakarowe Mini nie jest w stanie rozwinąć w pełni swoich możliwości, bo gdzie pochwali się świetnym przyspieszeniem (od zera do setki w sześć sekund)? Po co mu tutaj napęd na cztery koła? Na dodatek w Berlinie zawsze i wszędzie są korki. Stojąc w sumie ponad godzinę na czerwonych światłach, człowiek zaczyna rozmyślać komu by tu przyłożyć. Na przykład, co by było, jakby tak po prostu górą przejechać po tym ślicznym Porsche z przodu? Albo długim ślizgiem przebić się przez park i trawnik do następnego skrzyżowania? Dźwięk silnika i wydechu dakarowego Miniaka nie powalają. Słychać tylko nienachalny bulgot, który miesza się z hukiem wszędobylskich maszyn budowlanych tak, że nic po nim nie pozostaje. Przebić się przez to potrafi jedynie świst dwóch turbosprężarek.

Za to we wnętrzu, owszem, jest bardzo głośno, nawet przy 30 km/h. Tak głośno, że można zapomnieć o rozmowach przez komórkę. Silnik wydaje mniej więcej takie dźwięki jak grająca piła w cyrku. Gdy jedzie się szybko, ton błyskawicznie się zmienia – wtedy sześciocylindrowa rzędówka huczy jak turbina, którą właśnie ktoś wyłączył. Zawieszenie stuka i skrzypi do tego stopnia, że uzasadnione stają się obawy, czy się zaraz nie rozpadnie. Ale najgorsze dźwięki produkują skrzynia biegów i układ napędowy 4x4. Pierwszy bieg wchodzi z głośnym zgrzytem, a gdy auto się rozpędzi, koła zębate dają z siebie głos jak stado wyjących bezpańskich psów.

Jedno jest pewne, kto opanuje jazdę dakarowym Mini, sprawdzi się też w NASA. Że w aucie nie ma stacyjki, to drobiazg. Są za to po dwa niepokojąco migające wielofunkcyjne ekrany, dwa systemy nawigacyjne, dwa tripmastery, czyli przyrządy do pomiaru odległości, dwa cyfrowe wyświetlacze wskazujące kierunek jazdy wyznaczony kompasem oraz wskaźnik aktualnego biegu. Między nimi, z pozoru bezładnie porozrzucane – trzy tuziny przycisków.

INFO

Zespół: S.Peterhansel, N. Roma, K. Hołowczyc
Wygrane dakary: 2011, 2012
Masa własna rajdówki: 1900 kg
Silnik: turbodiesel, R6, 315 KM
Napęd: 4x4, skrzynia 6M (sekw.)


Czas na kawę; najwytworniejszy spośród berlińskich hoteli, Adlon, powinien być w sam raz. Podjeżdżamy przed wejście, drzwi otwiera portier w szarym fraku. „Czy odprowadzacie samochody na parking?” – „Oczywiście”. Rzuca okiem do wnętrza Mini, w oczach ma dwa wielkie znaki zapytania. „Ten samochód prowadzi się jak każdy inny, prawda?”. No, kilka różnic by się znalazło...

Teraz na stację benzynową. Ale jeszcze wcześniej warto zajrzeć do banku – żeby napełnić bak do pełna, potrzeba 500 euro. 350 litrów oleju napędowego wystarczy na przejechanie 800 kilometrów po dzikich bezdrożach (co daje średnią ok. 45 l/100 km!) lub na 3000 kilometrów po berlińskich ulicach (już tylko 12 l/100 km). Ale kto by chciał próbować. Ten samochód nie jest stworzony do jazdy po mieście. Zupełnie tak samo, jak jego cywilny krewniak Mini Countryman nie nadaje się do przeprawy przez chilijską pustynię w tempie 180 kilometrów na godzinę.

Aktualne ceny nowych samochodów:
 
JUŻ OD 77 200 PLN
Dostępne nadwozia: hatchback-3
SPRAWDŹ OFERTY

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Nazywa się Mini, ale talent ma maksi – zwłaszcza do jazdy tam, gdzie przejechać się nie da. Najlepiej czuje się na pustyni, właśnie wygrał kolejny Dakar. Nas ciekawi, czy taki chojrak potrafi zachować się w mieście.Zobacz artykuł
    auto motor i sport, 2013-03-17 00:40:24
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij