Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Cudów nie ma

Karuzela F1 zaczęła się kręcić już bez Michaela Schumachera. Ferrari zdominowało GP Australii, ale McLaren zacisnął zęby i w Malezji przypuścił udany kontratak. Można liczyć na to, że im dalej w sezon, tym będzie ciekawiej.

2007-04-12
Mistrzów świata, Renault, czeka trudny sezon. Na razie wyprzedzają ich Ferrari, McLaren i BMW Mistrzów świata, Renault, czeka trudny sezon. Na razie wyprzedzają ich Ferrari, McLaren i BMW.

Na mecie GP Australii perspektywa sezonu nie wyglądała różowo. Kimi Raikkonen po starcie z pole position zwyciężył bez wysiłku, "zaliczając" najszybsze okrążenie wyścigu, z czasem o ponad sekundę lepszym niż pierwszy z pozostałych - Fernando Alonso. Linię mety następca Michaela Schumachera minął z przewagą tylko siedmiosekundową, ponieważ pod koniec zwolnił; przyznał też, że na żadnym etapie wyścigu nie był zmuszony jechać na sto procent. Beznamiętne wyznanie Fina mogło tylko zmrozić krew w żyłach rywali. Jeśli taka była przewaga Ferrari, to sezon 2007 malował się w kolorach mocno czerwonych.

Chyba lepiej oglądać Kubicę w czołówce – nawet, jeśli jego auto czasem się popsuje – niż gdyby niezawodnym bolidem dojeżdżał na 15. miejscu?

Raikkonen - jako pierwszy kierowca od czasów Juana Manuela Fangio (w GP Argentyny w 1956 roku) - występy w Ferrari rozpoczął od zdobycia pierwszego miejsca startowego. Jako pierwszy po Nigelu Mansellu, triumfującym w GP Brazylii w 1989 roku, wygrał też swój debiut w barwach Scuderii. Miałby też zostać pierwszym - od czasów Jody Schecktera, czyli od 1979 roku - który debiutancki w barwach Ferrari sezon zakończy z tytułem mistrza świata?

Dominacji jednego zespołu czasem nie da się uniknąć i sama w sobie nie jest ona zła, bo oznacza, że ktoś odrobił zimowe zadanie domowe lepiej niż inni. Nie jest wtedy jednak zbyt ciekawie. Na szczęście refleksem wykazał się McLaren, który w ciągu trzech tygodni oddzielających GP Australii i GP Malezji zapracował na to, by móc urwać ułamki sekund i praktycznie zniwelować przewag ę Ferrari. Na pierwszym miejscu startowym w Malezji ustawił się Felipe Massa (Ferrari), ale Brazylijczyk najpierw przegrał start z Alonso, po czym dał się wyprzedzić Hamiltonowi (obaj McLaren), by kilka okrążeń później wyjechać poza tor przy próbie odzyskania drugiego miejsca. Hamilton, wynoszony przez brytyjską prasę pod niebiosa po znakomitym debiucie w Melbourne (3. miejsce), tym razem zachował się jak stary lis, zmuszając Massę do ataku po wewnętrznej i spokojnie czekając aż Brazylijczyk przesadzi z opóźnieniem hamowania i "wywiezie się" poza tor. W drugim GP w karierze Hamilton zameldował się na mecie na drugim miejscu.


Przewaga Ferrari i McLarena jest zbyt duża, by do rywalizacji o zwycięstwa mógł włączyć się ktoś trzeci. To zawodnik jednego z tych zespołów zostanie mistrzem świata, a trofeum konstruktorów powędruje do Maranello albo Woking. W trakcie sezonu ich wzajemna forma będzie się wahać, a kluczem do sukcesu może się okazać tempo, w jakim inżynierowie będą potrafili poprawiać osiągi auta i urywać kolejne ułamki sekund. Psychologiczna przewaga jest po stronie Fernando Alonso, który w ostatnich dwóch latach zdobywał korony mistrza nie dysponując najszybszym autem.

Świetnie rozpoczął sezon BMW Sauber i twierdzimy tak pomimo problemów technicznych, jakie zespół wciąż ma ze swoim autem. Robert Kubica stracił w Australii niemal pewne czwarte miejsce w wyniku awarii skrzyni biegów. Problemy z nową przekładnią rzeczywiście ciągną się zbyt długo i nawet dyrektor techniczny Willy Rampf przyznał, że "są irytujące" (czytaj: próby zaradzenia sytuacji nie przynoszą skutku), ale przynajmniej BMW F1.07 jest wolniejszy tylko od Ferrari i McLarena. Chyba lepiej oglądać Roberta Kubicę w czołówce nawet, jeśli jego auto miałoby się czasem popsuć, niż gdyby ultraniezawodnym samochodem dojeżdżał do mety na 15. miejscu. W Formule 1 cuda się nie zdarzają - dojście do poziomu na jakim jest od siedmiu sezonów, zajęło Ferrari prawie sześć lat. BMW jest w trakcie drugiego "przygotowawczego" sezonu.

Również pechowe było dla Kubicy GP Malezji. Polak "zarobił" pozycję na starcie, ale w pierwszym zakręcie uderzył w auto Nicka Heidfelda, uszkadzając w swoim przedni spoiler. Gorsze były jednak ciągnące się problemy z hamulcami oraz - kto zgadnie? - skrzynią biegów. Niestabilnym, trudnym w prowadzeniu samochodem ciężko było utrzymać szybkie tempo, a 18. miejsce nie oddaje wysiłku, jaki został w ten wyścig włożony. "Będę chciał o nim jak najszybciej zapomnieć" - na mecie powiedział Kubica.

Problemy BMW chciałoby mieć Renault. Przesiadka z Michelinów na Bridgestone'y aktualnym mistrzom świata nie służy i najwyraźniej kosztowała ich więcej niż innych. A to nie jedyny problem. "Nasz poziom jest niższy niż się spodziewaliśmy. Kierowcy są w miarę zadowoleni z zestrojenia auta, tyle że brakuje mu szybkości. Wynika to z dwóch rzeczy - opon, ale także z jego podstawowych osiągów" - wyjaśnia dyrektor techniczny Bob Bell. Słabo rozpoczął Heikki Kovalainen, którego debiutancki weekend Grand Prix zaczął się od problemów z autem, a skończył popełnieniem paru błędów i zajęciem 10. miejsca. W Malezji Kovalainen dojechał do mety jako ósmy, otwierając swoje konto punktowe. Solidne występy zaliczył natomiast Giancarlo Fisichella (5. i 6. miejsca), wydaje się jednak, że mistrzowie świata konstruktorów z lat 2005-2006 mają przed sobą sezon, jaki zwykło się określać mianem "kształtującego charakter".

Od dna odbił się Williams, rękami Nico Rosberga zdobywając solidne 7. miejsce w Australii. O oczko lepiej mogło być w Malezji, ale los chciał inaczej. Wygląda jednak na to, że Williams, korzystający w sezonie 2007 z silników Toyoty, ma szybsze auto niż zespół fabryczny.

Podczas zimowych testów kierowcy Toyoty nie zostawiali suchej nitki na swoim aucie, kiedy jednak przyszło co do czego, w dwóch pierwszych Grand Prix bez większych przeszkód dotarli w kwalifikacjach do pierwszej dziesiątki i w obydwóch zdobyli punkty (Ralf Schumacher był ósmy w Australii, zaś Jarno Trulli siódmy w Malezji). Na pewno nie są to wyniki marzeń firmy, która wydała na F1 miliardy dolarów, ale to o niebo lepiej niż tegoroczne osiągnięcia odwiecznego rywala - Hondy.

Honda jest w głębokim kryzysie. Połowa drugiej dziesiątki w kwalifikacjach i okolice 11. miejsca na mecie to katastrofa dla zespołu, który w ubiegłym roku triumfował w GP Węgier. A w Formule 1 cudów nie ma, trudno się więc spodziewać nagłej poprawy sytuacji. Cała nadzieja w zmodernizowanym aucie, szykowanym na GP Kanady w czerwcu.

Tekst: Roman Popkiewicz
Zdjęcia: BMW, Mercedes, Renault, Shell/Getty Images, WilliamsF1

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Karuzela F1 zaczęła się kręcić już bez Michaela Schumachera. Ferrari zdominowało GP Australii, ale McLaren zacisnął zęby i w Malezji przypuścił udany kontratak. Można liczyć na to, że im dalej w sezon, tym będzie ciekawiej.
    auto motor i sport, 2007-11-27 13:42:56
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij