Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.5

Era Guliwera

W powojennej Anglii był bezczelnie wyzywający, dzisiaj sześciometrowy Daimler Sir Bernarda Dockera cieszy się statusem samochodu kultowego.

2007-04-27
Daimler Hooper Poruszający się po drogach Daimler Hooper wygląda jak powiększony w kopiarce do 130 procent.

Ten stary model Daimlera ma jakąś dziwną moc odmładzania. Przywołuje czasy dzieciństwa. Nie, żebym go kiedyś widział - powstało przecież tylko osiem egzemplarzy. Chodzi raczej o jego potężne rozmiary. Koła sięgają do wysokości brzucha, z przodu chłodnica piętrzy się do piersi, a żeby zajrzeć do środka, trzeba się wspiąć na palce. Podziwiając Daimlera DE36 Hooper-Cabriolet nagle czujesz się malutki, pomniejszony, jak bohaterowie "King Size".

Bo jaki inny kabriolet ma długość sześciu metrów, z których dwa przypadają na samą pokrywę silnika? Nie mówiąc już o zgrabnym tyłeczku szerokim na dwa metry. Gdy Daimlera pokazano po raz pierwszy, ludzie wyobrażali sobie zapewne, że podróżuje nim Guliwer. A był to szary, chłodny dzień w październiku 1948 roku, równie smutny jak nastroje samych Anglików. Racjonowano żywność, odzież i paliwa, brakowało stali, a o nowym własnym samochodzie zwykły człowiek mógł co najwyżej pomarzyć. London Motor Show, który po raz pierwszy od dziesięciu lat otworzył swe podwoje, wydawał się wydarzeniem z innego świata.

34 wystawców prezentowało skromne nowości - Morris Minor i Austin Devon, Ford Prefect i Hillman Minx. Dominowały kolory czarny i szary. Ale oto na stoisku firmy Hooper & Co. (Coachbuilders) witała zwiedzającego orgia kolorów - pastelowa zieleń lakieru, beżowa skóra tapicerki, do tego miękkie opływowe kształty. Prasa nie miała wątpliwości - "The Green Goddess", głosiły tytuły, a ludziom dech w piersiach zapierała cena auta: 7001 funtów i dziesięć szylingów. Za tyle można było kupić 21 Fordów Anglia albo wiejski dom w Surrey. Najdroższy samochód świata.

Ryflowana osłona chłodnicy pozwalała zidentyfikować tego wielkoluda jako Daimlera - markę królów, która, trzeba przyznać, w przeszłości ograniczała się głównie do produkcji skromnych limuzyn. W każdym razie tego rodzaju frywolnych wehikułów, na pewno wcześniej nie wytwarzała. I to, dla Sir Bernarda Dockera, prezesa Daimlera i szefa firmy Hooper budującej nadwozia, okazało się wyzwaniem, które natychmiast należało podjąć. Wraz z Lady Docker postarał się, by raz rozdziawione ze zdumienia usta widzów nieprędko się zamknęły. Powstawały kolejne pokazowe egzemplarze, tzw. Docker-Daimlery.

Jednak w przeciwieństwie do samochodowych prowokacji, jakich Docker dopuszczał się w późniejszych latach, Zielona Bogini znalazła wypłacalnych adoratorów. Do firmy wpłynęło w sumie siedem zamówień, jedno z nich w lipcu 1950 r. Nadawca: James Milton, śpiewak operowy, Nowy Jork; żądany kolor: jasnoszary nad ciemnozielonym. Pół wieku później ten sam okaz zawinął znów do rodzimego portu. Egzemplarz o nadwoziu numer 51753 należy dzisiaj do Jaguar-Daimler Heritage Trust w Coventry, gdzie zajmuje całkiem spory kawałek powierzchni wystawowej.

Jednak w pełni dzieło stylisty Osmonda Riversa działa na zmysły dopiero na wolnej przestrzeni. Daimler płynie ulicami jakby go ktoś powiększył w kopiarce do 130 procent - nawet potężne auta wyglądają przy nim jak zabawki. A jednak proporcje nadwozia Daimlera są jak najbardziej w porządku. Każde zaokrąglenie, każdy detal świadczy o wyszukanym smaku twórcy. Jedynie zwykłe siedmiocalowe reflektory wydają się trochę zagubione w tym wyszukanym anturażu.

Wdrapuję się do wnętrza i opadam na jeden z trzech przednich foteli, przede mną potężna tablica rozdzielcza, zaokrąglona zgodnie z kształtem przedniej szyby. Dalej całe metry pokrywy silnika w towarzystwie nabrzmiałych błotników. Za wielkim kołem kierownicy znajduje się mała dźwigienka zmiany biegów i ca- ła kolekcja półokrągłych i kanciastych zegarów, w swoim czasie bardzo modnych.

Rzecz niezwykła, że nabywca "naszego" egzemplarza zrezygnował ze standardowego drewna orzechowego i zamówił tablic ę rozdzielczą wykonaną z lakierowanej stali, co zresztą potęguje wrażenie ascetycznej elegancji. Kierowca i dwóch pasażerów może podróżować z przodu, dla dwóch kolejnych pasażerów do dyspozycji są fotele z tyłu. A może bardziej przyda się miejsce na jedną czy dwie skrzynki szampana? Nie ma problemu, siedziska tylnych foteli można złożyć szybko i łatwo.

W ogóle kierowcy Daimlera mogli się w tamtych czasach pławić w nadzwyczajnym luksusie. Jeśli tylko na przedniej szybie osadził się brud, po naciśnięciu guzika można go było spłukać. To było novum. Inne przyciski opuszczały boczne szyby z przodu i podnosiły lub składały (elektrohydraulicznie) potężny dach, który jeśli nie był potrzebny, całkowicie chował się pod metalowym przykryciem - w roku 1948 była to w zasadzie muzyka przyszłości.

Guzik startera uruchamia 5,5-litrowy silnik - ostatnią ośmiocylindrową rzędową jednostkę brytyjskiej produkcji. Razem z potężnym podwoziem i pozostałą techniką pochodzi on z Daimlera DE36 limuzyny, którą miał zwyczaj podróżować między innymi król Jerzy VI. Referencje silnik miał więc znakomite, dynamikę już mniej. Cóż, 150 KM musi tu wprawić w ruch ponadtrzytonowy ciężar, zużycie paliwa sięga więc 25 litrów na 100 km - w Anglii epoki kartek na benzynę, podróże zamożnych państwa musiały więc zapewne ograniczać się do obszaru własnej posiadłości. Wskazane jest zatem umiarkowane tempo, co zresztą dobrze się składa, bo gdy przychodzi zmienić kierunek jazdy wymagane są spokój i pełna koncentracja.

DANE TECHNICZNE

DANE TECHNICZNE

Nadwozie/układ jezdnyPięciomiejscowy kabriolet oparty na ramie ze stalowych profili. Długość x szerokość x wysokość 5703 x 1891 x 1682 mm, rozstaw osi 3752 mm, masa własna 3015 kg. Zawieszenie przednie - wahacze poprzeczne i resory śrubowe, z tyłu sztywna oś, sprężyny piórowe, hamulce bębnowe z przodu i z tyłu. Czterobiegowa przekładnia z preselekcją biegów, sprzęgło hydrauliczne.
SilnikOśmiocylindrowy rzędowy, pojemność 5460 cm3, moc 150 KM przy 2600 obr/min, stopień sprężania 6,3:1. Średnica cylindra x skok tłoka 85,1 x 120 mm.
OsiągiPrędkość maksymalna około 150 km/h

Jeszcze bardziej wskazana byłaby uprzednia wizyta na siłowni - obrót kierownicą wymaga tak wielkiego wysiłku mięśni, że tchu zaczyna brakować przy zwykłej zmianie pasa ruchu. Sprawę utrudnia dodatkowo fakt, że kierownica samoczynnie nie wraca do środkowego położenia, dlatego przy pokonywaniu ronda, człowiek dla wytchnienia ma ochotę zrobić jedno dodatkowe okrążenie, żeby zebrać siły do ustawienia kół we właściwym kierunku. Jedno jest pewne - jako długodystansowiec do wypraw na Côte d'Azur, jak niegdyś reklamowano to auto, "Green Goddess" nadaje się najwyżej dla tych, którzy mogą korzystać z usług kierowcy-atlety.

Z powodu takiej zwrotności auta szczególnym błogosławieństwem okazuje się skrzynia z preselekcją biegów (?). Trzeba sobie zawczasu wyszukać odpowiednie przełożenie, żeby potem wciskając sprzęgło, "przywołać" żądany bieg - dzięki temu, gdy przyjdzie co do czego, kierowca może obiema rękami trzymać kierownicę. Dziwne, że ten przedwojenny wynalazek w latach 50. popadł w zapomnienie.

Dzisiaj nie da się także ustalić, czy państwo Docker mieli zwyczaj osobiście kierować swą Boginią podczas eskapad wzdłuż i wszerz Europy. Pewne jest, że przysparzała ona Lady Docker nie tylko radosnych chwil: "Ilekroć Francuzi podziwiają nasze auto, zawsze myślą, że to ich rodzimy Delahaye. Mam już powyżej uszu ciągłego powtarzania: "No, Daimler, please".

Tekst: Wolfgang König
Zdjęcia: Uli Jooss

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    W powojennej Anglii był bezczelnie wyzywający, dzisiaj sześciometrowy Daimler Sir Bernarda Dockera cieszy się statusem samochodu kultowego.
    auto motor i sport, 2007-11-27 13:44:21
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij