Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Król Kimi I

Kimi Raikkonen zakończył sezon tak, jak rozpoczął - zwycięstwem. W Ferrari wreszcie zdobył tytuł mistrza, który dwukrotnie umykał mu w McLarenie.

2007-10-22
GP Brazylii Auta BMW zaliczyły w tym roku usterki techniczne, zespół popełniał błędy w doborze strategii. Bilans sezonu jest jednak na plus, a będzie jeszcze bardziej, jeśli od podobnych potknięć będzie wolny sezon 2008.

Ostatnia flaga w szachownicę pokazana, sezon zamknięty, król Kimi I koronowany. Pod względem rywalizacji na torze sezon 2007 był wyjątkowo spełniony. Przez większą część roku mieliśmy aż czterech kandydatów do tytułu, w ostatnim Grand Prix w rozgrywce o najwyższą stawkę wciąż liczyło się trzech. Poprzednio z podobnym finałem Formuła 1 miała do czynienia 21 lat temu.

Triumfował ten, który przed startem ostatniego GP był w najmniej korzystnej sytuacji i nie tylko musiał wygrać wyścig, ale też liczyć na pecha przynajmniej jednego z rywali. I brazylijskie Interlagos okazało się szczęśliwe dla Kimiego Raikkonena. Z jednej strony przewaga Ferrari okazała się wystarczająca, by Raikkonen i Massa mogli odnieść stosunkowo łatwe podwójne zwycięstwo, z drugiej zaś zawiódł lider klasyfikacji i faworyt - Lewis Hamilton. W ostatecznym rozrachunku Raikkonen został mistrzem mając 110 punktów, o jedno oczko wyprzedzając Hamiltona i Fernando Alonso. Fiński kierowca wygrał też najwięcej wyścigów - 6, podczas gdy zawodnicy McLarena triumfowali po cztery razy.

A przecież nawet w chwili startu do GP Brazylii Lewis Hamilton trzymał w ręku większość kart. Do tego stopnia, że mógł sobie pozwolić na puszczenie głównych rywali przodem, asekuracyjną jazdę i bezpieczne ukończenie wyścigu na czwartym miejscu, co przy możliwościach jego McLarena dla kierowcy tej klasy powinno było być zwyczajnie łatwe. Jednak, przez cały sezon w zasadzie bezbłędny, w pierwszych zakrętach ostatniego wyścigu Hamilton zachowywał się iście po debiutancku. Jeszcze przed pierwszym hamowaniem z drugiego miejsca spadł na trzecie, by chwilę później dać się zepchnąć Fernando Alonso na czwarte, a zbyt optymistyczna próba odbicia strat skończyła się wycieczką na pobocze i spadkiem na ósmą pozycj ę. Jeśli Hamilton nie bardzo mógł uwierzyć w to, co się dzieje, tym gorzej dla niego, czekała go bowiem kolejna niespodzianka. Na ósmym okrążeniu jego McLaren zwolnił, mając ewidentne problemy z napędem. Kryzys trwał kilkadziesiąt sekund, a kiedy minął, Lewis był osiemnasty.

Po wyścigu pojawiła się dzika plotka, że Hamilton sam wpędził się w kłopoty, naciskając na kierownicy nie ten guzik co trzeba. Miało to wywołać restart oprogramowania pokładowego, dlatego jego McLaren przez pewien czas był bez sił. Teoria intrygująca, ale oczywiście wyssana z palca. Który bowiem zespół montuje przełączniki podwyższonego ryzyka w zasięgu ręki kierowcy?

Pomimo tej straty wydawało się, że piąte miejsce, które zapewniało Hamiltonowi koronę mistrza, będzie w jego zasięgu. Nie było, między innymi z powodu nietrafionej strategii McLarena - mimo iż jego kierowca znalazł się w szarym końcu stawki, zespół zdecydował o wykonaniu jednego pit-stopu ekstra; coś takiego przynosi efekty tylko w wyjątkowych okolicznościach. Być może spece od strategii uznali, że nie ma już nic do stracenia, ale wydaje się, że większą szansę na sukces Hamilton miałby przy bardziej klasycznym układzie dwóch pit-stopów. Na mecie kierowca McLarena był siódmy i mógł jedynie rozważać co by było, gdyby po starcie zdobył się na odrobinę cierpliwości.

Na pocieszenie Hamilton ma tytuł wicemistrza świata (w punktacji jest ex aequo z Alonso, ale przy identycznym dorobku punktowym decyduje liczba zwycięstw, później drugich miejsc i tak dalej) oraz miano najlepszego debiutanta w historii Formuły 1. To ostatnie może być pocieszeniem, ale dla kierowcy, który otarł się o tytuł (ba! - sięgał) "wice" chyba niewiele znaczy. Jak mawia Ron Dennis - "drugie miejsce oznacza, że jesteś pierwszym z przegranych".

Coś jednak w tym roku nad Formułą 1 wisi. Sezon 2007 nie byłby sezonem 2007, gdyby po wyścigu nie okazało się, że jest zajęcie dla - kto zgadnie? - sędziów. I to takie, od którego mogą zależeć losy tytułu! Otóż paliwo wlewane do aut panów Rosberga, Kubicy i Heidfelda, którzy ukończyli GP Brazylii przed Hamiltonem, nie spełniało wymogów regulaminu (jego temperatura różniła się od temperatury otoczenia o ponad 10 stopni). Sędziowie szybko zamknęli sprawę stwierdzając, że są wątpliwości co do pomiarów temperatury. Inne zdanie ma McLaren, który wskazuje, że procedury pomiarów są wyraźnie zdefiniowane i sędziowie nie mieli podstaw do stwierdzenia tego, co stwierdzili. Zespół się naturalnie odwołuje, decyzja ma zapaść w połowie listopada.

Nikt jednak (w tym chyba również McLaren) nie spodziewa się zmiany wyniku GP Brazylii. Wygląda na to, że rzeczywiście paliwo tankowane do aut Rosberga, Kubicy i Heidfelda było na bakier z termometrem, ale nawet jeśli jakieś kary się za to posypią, to raczej na zespoły (odebranie punktów) niż kierowców. W każdym razie do tej pory podobne sprawy kończy- ły się właśnie w taki sposób.

W Brazylii po raz kolejny ze strategią eksperymentował zespół BMW, planując dla Nicka Heidfelda bardziej "klasyczne" dwa, a dla Roberta Kubicy bardziej "agresywne" trzy pit-stopy. Dysponując stosunkowo lekkim autem, na kilka kółek przed drugim tankowaniem Kubica dogonił i bez większego problemu wyprzedził Alonso. Metę polski kierowca minął tuż przed swoim kolegą z zespołu.

Auta BMW zaliczały w tym roku usterki techniczne, zespół popełniał ewidentne błędy w doborze strategii, ale z każdej imprezy przywoził punkty. Drugie miejsce w klasyfikacji konstruktorów jest oczywiście na wyrost i wynika z dyskwalifikacji McLarena; lepszym wskaźnikiem formy BMW może być to, że ekipa zdobyła prawie trzy razy więcej punktów niż rok wcześniej. Bilans sezonu jest więc dla zespołu Kubicy na plus - a będzie jeszcze bardziej, jeśli podobne potknięcia nie będą się trafiać w przyszłym roku.

Tekst: Roman Popkiewicz
Zdjęcia: BMW, Red Bull, Renault, Shell/Getty Images, Spyker, Toyota

Afera szpiegowska - to jeszcze nie koniec

Pierwsze sygnały o sprawie Renault pojawiły się we wrześniu, tuż przed słynną karą nałożoną na McLarena.

Przypomnijmy - na podstawie samych tylko podejrzeń o wykorzystanie informacji pochodzących z Ferrari, McLaren stracił wszystkie punkty w klasyfikacji konstruktorów i otrzymał najwyższą karę finansową w historii sportu, nie tylko Formuły 1 - 100 mln dolarów.

Teraz przed Światową Radą Sportów Motorowych FIA ma stanąć Renault - pod zarzutem, że między wrześniem 2006 roku a październikiem 2007 zespół nielegalnie posiadał poufne materiały należące do McLarena. Wygląda na to, że przychodząc do nowej pracy w Renault inżynier McLarena Phil Mackereth zabrał ze sobą kilka dyskietek z zapisem szczegółów konstrukcyjnych ubiegłorocznego oraz tegorocznego pojazdu McLarena. Renault przyznaje, że zawartość dyskietek została skopiowana na dysk komputera Mackeretha i znalazła się w sieci informatycznej francuskiego zespołu. Już samo to świadczy, że sprawa jest znacznie poważniejsza niż była w wypadku McLarena, kiedy jeden z inżynierów miał w swoim posiadaniu materiały Ferrari, ale nie znaleziono ich w komputerach zespołu. W wypadku Renault kilkunastu inżynierów przyznało, że widziało dane pochodzące z McLarena.

Szef zespołu F1 Renault Flavio Briatore mówi, że mało kto w Renault miał styczność z trefnymi materiałami. Dla McLarena podobny argument niczego nie zmienia. Renault zapewnia, że w pełni współpracuje z FIA. To też nie miało w sprawie McLarena znaczenia. Wreszcie Briatore zapewnia, że Renault nie wykorzystał żadnych danych. McLaren także twierdził, że nie korzystał z danych, ale mu to nie pomogło.

Do tego dochodzi szersza polityka. Szef francuskiego koncernu Carlos Ghosn publicznie powtarzał, że Renault ma w F1 przyszłość dopóty, dopóki ma to komercyjny sens. Ewentualna gigantyczna kara stawia taki sens pod znakiem zapytania. Jeśli Renault zostanie potraktowany łagodniej niż McLaren, Federacja będzie krytykowana za stosowanie różnych standardów. Co FIA zrobi teraz? Ciąg dalszy nastąpi 6 grudnia.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Kimi Raikkonen zakończył sezon tak, jak rozpoczął - zwycięstwem. W Ferrari wreszcie zdobył tytuł mistrza, który dwukrotnie umykał mu w McLarenie.
    auto motor i sport, 2007-12-18 14:43:30
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij