Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Nocne misterium

2007-07-12
Wyścig 24H Le Mans W Le Mans w odróżnieniu od F1, jeśli remont przekracza 3 - 4 minuty, a leje jak z cebra, opłaca się zepchnięcie auta do boksu.

Wyścigami rządzą dziś media. Najwyżej półtorej godziny (F1) usiedzi kibic z paczką chipsów. Na szczęście ocalało legendarne 24 H Le Mans.

To największy i najstarszy (od 1923 r.!) taki wyścig na świecie. Prawdziwe nocne misterium. Wygląda jak satanistyczna msza. Albo obrzędy dziwnej sekty. Dużej. Bo przybywa ok. 250 tys. wiernych. Na całonocne czuwanie. Najwierniejsi z wiernych, by zanurzyć się w cudownej, mistycznej atmosferze tego sanktuarium ściągają do Le Mans już trzy dni wcześniej. I nie samolotami, chociaż na samym torze jest lądowisko dla... odrzutowców (ekspresowy dowóz VIP-ów), ale jak najstarszymi, w miarę historycznymi samochodami. Z wielu krajów, zwłaszcza ze Zjednoczonego Królestwa, prawdziwi kibice Le Mans, jak na średniowieczną wojnę ciągną w zorganizowanych oddziałach zwartych (często ponad setka samochodów z konkretnego fanclubu). Za nimi campy i przyczepy oraz "podwody" z namiotami, bo prawdziwy kibic przez kilka dni za żadne skarby toru nie opuszcza, a gdyby pojawił się w hotelu to obciach na całe życie. Strażnicy świętego ognia i zakony kawalerów poszczególnych marek wynajmują osobne parkingi i wieczorem, winem niekoniecznie mszalnym, spełniają ofiarę. Po horyzont ciągną się tabory Corvetty, Astona Martina, Loli, Courage'a, Spikera, Lamborghini, Ferrari, Porsche. Wreszcie zmrok. Wielcy kapłani odpalają grille. (Nuworysze latarki. Diodowe!)

Na widok tych aut aż chce się

Te 250 tys. wyznawców z całego świata to więcej niż średnio na wyścigu F1, a że tu jazda non stop trwa całą dobę (ale jest po trzech kierowców) - wierni w Le Mans wyrabiają więcej kibicogodzin niż kibice F1 na całym świecie przez rok. Z górującej nad tym sanktuarium wieży opatrzności wyścigowej (tak naprawdę wieża sędziowska) widać tabory i ginący za horyzontem tor. Ma on aż czternaście kilometrów długości. (Oczywiście "w tygodniu", dla innych nielegendarnych klas tor jest znacznie krótszy.)

Co więc powoduje, że 24 H Le Mans, który formalnie, tak jak każdy inny wyścig jest przecież "tylko jeżdżeniem w kółko" stał się wydarzeniem tak kultowym? Niewątpliwie pomaga tu omszała legendami historia (ponad 80 lat!). Co prawda nie można porównywać rekordów wszech czasów, bo tor, ze względów bezpieczeństwa wielokrotnie przebudowywano (dziś spełnia wymogi nawet F1), ale do dziś, zgodnie z tradycją, wyścig wyjeżdża częściowo na "normalną drogę" - oczywiście, odpowiednio do tego przygotowaną.

Wielkim magnesem Le Mans są pojazdy. Jakże odmienne od tych w F1. Ale wcale nie wolniejsze! Te dwa rodzaje wyścigów zupełnie "pokłóciły się regulaminami". Obecnie (dawniej tak nie było) F1 to jeden wielki zbiór zakazów. Części opisane są do ułamka milimetra. Nawet silniki! F1 stała się "jednakowa". W Le Mans odwrotnie - w silniku, w napędach, w zawieszeniu wolno piłować i przerabiać ile się chce! Można z dachem, ale jak ktoś nie lubi - można bez dachu. Jedna świętość obowiązuje od zawsze - to był kiedyś prawdziwy wyścig drogowy i do dzisiaj, inaczej niż w F1, auto musi być "formalnie co najmniej dwuosobowe". Nie jest to żadna "kara", bo symboliczny styropianowy pseudofotelik nie waży nic, za to auto może być aż o 20 cm szersze od bolidu F1, a przez to znacznie szybciej śmigać po zakrętach. Fantastyczne osiągi aut Le Mans mają jeszcze dwie bardzo ważne przyczyny techniczne - można używać tu znacznie większych, a przez to mniej nerwowych silników (5-6-litrowych), ale jeszcze ważniejszy jest historyczny przepis zezwalający (w przeciwieństwie do F1) używać... błotników. Mało kto wie, że z powodu odkrytych kół współczynnik oporu powietrza auta F1 jest gorszy niż Malucha, Trabanta czy śmieciarki. A w Le Mans aerodynamikę dopracowano do perfekcji. Wręcz do perfidii. (Co ciekawe, najwięksi spece do dziś kłócą się czy lepiej jeździć z dachem - tak robi np. fabryczny zespół Peugeota, ale auto jest ciut wyższe - czy bez dachu, tylko owiewki, co stosuje Audi.) Efekt jest taki, i to "kręci" kibiców najbardziej, że auta typu Le Mans nie dość, że wyglądają dużo atrakcyjniej od samochodów F1 (żadnych ograniczeń!) to jeszcze szybciej jeżdżą na zakrętach i mają "wyższą maksymalną". A to tworzy widowisko. (Jedyny minus to trudniej startują, bo są cięższe, ale start to zaledwie kilka sekund, a wyścig ma 24 godziny, więc kogo to obchodzi.) Wielkim magnesem Le Mans jest liczny udział małych zespołów prywatnych (i małych biur konstrukcyjnych) - w F1 nie do pomyślenia - które budują może nie najszybsze, ale bardzo oryginalne konstrukcje, a także udział pojazdów zbudowanych na bazie "samochodu ze sklepu" (osobna klasa), np. Ferrari, Porsche, Lamborghini, Corvette, co przyciąga uczestników "z nienachalnym budżetem" i tysiące fanów mających "takie samo auto". To w tych cudownych małych firmach szaleni wynalazcy realizują swoje marzenia (i to działa!).

Prawdziwe prototypy na Le Mans to konstrukcje przedziwne. To nie plastikowe zabaweczki na godzinkę z "jednorazowym terminem przydatności do spożycia". Doba jazdy non stop z szybkościami grubo ponad 300 km/h to dla pojazdu obciążenie potworne. Tu nie ma miejsca na prowizorkę, paździerz i materiały zastępcze. Oczywiście, elementy bierze się z różnych pojazdów (blok silnika, skrzynia, podwozie), ale tylko geniusz potrafi skomponować z tego wielką symfonię.

Le Mans to impreza bardzo francuska. Podobnie jak dwie pozostałe najsłynniejsze imprezy na świecie - Rajd Monte Carlo i Dakar. Ale Le Mans jest od paru lat dla mocno nacjonalistycznych Francuzów bardzo bolesne. Własny przemysł (takie tradycje!) oficjalnie wycofał się z tego wyścigu "spuszczając temat" na biedniejsze teamy prywatne, co bezlitośnie wykorzystali Niemcy - od 2000 roku Audi buduje za ogromne pieniądze specjalne prototypy i nieprzerwanie Le Mans wygrywa! A w roku 2006 dostarczyło światu sensacji niebywałej - wygrało Le Mans dieslem! (Ortodoksyjni kibice patrzą na to trochę z obrzydzeniem, ale inżyniersko da się dzisiaj wycisnąć z diesla "ile się chce" i niesamowity moment obrotowy, a przy tym samochód pali mniej, więc jest lżejszy i... krócej się tankuje!)

Na widok tych aut aż chce się

W 2007 r. Francuzi tej zniewagi dłużej wytrzymać nie mogli. Rękawice oficjalnie podjął Peugeot. Mając mniej czasu i doświadczeń, zbudował jednak dzieło wielkie - piękny prototyp "908". Też z dieslem. I z dachem. Oczywiście i jedni, i drudzy stosują tylny napęd. Audi, które przez sześć lat wygrywało "jedną ręką", przestraszyło się nie na żarty. Peugeot zbudował dwie sztuki, więc Audi wystawiło aż trzy nowiutkie R10 TDI. Na czasówce o zderzak wygrał Peugeot. A w wyścigu od początku do końca widowisko było wielkie. Niestety, ponury spektakl wystawiła pogoda (co godzinę ulewa, a potem upał). Od startu, mozolnie, po parę centymetrów przewagę zdobywa Audi. Nawet okupują trzy pierwsze miejsca. Auto jest mocne. Ale puszczają... nerwy! Dwa Audi próbując uciec pogoni, lądują w błocie poza torem. Mimo deszczu robi się gorąco. Jedno "zaszczute" Audi z przodu i dwa ujadające Peugeoty "na plecach". (Pod wodzą mistrza świata F1 Jacquesa Villeneuve'a, bo takich kierowców się tu dobiera). Audi wytrzymuje i technicznie i psychicznie. Kolejne zwycięstwo na francuskiej ziemi. Ale Peugeot obiecał tłumom rewanż.

Graham Hill powiedział kiedyś: "Wygrałem MŚ F1, wygrałem F1 w Monaco, Wygrałem Indy 500. Ale wygrałem 24 H Le Mans! To dopiero jest jazda!" Bo 24 H Le Mans to przedziwne misterium.

Tekst: Julian Obrocki
Zdjęcia: autor, Audi, Peugeot

Le Mans to impreza bardzo francuska. Podobnie jak dwie pozostałe najsłynniejsze imprezy na świecie - Rajd Monte Carlo i Dakar. Ale Le Mans jest od paru lat dla mocno nacjonalistycznych Francuzów bardzo bolesne. Własny przemysł (takie tradycje!) oficjalnie wycofał się z tego wyścigu "spuszczając temat" na biedniejsze teamy prywatne, co bezlitośnie wykorzystali Niemcy - od 2000 roku Audi buduje za ogromne pieniądze specjalne prototypy i nieprzerwanie Le Mans wygrywa! A w roku 2006 dostarczyło światu sensacji niebywałej - wygrało Le Mans dieslem! (Ortodoksyjni kibice patrzą na to trochę z obrzydzeniem, ale inżyniersko da się dzisiaj wycisnąć z diesla "ile się chce" i niesamowity moment obrotowy, a przy tym samochód pali mniej, więc jest lżejszy i... krócej się tankuje!)

W 2007 r. Francuzi tej zniewagi dłużej wytrzymać nie mogli. Rękawice oficjalnie podjął Peugeot. Mając mniej czasu i doświadczeń, zbudował jednak dzieło wielkie - piękny prototyp "908". Też z dieslem. I z dachem. Oczywiście i jedni, i drudzy stosują tylny napęd. Audi, które przez sześć lat wygrywało "jedną ręką", przestraszyło się nie na żarty. Peugeot zbudował dwie sztuki, więc Audi wystawiło aż trzy nowiutkie R10 TDI. Na czasówce o zderzak wygrał Peugeot. A w wyścigu od początku do końca widowisko było wielkie. Niestety, ponury spektakl wystawiła pogoda (co godzinę ulewa, a potem upał). Od startu, mozolnie, po parę centymetrów przewagę zdobywa Audi. Nawet okupują trzy pierwsze miejsca. Auto jest mocne. Ale puszczają... nerwy! Dwa Audi próbując uciec pogoni, lądują w błocie poza torem. Mimo deszczu robi się gorąco. Jedno "zaszczute" Audi z przodu i dwa ujadające Peugeoty "na plecach". (Pod wodzą mistrza świata F1 Jacquesa Villeneuve'a, bo takich kierowców się tu dobiera). Audi wytrzymuje i technicznie i psychicznie. Kolejne zwycięstwo na francuskiej ziemi. Ale Peugeot obiecał tłumom rewanż.

Graham Hill powiedział kiedyś: "Wygrałem MŚ F1, wygrałem F1 w Monaco, Wygrałem Indy 500. Ale wygrałem 24 H Le Mans! To dopiero jest jazda!" Bo 24 H Le Mans to przedziwne misterium.

Tekst: Julian Obrocki
Zdjęcia: autor, Audi, Peugeot

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Wyścigami rządzą dziś media. Najwyżej półtorej godziny (F1) usiedzi kibic z paczką chipsów. Na szczęście ocalało legendarne 24 H Le Mans
    auto motor i sport, 2007-11-27 13:42:55
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij