Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Podróż Fordem S-Maxem przez Prowansję

Morze, góry, wspaniały klimat – gdy człowiek w końcu trafi do Prowansji, jedno pytanie zada nieuchronnie: co takiego Francuzi zrobili dla Pana Boga, że ich tak hojnie nagrodził?  

Marek Girulski 2008-11-13

Czy można sobie wyobrazić, że nagle w Warszawie ktoś dekretuje, że Dolny Śląsk będzie od dziś nazywany Prowincją, a poniżeni w ten sposób Dolnoślązacy nie tylko nie obrażają się, ale celebrują to słowo na 1000 sposobów? A to jest właśnie przypadek Prowansji, czyli francuskiej Provence, gdzie słowo „prowincjonalny” – rzucone kiedyś z niedbałą pogardą w Paryżu – jest tytułem do regionalnej dumy jej mieszkańców. Hasło Prowansja, a więc prowincja, atakuje tutaj ze wszystkich stron – wszystko jest prowincjonalne: masło, mydło, melony, pomidory, oliwa, wino, nawet powietrze. Prowansja zwyciężyła na wszystkich frontach, a mieszkanie tam (lub przynajmniej wakacje) to obowiązkowe marzenie każdego paryskiego mieszczucha.

Nie tylko zresztą paryskiego, bo i my mkniemy do Prowansji z prędkością światła – niejednokrotnie nadwyrężając magiczne ograniczenie do 130 km/h francuskich autostrad. Gdy po 1400 km (i zwycięskiej walce z naszym GPS-em, który – piekło i szatani! – zamiast pokazywać objazdy, z uporem maniaka wpychał nas do centrów miast) w końcu stanęliśmy naszym Fordem S-Maxem na przydrożnym parkingu w Prowansji, najpierw Prowansję poczuliśmy.

Prowansja nie jest miejscem na jedną wizytę. Trzeba do niej wracać, a i tak zawsze odkryje się coś nowego

Nawet pędzące obok samochody nie zdołały zatłuc tego zapachu – niebywałej mieszanki rozmarynu, lawendy, sosnowej żywicy i diabli wiedzą, czego tam jeszcze, może cyprysów? Podejrzewaliśmy nawet platany, stojące tam wszędzie w równych szeregach, ale nie dajmy się zwariować – platany nie pachną! W każdym razie, zapach obłędny i nie do powtórzenia. Mogliby spokojnie pakować go w puszki i eksportować. W drugiej kolejności, Prowansję usłyszeliśmy. Zewsząd dociera ni to ćwierkotanie, ni to popiskiwanie – jednostajny, monotonny, nieco metaliczny i zgrzytliwy dźwięk prowansalskich cigales, czyli cykad. To urzędowy owad południa Francji i z jego wizerunkiem (niezbyt urodziwej skądinąd, wyrośniętej, opancerzonej muchy) będziemy się spotykać na każdym kroku: na talerzach w restauracjach, na fasadach domów, t-shirtach, nawet w sklepie ze słodyczami zaproponują nam czekoladki w jej kształcie. Przyszedł wreszcie czas, by po doznaniach nosowousznych Prowansję zobaczyć.

Bez cienia trudno tu w lecie przeżyć. Dwustrefowa automatyczna klimatyzacja S-Maxa na trasie spisywała się bez zarzutu LAWENDA I OLIWKI
Dwa eksportowe bogactwa naturalne Prowansji
KUCHNIA
Jest tematem rozmów i miłości
     

W tym celu trzeba opuścić autostradę. Kierujemy się więc drogą regionalną do Lambesc – kilkutysięcznej mieściny nieopodal Aix-en- Provence – i tam rozbijamy obozowisko w typowym, prowansalskim, parterowym domku z basenem. Tu przez 2 tygodnie będzie nasza baza wypadowa. W miejskim centrum turystyki pobraliśmy kilogramy broszur, folderów, przewodników i planujemy następne ruchy. Wizyta w takim centrum ociera się o mistyczne przeżycie – uprzejma pani przepytuje Cię, królu podróżników, o hobby i zainteresowania, a potem daje w prezencie kilkanaście pięknie wydanych książeczek. Pasjonujesz się sztuką winiarską – hyc, i masz już atlas wszystkich winnic w okolicy; może malarstwo – proszę, oto wykaz muzeów i okolicznych tropów, które zostawili van Gogh czy też Cézanne; a może coś dla ciała – już leży lista wszystkich targów w Prowansji, gdzie spróbujesz najlepszych kozich serów z Banon lub lokalnej tapenade. I tak ze wszystkim: hippika, golf, wspinaczka, tenis, nurkowanie, żeglowanie, błogie nicnierobienie – Prowansja jest przygotowana na każdy kaprys i na wszystko ma folderową odpowiedź.

Decydujemy się zacząć od wizyty w Aix, a potem – nad morze do Cassis. Turystyczne szaleństwo już minęło, nieprzebrane miliony z lipca i sierpnia wróciły z urlopu do domów, upał już nie zabija ptaków w locie, S-Max nie skąpi nam wygód, siedzi się w nim wręcz po królewsku – żyć nie umierać.

Po drodze do Aix mijamy, przecięte szosą na pół, urocze St-Cannat i zupełnie zjawiskowe, położone na wzniesieniu i górujące nad otoczeniem, Eguilles. One wszystkie, podobnie jak cała Prowansja, pamiętają Juliusza Cezara i początki naszej ery. Samo Aix wspaniałe: przestronne i pełne oddechu na deptakach obsadzonych przemyślnie platanami, ale też pełne wąskich, małych, zacienionych uliczek, przypominających bardziej architekturę Orientu. Jakie, skądinąd, trzeba mieć zaufanie do Historii (i następnych pokoleń planistów), by sadząc drzewo być pewnym, że za 200, ba, czasem 300 lat, ono nadal będzie rosło w tym samym miejscu!

Nasz Ford gustuje w długich podróżach i żadnych przykrych niespodzianek nam nie zgotował dotąd. Ruszamy więc nad morze, do Cassis, podziwiać słynne Les Calanques. To jakby prowansalskie fiordy – wrzynające się w białe, piaskowe skały wybrzeża, długie jęzory lazurowej, morskiej wody. Do niektórych jest dostęp jedynie od strony morza, ale port w Cassis pełen jest stateczków do wynajęcia – godzina ok. 15 euro. Postanawiamy, trzymając się nabrzeża, wpaść do Marsylii i spróbować słynnej w świecie – jeżeli nie najsłynniejszej – rybnej zupy bouillabaisse. To właśnie o niej napisano, że jest powodem, dla którego Bóg stworzył rybę – nie ma wielu potraw, które mogą się poszczycić taką opinią. Przepisów na nią (oczywiście, jedynych i oryginalnych) jest pewnie tyle, co restauracji ją serwujących, ale my wybieramy legendę prowansalskiej kuchni, restaurację Le Miramar leżącą w samym porcie. To było mądre posunięcie. Z braku poetyckich zdolności powiedzmy tylko, że była pyszna. Prawie tak samo, jak towarzysząca jej butelka schłodzonego, białego, wytrawnego Châteauneuf-du-Pape, legendy lokalnych winnic. To właśnie ona zainspirowała nas do planu na następny dzień: Avignon, pałac papieży, słynny most i, oczywiście, papieskie winnice. Wznosimy toast „Prowansjo, trwaj!” i zamawiamy jeszcze jedną butelkę.

Jak jechaliśmy?
Podróży z Wrocławia do prowansalskiego Lambesc we Francji nie ma co opisywać. Najnudniej, ale za to najkrócej (Michelin w sieci wylicza podróż na 1630 km) jest autostradą – najpierw do Niemiec na Norymbergę, a później do Francji na wysokości Lyonu. Tam już wszystkie oznakowania pokazują południe kraju. We Francji warto zwrócić baczną uwagę na ograniczenia prędkości (110 i 130 km/h), bo fotoradarów jest tam bez liku, a nie o takie pamiątkowe zdjęcie z urlopu nam chodziło.

Polecane noclegi
Baza hotelowa – jesteśmy w regionie, gdzie turysta wart jest tyle złota, ile sam waży. Noclegów jest w bród – od tanich kempingów i wynajmowanych pokoi po pensjonaty i wysokiej klasy hotele. Gdy wbijemy w Google hasło PROVENCE, pokazują się 82 miliony stron, z czego zapewne połowa dotyczy ofert wynajmu czegoś w Prowansji.

Jedzenie
Drobnych knajpek jest zatrzęsienie – w końcu jesteśmy we Francji. Obowiązkowo trzeba skosztować rybnej zupy bouillabaisse, czosnkowej pasty z majonezem, sosu aioli, lokalnych tapenade, czyli miazgi z oliwek, marynowanych w ziołach prowansalskich ząbków czosnku i schłodzonego, różowego wina. Bez tego smak Prowansji nie jest pełny.

Aktualne ceny nowych samochodów:
 
JUŻ OD 36 450 PLN
Dostępne nadwozia: hatchback-3
SPRAWDŹ OFERTY

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    <p>Ford S-Max idealnie nadaje się do długich wojaży. Przekonaliśmy się o tym, jadąc do oddalonej o ponad 1600 km Prowansji.</p><br /><br /><a href="/wydarzenia/podroze-turystyka-Ford-S-Max-Prowansja-Francja,18900,1">Zobacz artykuł</a>
    auto motor i sport, 2015-02-09 15:16:47
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij