Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.5

Polski Fiat lepszy od Stratosa

W katalogowych tabelkach Polski Fiat 125p kontra Porsche 911S czy Lancia Stratos to idiotyczny żart. Ale na oblodzonych dróżkach Rajdu Monte Carlo przewaga gigantów nie jest już tak oczywista. Pojechałem, sprawdziłem, uwierzyłem.

2008-03-12
Rajd Monte Carlo Cała polska ekipa pojechała szybko i skutecznie.

Trzy razy muszę się uszczypnąć sprawdzając czy nie śnię. Ale wszystko jest prawdziwe: rampa startowa rajdu Monte Carlo, słynne kasyno tuż obok i 30-letni Fiat 125p, w którym wyruszam na trasę rajdu. Jadę z Andrzejem Postawką, legendarnym konstruktorem rajdówek i wyścigówek z lat 70., jedynym, obok Bogdana Wozowicza i Zdzisława Kałuży, który podjął, i to z sukcesami, wyzwanie rzucone przez zespoły fabryczne FSO i FSM. Jedziemy Fiatem 125p 1500 z 1976 roku, przygotowanym do rajdów wg reguł z tamtych czasów. Fiatem, choć pomysły były różniste, od angielskich klasyków aż po łatwo dostępne w kraju Łady czy Mercedesy. Ale to nie te auta tworzyły legendę polskich rajdów, lecz właśnie Polski Fiat 125p, na owe czasy samochód szybki, dynamiczny, widowiskowy (tylny napęd), ze skrętną osią napędową.

Monte Carlo to najbardziej prestiżowy rajd świata. Najstarszy, najtrudniejszy (w zimie przez oblodzone Alpy), najdłuższy w Europie. Owiany legendą. Dziś, zmasakrowany nowoczesnością, jest już cieniem dawnej świetności. Ale świadkowie świetności żyją. Nie chcą zza kawiarnianych stolików patrzeć na powolną agonię. Kochają Monte Carlo. Zażądali więc dopuszczenia dawnych normalnych aut do nienormalnego dziś rajdu. Ostatecznie rajd historyczny jedzie osobno.

Po porządnej, starej, długiej trasie. Pełne, długie odcinki specjalne. I nie ledwo uciułanych 40 chętnych do ścigania autami współczesnymi, ale ponad 500 (!) zgłoszeń dawnych rajdówek, w tym legendarne fabryczne auta, w znakomitej większości tylnonapędowe, a więc Porsche 911, Lancie Stratos, Fiaty 124 Abarth. Ostatecznie po analizie życiorysów i pojemności trasy dopuszczono 331 aut. W tym pięć z Polski: "bracia Walentowicze" (Wojtek i Jurek) na bardzo szybkiej Alfie 2000GTV, Tomki Jaskłowski i Dąbrowski Fiatem 125p, Piotr Zaleski z Tomkiem Osterloffem (tym od Syren) w przepięknie odrestaurowanym Polonezie 2000, Andrzej Lubiak z Jackiem Zaleskim w prawdziwym A-grupowym Fiacie 126p i my dużym Fiatem.

Wpierw zlot gwiaździsty z różnych eleganckich miast Europy (w tym roku Barcelona, Kopenhaga, Reims, Turyn, Monte Carlo). Niegdyś, nawet "za komuny", zapraszano do tego grona Warszawę, dziś przy tym stole nieobecną. Prawie doba jazdy non stop. Bez prób sportowych, ale szybko i bez nawet półminutowej przerwy. My, podobnie jak jeszcze trzy polskie załogi, wybraliśmy start z Monte (wygoda geograficzna plus legenda). Start oczywiście spod kasyna, w którym normalnie wre codzienny hazard, wokół po horyzont Rolls-Royce, Bentleye czy Maybachy. Rosyjskojęzyczny gwar. Następnego dnia pod wieczór i bez spóźnień osiągamy metę etapu w Valence. Rano wreszcie pierwszy odcinek specjalny. Kręty, przepaścisty, ale temperatura dodatnia. Fiat zupełnie dzielnie pnie się pod górę, a potem równie dzielnie hamuje na zjeździe. Niezły czas - przegrywamy z "dwulitrowym" Walentowiczem, ale wygrywamy z Jaskłowskim, Zaleskim i Lubiakiem. Remis (aż nie mogę uwierzyć) z byłym zwycięzcą RMC Porsche Carrera prowadzonym przez Jean Pierre Nicolasa! Na zjeździe trochę przypalił hamulce. Ale wynik idzie w świat. Drugi odcinek. Legendarny Burzet. Zbliżamy się mocno do Walentowicza, a oddalamy od pozostałych Polaków. Od Porsche Nicolasa też! (Podobno złe opony.) Potem ucieka nam Walentowicz, ale utrzymujemy wyraźną przewagę nad pozostałymi Polakami. I trójką wielkich faworytów, byłych zwycięzców RMC (Elford, Nicolas, Saby) też. Wieczorem nasi mechanicy - Jacek Blum i Staszek Postawka - nie mają nic do roboty przy Fiacie.

Ranek wita nas ulewą i huraganem. Więc nie będzie łatwo. Niżej na drodze woda, wyżej będzie zamieć. Nasza ekipa fotograficzna - Zbyszek Kołodziejek i Marcin Rybak - czeka już na pierwszym OS-ie. I spełniając funkcję szpiegów lodowych raportuje telefonicznie, że wysoko świeży śnieg po kolana i dalej sypie. Startujemy po czarnym. Fiat jak kozica dziarsko wspina się po serpentynach. Po chwili robi się biało. Wreszcie całkiem biało. Z kolorową mozaiką stojących na nawrotach kibiców. Ślisko bezgranicznie. Fiat tańczy od bandy do bandy. Mijamy dwóch wbitych w śnieg konkurentów. Ale na kolejnym zakręcie to nasze auto nie może zmieścić się na drodze. Z niewielką szybkością zsuwa się z wyjeżdżonego śladu. Na szczęście do rowu, a nie w przepaść. Leżymy na prawym boku. Dobrze, że w tym miejscu nie brakuje kibiców. Trochę zbyt długo wygrzebujemy się obaj z auta. (Przez kierownicę i trzymane w powietrzu lewe drzwi nie jest to łatwe.) Rów głęboki, śnieg po pas, więc operacja nie jest prosta. A jeszcze można oberwać od kolejnych tańczących po całej drodze aut. Wiążemy długą linę. Pomoc życzliwych kibiców jest skuteczna. Dłuższa szarpanina, ale jesteśmy na drodze. Auto nietknięte, ale wynik na tym odcinku zmasakrowany. Jedziemy "ile fabryka dała". Już po 500 m doganiamy konkurenta. Podróżuje bokiem (opony?), a tylko z rzadka przodem. Długo jedziemy za nim w wąskiej bobslejowej rynnie. Wreszcie w jakiejś luce daje drogę. Przed metą jeszcze dwóch. Też w końcu puszczają. Na szczęście to króciutki odcinek - 23 km. (W Polsce byłby najdłuższy.) Meta. Marny wynik - 8 minut do czołówki. Takie jest Monte Carlo.

Do końca dnia niewiele nadrabiamy - śnieg po kolana, więc jest to raczej walka o przetrwanie, niż finezyjna jazda. Ostatni OS odwołano, bo w zaspach utknęły wysłane tam... pługi. Tracimy przez to serwis, bo mamy go "po tamtej stronie". A auto pije na umór. Kupujemy benzynę na stacji. Zawiało też słynną przełęcz Col du Lautaret (ponad 2000 m n.p.m.), więc serwisy dokładają kolejne 250 km. A wieczorem wyścig na sztucznym torze lodowym Circuit de Glace de Serre Chevalier. Nasze opony "za górami, za lasami". Jedziemy na tym co mamy i Andrzej wykręca bardzo przyzwoity czas. Lecz w generalce lecimy dziś w dół. Wyprzedza nas Tomek Jaskłowski. Ale Maluch i Polonez ciągle za nami. Pociesza nas, że Elford i Saby też.

Następny dzień zaczyna się od... skracania trasy. Lawina zabrała kawałek odcinka. Oraz... jedną z ulic w Monte Carlo, więc będzie inny wjazd na metę. Trochę odrabiamy do Tomka Jaskłowskiego, ale niewiele. Półuroczysty (bo to jeszcze nie koniec rajdu) wjazd do Monte Carlo. Krótka przerwa i tego samego wieczora słynny nocny finał. Wszyscy dyskutują o klasyfikacji. Pogrom wielkich mistrzów, a na czele aż trzy Mercedesy z czasów, gdy marka ta rzeczywiście liczyła się w rajdach. Wreszcie pniemy się wysoko w Alpy. Dróżkami jak wąskie wstążeczki. Na przełęczy Col de Braus odrabiamy trochę do Tomka Jaskłowskiego. Na kolejnym OS-ie jeszcze trochę.

Do końca rajdu jeden odcinek. Ale jaki - Col de Turini. Skalne półki, przepaście. Tam gdzie w dzień sięga słońce - łaty czarnego asfaltu. Reszta to "żywy lód". Dużo kibiców. Niestety, szukając wrażeń wygarniają na trasę kamienie lub śnieg. Parę aut ląduje w rowie. My trafiamy na kamienną pułapkę. Andrzej omija kamień, ale zaczepia o następny. Uderzenie w koło. Kapeć. Szerokość drogi wyklucza zmianę koła. Jedziemy na kapciu. Powoli. Zygzakiem. Kierownica "do góry nogami" pokazuje, że zawieszenie też oberwało. Po chwili nie ma już opony, a goła felga ciągnie w przepaść. Akurat po tej stronie. Do mety daleko, a Col de Turini to nie zabawa. Wreszcie meta OS-u. Czas aż 8 minut za czołówką. Wzbudzając sensację u gawiedzi jedziemy nadal na resztkach felgi, bo z przeciwka pędzi nasz serwis. Wreszcie są. Tylko zmiana koła. Pogiętego zawieszenia nie da się zrobić w trzy minuty, a trzeba zdążyć na metę. Jedziemy. Ledwo ledwo, bo podłużnica pęka coraz bardziej. Meta w Monte Carlo w ostatnich sekundach. Jesteśmy sklasyfikowani.

Wielka radość. Przecież 30-letnim Fiatem, może nie bezwypadkowo, ale absolutnie bezawaryjnie ukończyliśmy legendarne Monte Carlo. Wszyscy Polacy na mecie - najwyżej bracia Walentowicze, potem nie my, ale Lubiak, który, jak kiedyś, pokazał, że wyczynowo "zrobionym" Maluchem można na lodzie wyczyniać cuda i że ciągle jest szybszy od... syna. Za Maluchem też świetnie finiszujący Fiat Jaskłowskiego. Potem my, bo niestety fatalny czas na ostatnim OS-ie i spóźnienie na mecie zabrały nam tak mozolnie uciułany niezły wynik. Po nas szybki, ale z przygodami, Polonez Zaleskiego. Za nami też, ku naszemu zaskoczeniu, całkiem liczna grupa bardzo zacnych aut z dawnych stajni fabrycznych - Porsche 911, Alpine Renault A110, Lancia Stratos, Ople Kadetty GTE. Pewnie też marzyli o wyższych miejscach. Ale nikt nie narzeka. Są na mecie legendarnego Monte. Zmęczeni, ale dumni i szczęśliwi. I bardzo młodzi duchem. Widać jak ta meta prostuje im grzbiety, jak "wypuszczają młode pędy". Ewentualna starość przychodzi, gdy kończą się marzenia, a ten przypadek nie ma tu miejsca. Za to taki trudny rajd odwraca ich klepsydrę i piaseczek zaczyna przesypywać się od nowa.

Nie ma też wśród uczestników żadnej zawiści. Swoje już osiągnęli, nie walczą jak szczury o jakieś idiotyczne kontrakty reklamowe. (Pomaga w tym stary regulamin z jego podkreśleniem ducha sportu, a nie ducha komercji, z ograniczeniem reklam na samochodach.) Mają świadomość pochodzenia z dobrych roczników i jak wino ciągle dojrzewają. Nie martwią się, że jutro nikt ich nie będzie potrzebował. Na OS-ach jadą pełni szaleństwa, ale potem zawsze mają czas na szklaneczkę czegoś odpowiedniego. Najlepiej zaś czują się w towarzystwie swoich ciągle rześkich, 30-letnich (i starszych) samochodów. Pojazdów, które prężą prawdziwe mięśnie bez elektronicznych sterydów, nie są zainfekowane komputerami i finezyjnie pomykają po Alpach.

Nasz Fiat, fakt, że przez Andrzeja perfekcyjnie do wyczynu przygotowany, przez tydzień bezlitośnie batożony, ani razu nie poprosił o otwarcie maski. Chyba w tamtych czasach i wśród ludzi, i wśród aut było więcej twardzieli. Na mecie wszyscy się do siebie uśmiechają. Nawet wielcy faworyci, legendy tego rajdu - Elford czy Nicolas - śmieją się z własnych błędów i własnej porażki. (Obaj połowę odcinków z naszym Fiatem przegrali.)

W Monte Carlo zobaczyłem i uwierzyłem, że ten 30-letni Fiat, do kupienia za "jedną średnią krajową", może dać więcej frajdy niż kilkaset razy droższe "wynalazki" z literami WRX, STI czy EVO. A wygranie w Monte ze Stratosem bardzo cieszy i odmładza.

Tekst: Julian Obrocki
Zdjęcia: Marcin Rybak, Zbigniew Kołodziejek

Aktualne ceny nowych samochodów:
 
JUŻ OD 39 200 PLN
Dostępne nadwozia: hatchback-5
SPRAWDŹ OFERTY

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    W katalogowych tabelkach Polski Fiat 125p kontra Porsche 911S czy Lancia Stratos to idiotyczny żart. Ale na oblodzonych dróżkach Rajdu Monte Carlo przewaga gigantów nie jest już tak oczywista. Pojechałem, sprawdziłem, uwierzyłem.
    auto motor i sport, 2008-03-12 16:28:08
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij