Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Tasowanie

Po blisko 8 miesiącach i 16 wyścigach 3 pierwszych kierowców mieści się na "dystansie" 100-107 punktów. Losy tytułu rozstrzygną się w ostatnim GP.

2007-10-10
GP Japonii i GP Chin McLaren stracił punkty w klasyfikacji konstruktorów, ale jego kierowcy zachowali swój dorobek.

Bernie Ecclestone będzie miał to, na czym mu najbardziej zależy - rozstrzygnięcie losów mistrzowskiej korony w ostatnim wyścigu sezonu. Po szpiegowskim skandalu, którego cień wisi nad tegorocznymi mistrzostwami, pewne jest przynajmniej to, że zainteresowanie wydarzeniami na torze zostanie podtrzymane do końcowego gwizdka.

Po raz pierwszy od 1986 roku przed startem do ostatniego Grand Prix sezonu szansę na zdobycie tytułu ma trzech kierowców - Lewis Hamilton, Fernando Alonso (strata 4 punktów) i Kimi Raikkonen (kolejne 3 pkt z tyłu). Wymarzonego finiszu Ecclestone'a o mały włos nie zepsuł jednak Alonso; kończąc GP Japonii bliskim spotkaniem z barierą ochronną, pozostawił Hamiltona z 12-punktową przewagą i ogromną szansą rozstrzygnięcia rywalizacji przed czasem. Ale Hamilton sam zakończył kolejne Grand Prix na poboczu.

Japońskie Fuji (teraz należące do Toyoty i świeżo na tę okazję wyszykowane), do którego cyrk F1 zajechał pierwszy raz od 1977 roku, zafundowało kierowcom deszczowy thriller. Początkowo widoczność była tak fatalna, że zrezygnowano z klasycznego startu i wyścig rozpoczął się w żółwim tempie za samochodem bezpieczeństwa. Safety car pozostawał na torze przez 19 okrążeń, a kiedy w końcu zjechał, byliśmy świadkami jednego z najbardziej fascynujących Grand Prix w tym roku. W niezwykle trudnych warunkach i pod sporą presją Hamilton wygrał i do tytułu zbliżył się na wyciągnięcie ręki. "Było bardzo, bardzo ciężko" - podsumował na mecie David Coulthard. "Być kierowcą wyścigowym to dziwna rzecz - z jednej strony jesteś nie na żarty przestraszony, z drugiej jednak bawisz się jak nigdy, bo w każdym momencie znajdujesz się na krawędzi, nawet na prostej".

W nastroju odpowiednim do pogody byli w Japonii sędziowie, rozdając kary na prawo i lewo. W wyniku decyzji, którą łagodnie można określić jako pochopną, dostało się i Robertowi Kubicy. Za incydent, będący klasycznym przypadkiem walki na torze, gdzie nie da się wskazać winnego, Kubica musiał jednak wykonać karny przejazd przez pit lane, który "kosztuje" około 25 sekund. Na ostatnich zakrętach Polak zaliczył walkę "na łokcie" z szybszym Ferrari Felipe Massy, podczas której obaj podróżowali po poboczu. Zaczęło się od manewru Massy, ale Kubica nie pozostał dłużny. "Wypchnął mnie, potem ja zrobiłem to samo" - stwierdził.

W efektowny sposób wypadł z toru Fernando Alonso, który do tego momentu miał mocną końcówkę sezonu i którego siłą miała być bezbłędna jazda pod presją w ostatnich wyścigach sezonu. Na torze pojawił się samochód bezpieczeństwa, ale okres neutralizacji okazał się mało spokojny. Gwiazda wyścigu Sebastian Vettel, jadący na trzecim miejscu w słabym Toro Rosso, zagapił się i uderzył w Marka Webbera z bratniego zespołu Red Bulla. Obydwaj zostali na miejscu wyeliminowani, w boksach Vettel był bliski załamania, ale żeby mu nie było za lekko, sędziowie przyłożyli w niego karą - za spowodowanie kolizji cofnięcie na starcie kolejnego wyścigu o 10 miejsc.

Karę dostał również drugi kierowca zespołu, Vitantonio Liuzzi (25 s doliczone do wyniku), w efekcie tracąc punkt za ósme miejsce (Toro Rosso odwołuje się od tej decyzji). "Ktoś, kto sformułował powiedzenie "może być tylko lepiej", na pewno nie miał na myśli ekipy Toro Rosso" - podsumował zespół w oświadczeniu po wyścigu. Zanosiło się na znakomity wynik, ale skończyło fatalnie. "Wygląda na to, że to, co miało być światełkiem w tunelu - okazało się nadjeżdżającym pociągiem".

Kara dla Vettela była oczywiście niepotrzebna - to tak, jakby karać piłkarza za samobójczą bramkę. Sędziowie się zresztą zreflektowali i przed GP Chin karę Niemcowi cofnęli. Dzień później wlepili mu nową (cofnięcie o 5 miejsc), za blokowanie innych podczas kwalifikacji w Szanghaju. Tym razem słusznie.

Okazało się też, że sędziowie zainteresowali się sprawą jazdy Hamiltona za samochodem bezpieczeństwa. Czy Anglik aby na pewno utrzymywał w miarę równą odległość i tempo? Czy zbyt gwałtownym zwolnieniem nie przyczynił się do kolizji Vettela iWebbera? Odstępstwa od rytmu jazdy są dopuszczane, bo kierowcy muszą dbać o utrzymanie odpowiedniej temperatury opon i hamulców. Hamilton został skrytykowany przez wszystkich zawodników, ale sędziowie zostawili go w spokoju. I dobrze, bo na tym etapie mistrzostw jakakolwiek kara przyznana długo po wyścigu wywołałaby podejrzenia o manipulowanie wynikami Grand Prix.

Mokro było również na starcie GP Chin, gdzie Hamiltonowi wystarczało dojechać do mety przed Alonso i Raikkonenem, by zostać mistrzem. I Hamilton prowadził przez 27 okrążeń po starcie z pole position. Zniszczył jednak opony, podczas zjazdu na pit lane wyjechał na pobocze (nawierzchnia alei serwisowej była nieco bardziej mokra niż toru) i zakopał się w żwirze. Prosty błąd i game over.

Znakomicie pojechał Kubica, który dość wcześnie zdecydował się na założenie opon na suchą nawierzchnię. Kiedy liderzy zrobili to samo, Kubica znalazł się na prowadzeniu z perspektywami najlepszego wyniku w sezonie. Hydraulika w jego BMW chciała jednak inaczej i dla Kubicy GP Chin skończyło się parkowaniem na poboczu. "W ostatnich dwóch wyścigach uciekły mi szanse na podium" - podsumował rozczarowany.

Wypadnięcie Hamiltona wykorzystali Raikkonen i Alonso, zajmując dwa pierwsze miejsca i przygotowując grunt pod decydujące o losie tytułu mistrza świata Grand Prix Brazylii. Naturalnie, szybko pojawiły się odwołania do historii, która ponoć ma faworyzować Fernando Alonso. Co na to teraźniejszość? Rozstrzygnięcie zapadnie na torze Interlagos, a czerwone światła zgasną na starcie 21 października o 18 naszego czasu. Bernie Ecclestone zaciera ręce.

Tekst: Roman Popkiewicz
Zdjęcia: BMW, Mercedes, Red Bull, Shell/Getty Images, Williams

Afera szpiegowska - są tylko przegrani

Afera szpiegowska zamknięta. McLaren ukarany, stenogram z posiedzenia jawny, Ferrari mistrzem konstruktorów. Pełnia szczęścia? Nie. Na tej aferze stracili wszyscy.

McLaren
Stracił wszystkie punkty w klasyfikacji konstruktorów (i niemal pewny tytuł) i musi zapłacić karę 100 milionów dolarów. Wszystko za sprawą działania głównego projektanta, które nie miało wpływu ani na konstrukcję auta, ani na bieżące prace. Jednak niektóre szczegóły techniczne samochodu Ferrari przeniknęły do zespołu, znali je m.in. Fernando Alonso i kierowca testowy Pedro de la Rosa.

Na pocieszenie pozostaje to, że najprawdopodobniej jeden z kierowców McLarena zostanie mistrzem świata.

Ferrari
Ma tytuł mistrza konstruktorów, ale przecież zdobyty nie na torze. Znakomity początek sezonu został roztrwoniony przez problemy z tunelem aerodynamicznym - prawdziwą przyczyną, dla której Scuderia została wyprzedzona przez McLarena.

Na dodatek Ferrari ucieka się do zagrań poniżej pasa. Jean Todt oraz jego szef, prezes koncernu Fiata Luca di Montezemolo opowiadają publicznie, że jeśli Lewis Hamilton zostanie mistrzem świata, dokona tego w aucie, w którym jest "trochę Ferrari".

Fernando Alonso
Rok temu bohater, dziś człowiek owładnięty manią spiskową. Kierowca, spodziewający się specjalnego traktowania w zespole, który zawsze swoich kierowców traktował równorzędnie, a który to kierowca zagroził wyrządzeniem szkody własnej ekipie ("Uczyńcie mnie numerem jeden albo ujawnię co na was mam") i który uciekał się do mało sportowych zagrywek. U wielu stracił szacunek.

Poza tym sugerując, że Ron Dennis kłamie, Alonso ośmiesza sam siebie. Akurat prawdomówność Dennisa potwierdziły posiedzenia Światowej Rady Sportów Motorowych FIA.

Lewis Hamilton
Stracił najmniej. Ale jeśli zostanie mistrzem świata, spadnie na niego odium wątpliwości spowodowanych aferą.

FIA
Decyzja o ukaraniu McLarena była w najlepszym wypadku bardzo kontrowersyjna. Dowody przeciw McLarenowi - jakoby brytyjski zespół wykorzystał materiały Ferrari, jakie trafiły do rąk głównego projektanta Mike'a Coughlana, do prac nad własnym samochodem - były najwyżej poszlakami i w normalnym sądzie miałyby małe szanse, żeby się utrzymać. Poza tym, skoro uznano, że zespół odniósł korzyść i należy mu się odebranie punktów, dlaczego nie odebrano ich również kierowcom? Przecież oni też musieli skorzystać.

Co więcej, parę lat temu była znacznie poważniejsza sprawa o szpiegostwo przemysłowe również przeciw Ferrari i ze stuprocentowymi dowodami. Dwóch byłych pracowników Toyoty ma wyroki sądowe (pozbawienie wolności w zawieszeniu). Dlaczego wtedy FIA nie uznała za stosowne, żeby się tym zająć, a teraz osądza McLarena w trybie przyspieszonym? Na razie nikomu z brytyjskiego zespołu nie postawiono nawet zarzutów.

Kibice
Zafundowano im aferę, która rzuciła cień na całe mistrzostwa. Działania dwóch osób - pracownika Ferrari i członka McLarena - prawdopodobnie dla własnej korzyści zostały rozdmuchane do rozmiarów afery, w wyniku której zdyskwalifikowano najlepszy zespół sezonu. Wyjaśnienia były niekonsekwentne, szereg ważnych pytań pozostało bez odpowiedzi.

Podobnych afer może być więcej, bo różni pracownicy zespołów F1 wynoszą płyty z danymi zmieniając barwy klubowe. Czy FIA będzie takie przypadki traktować podobnie jak te z udziałem McLarena?

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Po blisko 8 miesiącach i 16 wyścigach 3 pierwszych kierowców mieści się na „dystansie" 100-107 punktów. Losy tytułu rozstrzygną się w ostatnim GP.
    auto motor i sport, 2007-12-18 12:44:40
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij