REKLAMA

3500 km po Australii

Skodą Yeti wśród kangurów. Kicający w poprzek drogi kangur wygląda w światłach reflektorów dokładnie tak, jak na znakach drogowych - jakby składał się tylko z własnego profilu. Po sekundzie już go nie ma. Witamy w Australii. 

Skodą Yeti po Australii
DWUNASTU APOSTOŁÓW - wystające z morza wapienne skały to jedna z wizytówek Australii. Zachód słońca na tym wybrzeżunależy do najwspanialszych widoków na świecie
Aktualne ceny nowych samochodów:
 
JUŻ OD 51 500 PLN
Dostępne nadwozia: hatchback-5
SPRAWDŹ OFERTY

Jeśli się tam wybieracie, to pamiętajcie, że na tym pustkowiu na odcinkach rzędu dwóch tysięcy kilometrów potrafi być tylko jedna stacja benzynowa" - uśmiecha się Bruce w punkcie informacji turystycznej w Lakes Entrance, wskazując słynną czerwoną skałę Uluru w samym środku kontynentu. "I musicie wcześniej zadzwonić i zamówić paliwo, bo inaczej go nie dostaniecie". Ot, zwykłe australijskie realia.

Uluru kusi, ale jazda tam trwa w jedną stronę prawie dobę. Idealnie, Australię najlepiej objechać i jeszcze przejechać w poprzek, na tym kontynencie jest bowiem przemieszany cały świat. Czerwone pustynie i lasy tropikalne, rafy koralowe i afrykański busz, piaszczyste plaże i stare jak świat góry, piękne, nowoczesne miasta i egzotyczna, dzika przyroda - da się tu znaleźć chyba wszystko poza ośmiotysięcznikami. Ale na okrążenie Australii potrzeba minimum dwóch miesięcy i istnieje szansa, że przy tak długiej nieobecności szef życzyłby powodzenia nie tylko w związku z wyjazdem. Trzeba wybierać, a że żelaznym punktem podróży ma być słynna Great Ocean Road, zostajemy w południowo- wschodniej części Australii. Odległości i tak będą spore.

OSTRZEŻENIE. "A co będzie, jeśli w kompletnym odludziu pojadę szybciej?" - pytam, jak Polak kombinując co tu zrobić z ograniczeniem prędkości do 110 km/h. "Nawet nie próbuj" - pada odpowiedź Jasona z salonu Skody w Adelajdzie, wydającego nam błyszczącego, czerwonego Yeti. "Oni tam są. Mnie za jazdę 138 km/h wlepili ponad 1300 dolarów. Karzą za wszystko - i z nimi się nie dyskutuje". Czyli na nasze peso będą to ponad cztery tysiące. "I miałem szczęście, że nie zatrzymali mi prawa jazdy" - ostatecznie niszczy wszystkie moje nadzieje Jason. A więc drogówka, z którą się nie gada. Jak w Stanach. Cóż, przynajmniej wszystko jasne.

MANDAT. Od razu, drugiego dnia. Biała kartka za wycieraczką, 116 dolarów za parkowanie co prawda w legalnym miejscu, przy krawężniku, ale w odwrotnym kierunku niż kierunek jazdy. Diabli nadali.

Jedziemy na posterunek. Chyba raczej po darmowy nocleg, niż aby cokolwiek wskórać, przebiega mi przez myśl. Od drzwi wywalam całą amunicję - dziennikarz, podróż, Australia, publikacja, Polska, przyjaźń i pokój. Oficer, zamiast sięgać po kajdanki, wygląda prawie na rozbawionego - "Napisz odwołanie, będzie rozpatrzone szybko, za kilka tygodni". Za kilka tygodni to nas już tu nie będzie, a wolałbym nie zostawiać po sobie mandatu importerowi Skody. "No worries. Będzie wycofany, nie przejmuj się" - uśmiecha się tamten. No worries? Znaczy - spoko? Darował mi mandat...

Zdążyłem zobaczyć tylko kawałek Adelajdy, ale Twój kraj już jest dla mnie piękny, bracie.

GÓRA KOŚCIUSZKI. Na każdym kroku ogromne wrażenie robi infrastruktura turystyczna, ze świetnie oznakowanymi punktami informacyjnymi, darmowymi publikacjami, parkingami. Idealnym przykładem jest Thredbo w Górach Śnieżnych - australijskie Zakopane - i szlaki prowadzące na szczyt Góry Kościuszki.

Mówiąc wprost - na szczyt najwyższej góry Australii dałoby się wejść z nogą w gipsie. Wystarczy pierwszy, najbardziej stromy kawałek zaliczyć na wyciągu krzesełkowym, bo poźniej aż na sam szczyt prowadzi najpierw brukowany (!), a następnie wykonany ze stalowych krat 6,5-kilometrowy chodnik. Jeden ze szczytów Korony Ziemi można więc zdobyć w ramach spaceru; nawet idąc "na hardkorowca", czyli rezygnując z wyciągu i pokonując całą trasę pieszo, da się w jeden dzień zaliczyć Górę Kościuszki startując dopiero po południu. Chociaż następnego dnia kości bolą.

REKLAMA

REKLAMA

DROGOWA RZECZYWISTOŚĆ. Jest jak w Skandynawii - wszyscy jeżdżą ultraprzepisowo, bezpiecznie, bez pośpiechu. No worries.

Rodzaj dróg, szerokość jezdni, sposób oznakowania - np. napisy "z tego pasa musisz skręcić w prawo" zamiast znaku nakazu skrętu - wszystko jest jak w Stanach, tylko w znacznie lepszym wydaniu. Australia to młody kraj z nowymi miastami, więc układ ulic w centrach jest w kratkę, a poruszanie się jest dziecinnie łatwe nawet z najbardziej zwyczajną mapą.

Ostre ograniczenia prędkości są bolesne, ale tylko przez chwilę, bo na szczęście poza miastami natężenie ruchu jest bardzo małe. Dlatego prędkość 110 km/h okazuje się nawet strawna, na dłuższych trasach dając średnią powyżej 90 km/h - czyli całkiem niezłą. Wielką egzotyką są ogromne ciężarówki - pociągi na kołach - ciągnące po kilka wielkich naczep naraz. Gnają przy tym 100-110 km/h i wyprzedzając je masz oczy dookoła głowy wypatrując, czy aby nie krąży gdzieś helikopter drogówki.

Australia ma oczywiście swojego Holdena, który romans z przemysłem samochodowym zaczął ponad sto lat temu, a pierwszy model pod własną marką wypuścił w 1948 r., już jako filia General Motors. Do sedana niedługo później dołączył bratni pick-up i ten rodzaj samochodu, dla nas absolutnie nietypowy, wciąż jest w Australii bardzo popularny. Holdeny Ute można spotkać na każdym kroku, najczęściej w ostro metalizowanych kolorach - królują zielony, pomarańczowy i fioletowy - i wyglądają obłędnie

Z europejskich marek, poza wszechobecną na świecie niemiecką trójką spod liter A, B i M, trafia się sporo Volkswagenów i Peugeotów, od czasu do czasu Alfa Romeo. Skoda Yeti okazuje się rzadsza niż Ferrari.

GREAT OCEAN ROAD. Najsłynniejsza droga Australii rozciąga się na dystansie niecałych 250 km na wschód od Warrnambool i wije wzdłuż niesamowicie malowniczego wybrzeża, czule zwanego Wybrzeżem Wraków, przez eukaliptusowe lasy i nad wapiennymi klifami słynnych Dwunastu Apostołów. Droga została zbudowana na wzór słynnej kalifornijskiej Pacific Coast Highway, a budowali ją ręcznie w latach 20. ubiegłego wieku weterani I wojny światowej; chodziło o to, żeby dać żołnierzom jakieś zajęcie, a przy okazji drogę mianowano pomnikiem ich poległych kolegów.

Przynajmniej kawałek tej drogi chcielibyśmy mieć pod domem. Kręta szosa co chwilę zmienia kierunek, w jednym miejscu przebiega przez nadmorską miejscowość, by za chwilę szybko wspiąć się kilkadziesiąt metrów wyżej, przewija się przez parki narodowe, niektóre zakręty leżą tuż przy plażach, gdzie indziej trzymają się skał. Świat za szybą zmienia się tak bardzo, że każde następne miejsce sprawia wrażenie jakby od poprzedniego było oddalone o tysiąc kilometrów.

Najsłynniejszą atrakcją przy Great Ocean Road jest Dwunastu Apostołów - wystające z morza, w naturalny sposób powstałe wapienne kolumny - jedna z najsłynniejszych wizytówek Australii. Punkty widokowe są idealnie rozmieszczone, a kolumny i wapienne klify robią piorunujące wrażenie zarówno kiedy oglądamy je z góry, jak i stojąc na plaży.

"Apostołów" jest tak naprawdę ośmiu, ale kto by się tym przejmował, kiedy zachód słońca nad tym wybrzeżem to jeden z najwspanialszych widoków na świecie?

AUSTRALIA - INFORMACJE PRAKTYCZNE

KIEDY JECHAĆ - zdecydowanie latem, czyli naszą zimą.
BILET LOTNICZY - najlepiej upolować przez internet, np. poprzez stronę fly4free.pl. Można trafi ć na ofertę w granicach 4 tys. zł (w obie strony, naturalnie).
CENY NA MIEJSCU - Australia jest niestety jednym z najdroższych krajów świata. Drogie jest wszystko, a np. za parkowanie w miastach wnosi się nie opłatę, a zwyczajny okup. Natomiast dobra wiadomość jest taka, że paliwo jest tańsze niż u nas. Litr benzyny bezołowiowej kosztuje ok. 4,50-5,50 zł, przy czym najtańsza jest w dużych miastach.
WYNAJĘCIE AUTA - to wydatek poniżej 1400 zł na dwa tygodnie i niecałe 2 tys. zł na trzy (samochód mały, typu Hyundai Getz).
NOCLEGI - nawet w "gorącym" sezonie turystycznym nie ma większego problemu ze znalezieniem noclegu. Moteli jest sporo, a noc kosztuje 70-100 dolarów australijskich. Warto korzystać na przykład z booking.com i tripadvisor.com.

GÓRY BŁĘKITNE. Według aborygeńskiej legendy, w czasie powstawania świata, stwory Mirigan i Garangatch - pół-ryba i pół-gad - stoczyły walkę, której pozostałością są Góry Błękitne. Później góry porosły gęstym lasem eukaliptusowym, którego opary tworzą nad okolicą błękitną poświatę.

Inna legenda dotyczy skał Trzy Siostry, jednego ze świętych miejsc Aborygenów. Głosi ona, że trzy piękne siostry Meenhi, Wimlah i Gunnedoo zakochały się w trzech braciach z innego plemienia, po czym już poszło jak w życiu - plemienne prawo nie dopuszczało takiego związku, bracia próbowali zdobyć dziewczyny siłą, co oczywiście doprowadziło do bitwy, aż jeden z członków plemiennej starszyzny, aby siostry chronić, zamienił je w skały. Zamierzał oczywiście odmienić je kiedy wojna ustanie, ale sam zginął i od tego czasu nikt nie potrafi przywrócić dziewczynom cielesnych postaci, chociaż, a jakże, wielu próbowało. Co prawda, niedawno okazało się, że ta druga "legenda" powstała w latach 20. albo 30. ubiegłego wieku, aby przewodnicy mieli co opowiadać turystom, ale brzmi tak dobrze, że turyści będą jej pewnie słuchać aż Mirigan i Garangatch stoczą ostatnią walkę, tym razem przy końcu świata.

Patrząc na Trzy Siostry uśmiecham się do myśli, że Góry Błękitne byłyby idealnym miejscem na weekendowy wyjazd, szkoda tylko, że nie leżą gdzieś między Szczecinem a Przemyślem.

I w tym momencie, przysięgam, w złotym świetle zachodzącego słońca, Trzy Siostry puściły do mnie oko. No worries, dziewczyny.

Tekst Roman Popkiewicz,
zdjęcia Marta Rakoczy, Shutterstock

zobacz galerię

Zobacz także:

Komentarze

 (7)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA