[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Concours d’Elegance i Monterey Car Week – odebraliśmy bilet do raju

Podobno niebo na ziemi nie istnieje. Po wizycie na kalifornijskim półwyspie Monterey i zaliczeniu imprezy pt. Monterey Car Week nie jesteśmy już tego tacy pewni.

fot. Rolex

Kalifornia, a konkretnie miejscowość Monterey i okolice, to jedno z dziesięciu najdroższych miejsc do życia na świecie. To tu (i na południu w Los Angeles) sprzedaje się najwięcej Porsche 911, to tu stężenie helikopterów latających niemal jak taksówki jest największe, to wreszcie tu od kilku lat na aukcji w Pebble Beach padają kolejne rekordy w konkurencji „najdroższy samochód świata”. W tym roku pobito kolejny – Ferrari 250 GTO z 1962 r. sprzedano za ponad 48 milionów dolarów.

TU JEST WSZYSTKO... I JESZCZE WIĘCEJ

Konkurs elegancji w Pebble Beach – albo zachowując oryginalną nazwę Concours d’Elegance – to impreza numer jeden w świecie miłośników motoryzacyjnej klasyki. Z jej bogactwem może się równać wyłącznie Festiwal Prędkości w Goodwood. Ale ten ostatni odbywa się na podwórku brytyjskiego lorda, natomiast w Pebble Beach samochody prezentuje się na polu golfowym tuż nad Pacyfikiem. Po pewnym czasie nie wiadomo, czy w głowie szumi zgromadzone tu bogactwo, rozbijające się o brzeg fale, czy hojnie serwowany szampan. Pebble Beach to wydarzenie w ramach tzw. Monterey Car Week, na który składają się jeszcze dwie inne imprezy – The Quail (w jej trakcie pokazano światu np. Bugatti Divo czy Lamborghini Aventadora SVJ) oraz Rolex Monterey Motorsports Reunion na torze Laguna Seca (550 samochodów i bolidów z różnych epok robi to, do czego zostały stworzone).

Zobacz też: podróżujemy kamperem po Kalifornii

Wybrzeżem, między imponującymi rezydencjami i polami golfowymi, wiedzie jedna z najbardziej widowiskowych dróg świata – 17-Mile Drive, którą ze sporą dozą fantazji docierają na konkurs elegancji uczestnicy. Widoku sunącego pełnym ogniem w kalifornijskim słońcu Ferrari 250 GTO nie zapomina się nigdy. Byli tacy, którzy twierdzili, że po takim spektaklu można spokojnie umrzeć, bo nic lepszego się już w życiu nie przytrafi.

fot. Rolex

Na imprezie Motorsports Reunion chodzi głównie o prędkość, w Pebble Beach nikt nie stoi ze stoperem, tylko skrupulatnie ocenia się stan i wyjątkowość prezentowanych aut. Na torze bywa tak głośno, że bębenki w uszach ocierają się o czaszkę, a na spokojnym polu golfowym słychać najwyżej brzęk kieliszków w dłoniach dystyngowanych pań. Na Laguna Seca w menu znajdują się głównie corn-dogi (hot-dogi na patyku) i piwo, w Pebble Beach jada się owoce morza i pije białe wino lub szampana. W paddocku człowiek nurza się w błękitnym dymie spalin, przesiąka zapachem smarów, ślizga się na plamach oleju, zaś na idealnie przystrzyżonym polu golfowym warunki są laboratoryjne, a w powietrzu unosi się zapach cygar. Między bolidami kręcą się często trzy pokolenia Amerykanów w czapeczkach z daszkiem, t-shirtach i adidasach, natomiast z klasycznych automobili wyglądają panie w kapeluszach, panowie w idealnie skrojonych garniturach i butach na zamówienie.

Laguna Seca karmi zmysły, Pebble Beach – duszę. I nie da się rozstrzygnąć, co lepsze. To dwie różne planety, choć oddalone od siebie zaledwie o kilkadziesiąt minut drogi. Z innych światów są też ceny biletów wstępu. Na imprezę Motorsports Reunion wejdziemy już za 25 dolarów, wejściówka na Pebble Beach kosztuje 15 razy więcej. Wokół toru parkuje mnóstwo kamperów, ludzie siedzą na rozkładanych krzesełkach i urządzają sobie barbecue, parkingi w Pebble Beach są natomiast zapełnione Rolls-Royce’ami i Bentleyami, a wielu gości przylatuje na imprezę helikopterem lub wchodzi na trawnik wprost z prywatnego jachtu.

fot. Rolex fot. Rolex

REKLAMA

REKLAMA

PERŁY NAD OCEANEM

KONKURS ELEGANCJI Nie ma chyba innej motoryzacyjnej imprezy na świecie, która bardziej zasłużyłaby na tę nazwę. Concours d’Elegance w Pebble Beach to od lat miejsce, które skupia najbardziej smakowite samochody z różnych epok. Tradycją jest już, że właśnie na tamtejszej aukcji regularnie bite są rekordy w kategorii „najdrożej sprzedany samochód na świecie” (fot. Rolex)

W Pebble Beach samochody są podzielone na klasy, między innymi tak oryginalne, jak np. „samochody radża”, „wymarzone amerykańskie kabriolety z epoki Eisenhowera” czy „powojenne, niestandardowe Citroëny”. Oprócz tego są samochody sportowe, włoskie klasyki, auta z Indianapolis 500 i wiele, wiele innych. Każda klasa szokuje unikalnością i różnorodnością. I poziomem odrestaurowania aut. Rdza? Zapomnijcie, chyba że na samochodzie, który specjalnie do takiego stanu doprowadzono. Większość egzemplarzy została perfekcyjnie wypucowana, a odbijające się w chromowanych elementach słońce jest tego najlepszym dowodem. Fantastycznie i pieczołowicie wykończone wnętrza wyglądają chyba lepiej niż wtedy, kiedy te auta opuszczały fabrykę.

fot. Rolex fot. Rolex

Inna historia to ludzie, którzy nimi jeżdżą. Większość strojem i stylem nawiązuje do epoki, z której pochodzi ich pojazd. Gdyby nie smartfony błyskające w rękach gapiów, można by wręcz pomyśleć, że oto nagle przenieśliśmy się pół wieku albo wiek wstecz. Ku uciesze przechadzających się widzów właściciele co chwila uruchamiają silniki – często towarzyszy temu delikatna chmurka niebieskiego dymu. Niektóre samochody, ze względów bezpieczeństwa i dla komfortu psychicznego właścicieli, ostatni etap podróży na miejsce postoju odbywają nie za pomocą siły mechanicznych koni, tylko ludzkich rąk. Wszystkie jednak wcześniej dojeżdżają na pole golfowe o własnych siłach, pokonując spektakularną 17-Mile Drive pełną zakrętów i podjazdów.

Zobacz też: Jeździmy McLarenem Senną po torze Estoril

Motorsports Reunion karmi zmysły, konkurs elegancji
w Pebble Beach – duszę

Jury Concours d’Elegance ma w swoich szeregach honorowych członków, w tym szefa, Chrisa Bocka, który pierwszy raz był na konkursie jeszcze jako widz w 1963 roku, a 10 lat później został w nim sędzią. W tegorocznym składzie jury nie zabrakło wysoko postawionych, wieloletnich pracowników firm samochodowych, designerów czy kierowców wyścigowych. W tym roku największe uznanie zyskała cudowna Alfa Romeo 8C Touring Berlinetta z 1937 roku. Samochód, który, jak to ujął jego właściciel, „jest architektonicznym dziełem sztuki zamontowanym na podwoziu auta Grand Prix”. O charakterze imprezy i upodobaniach sędziów (oraz o samej motoryzacji) wiele mówi fakt, że konkursu elegancji w Pebble Beach jeszcze nigdy nie wygrał samochód wyprodukowany po II wojnie światowej. Długoletni sędzia imprezy twierdzi, że „na to jeszcze przyjdzie czas”.

fot. Rolex fot. Rolex

Obok automobili na najsłynniejszym polu golfowym świata (to tu zwycięstwa w U.S. Open odnosił m.in. Tiger Woods) swoje współczesne i historyczne modele prezentowały w tym roku m.in. Bugatti, Ferrari czy Mercedes. Między nimi przechadzali się najważniejsi świata motoryzacji – to tu można było usłyszeć szefa Bugatti, Stephana Winkelmanna, przekonującego swoją włoską partnerkę, że świeżo odsłonięty model Divo to „bellissima macchina”. My po 17-milowej alei przemieszczaliśmy się raczej skromnie – dwoma koncepcyjnymi modelami Volkswagena.

REKLAMA

LAGUNA SECA I LEGENDY W AKCJI

Na torze Laguna Seca najważniejszym narzędziem jest stoper, mimo że niektóre bolidy, które tam startują mają nawet 90 lat. Spis klas jest imponujący: samochody Formuły 1 z lat 1967-1984, Formuła 5000 z lat 1968-1976, auta wyścigowe z serii Can-Am 1966-1974. Do tego przedwojenne auta sportowe, wyścigówki z klas GT czy IMSA. Oraz jeszcze kilka innych. Całą armię swoich historycznych samochodów wyścigowych przywiózł Nissan, w garażach Forda można było porównać, czym różnią się trzy pokolenia modelu GT40, a przy alei z Porsche stało np. 911 GT1, które w 1998 roku wygrało Le Mans 24h.

Zobacz też: Czym jest Gymkhana? Przyglądamy się Kenowi Blockowi

LAGUNA SECA to jeden z najsłynniejszych torów świata, na którym znajduje się jedna z najsłynniejszych (i najtrudniejszych) kombinacji zakrętów, tzw. Corkscrew, czyli „korkociąg”. Samochody i kierowcy zmagają się z nimi już 61 lat. Tor budowano w rekordowym tempie – Amerykanie potrzebowali jedynie 60 dni od wbicia łopaty do momentu, w którym odbył się pierwszy wyścig (fot. Rolex)

Atmosfera Motorsports Reunion jest mocno piknikowa, największym zainteresowaniem publiczności cieszy się oczywiście legendarna sekwencja zakrętów Corkscrew. Żeby być blisko akcji, trzeba się jednak wspiąć na niewielkie wzgórze (w miejscu dolnych części toru było kiedyś jezioro). Ci, którzy z powodu zbyt wielu zjedzonych hot-dogów nie decydują się na spacer, mogą spokojnie odpocząć na miejscach dla widowni. Można się tam poczuć jak na pulsujących życiem trybunach ze złotej ery wyścigów z lat 60. i 70. Hałas wspinających się na obroty wyczynowych silników uniemożliwia zebranie myśli, w powietrzu czuć zapach paliwa, a przed zakrętami unosi się woń zdartej i rozgrzanej gumy. Niesamowity klimat panuje też w alei serwisowej i okolicach – stoiska zespołów są obwieszone plakatami z epoki, a między samochodami kręcą się czasem trzy pokolenia kierowców. Raj więc istnieje. Tylko dlaczego wstęp do niego jest taki drogi?

fot. Rolex

fot. Rolex

fot. Rolex

 

Całkiem przypadkiem – jazda prototypem
„To one mają silnik?” – spytał kolega, gdy usłyszał, że jeździłem prototypami VW. Mają, chociaż rzadko pojawia się szansa, żeby wypróbować je na drodze. Po 17-Mile Drive przejechaliśmy się koncepcyjnymi pojazdami VW – Atlasem Cross Sportem (na zdjęciu poniżej) i Atlasem Tanoakiem (pick-up). „Prototypowość” czuć od razu po wejściu do kabiny – np. klimatyzacja nie chłodzi, tylko grzeje, co nie byłoby problemem np. na Alasce, ale w Kalifornii już tak. Ekrany dotykowe wyglądały widowiskowo, choć żaden nie reagował na próby ustawiania czegokolwiek. Auta mają też ograniczniki prędkości do zawrotnych 30 mil/h. Jednak są to modele, które mają „wyglądać” i wskazywać trendy w designie – i z tego zadania wywiązują się znakomicie. Wyglądają futurystycznie i elegancko, po prostu spektakularnie. Atlas Cross Sport to SUV w wyjątkowo modnym ostatnio stylu coupé, natomiast Atlas Tanoak jest pick-upem rozmiaru king size. Decyzji o tym, czy trafią do Europy, jeszcze nie podjęto.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij