REKLAMA

Ekstremalne trasy – Samochodowy Everest

Na czterech kołach na dachu świata. Nad Europą na tej wysokości latają samoloty, tu redukuje się bieg i wjeżdża wyżej. Kawałek Himalajów widziany zza kierownicy.

ekstremalne trasy, Skoda, Yeti Pustynia jest generalnie nudna, chyba że występują na niej hopy, które można wykorzystać do tego, do czego je przyroda stworzyła, czyli odrywania kół od podłoża
Aktualne ceny nowych samochodów:
 
JUŻ OD 51 500 PLN
Dostępne nadwozia: hatchback-5
SPRAWDŹ OFERTY

 

Droga powoli znika pod kołami. Pokonanie trasy o długości 150 km może zająć dwie godziny albo osiem - na wysokogórskiej pustyni związek między odległością a czasem rządzi się innymi prawami. Przejazd 500-kilometrową trasą ze Srinagaru do Leh zajmuje półtora dnia intensywnego kręcenia kółkiem. Przy czym wrażenia są jedyne w swoim rodzaju, bo często za pobocze z jednej strony robi skała, z drugiej przepaść. Trudno byłoby minąć się tu z pieszym, a co dopiero z innym samochodem. Na szczęście jest pusto. Przez jakieś dwie minuty. Po czym zza skały wyłania się konwój ciężarówek.

Rozpościerająca się wokół kraina to Ladakh - skalistopiaszczysto-kamienne pustkowie, z jednej strony zamknięte przez Himalaje, a z drugiej przez Karakorum. Łatwo zapomnieć, że leży na wysokości 3500 m n.p.m., bo dookoła są góry po sam sufit. Zielono bywa tylko w pobliżu Indusu i mniejszych rzek, i tylko wiosną i latem. Przejazd przez Ladakh, pełen świątyń buddyjskich i tybetańskiej kultury, jest jak podróż w czasie. Majestatyczne góry oraz kilkusetletnie klasztory przypominają o wieczności. Przez dużą część roku nieliczne przełęcze w okolicznych pasmach gór są nieprzejezdne - wtedy cały Ladakh jest odcięty od świata. Jesienią, w nocy temperatura spada do -10 °C, ale już przed południem jest kilkanaście stopni powyżej zera. Rzadko kiedy pada deszcz, powietrze jest boleśnie suche. Słońce parzy tak, że trudno wytrzymać - filtr atmosfery jest tu o kilka kilometrów cieńszy.

"Krainę Wysokich Przełęczy" można odwiedzić latem, jeśli komuś nie przeszkadza mały (i z roku na rok coraz większy) tłumek turystów. Jednak Ladakh najlepiej smakuje jesienią - wolny od przyjezdnych i z bardzo stabilną pogodą. Puste, pustynne, surowe i rzadko zaludnione miejsce wygląda wtedy jak jeden z końców świata.

Na drogach Indii możliwe są rzeczy, jakie nam trudno sobie wyobrazić. W Delhi przechodzień w zasadzie nie ma prawa przedostać się przez gęsty, nigdy nie ustający ruch na drugą stronę ulicy. Musi być bardzo szybki, bo inaczej bardzo szybko będzie martwy. Z kolei na górskich, szerokich na półtora auta serpentynach Ladakhu dwa pojazdy fizycznie nie są w stanie się obok siebie zmieścić. Tylko że zawsze jakoś się mijają. Taka mijanka ma nawet swoje charakterystyczne odgłosy - stukot kamyków spadających w przepaść oraz tarcie klamek drzwi o skały.

REKLAMA

REKLAMA

 

Realia drogowe są tak inne od naszych jak wysokogórski krajobraz od łąki z wierzbą przy ruczaju. Dlatego warto się trzymać paru zasad. Przede wszystkim - zarówno w miasteczkach, jak i na górskich drogach - trzeba mieć oczy dookoła głowy. Ze względu na dość bezstresowe podejście lokalnych kierowców do zasad ruchu drogowego, nigdy nie wiadomo który i kiedy wyskoczy z pomysłem, jaki dla kierowcy z Europy - nawet z kraju o tak daleko posuniętej drogowej wolnoamerykance jak Polska - jest nie do pomyślenia. Następna rzecz, jaką trzeba sobie uświadomić, to fakt, iż nigdy nie ma takiej przepaści, żeby za rogiem nie było większej. Lęk wysokości najlepiej zostawić w domu. Kolejna sprawa to uodpornienie się na gęsty kurz, który utrudnia widoczność i wciska się wszędzie. Trzeba też pamiętać, żeby przy ostrych zakrętach bez przerwy oznajmiać swoją obecność klaksonem. Miejscami jest bowiem tak ciasno, że nawet jadąc bardzo wolno trudno wykonać jakikolwiek manewr. Wreszcie, to że w nocy nie widać żadnego pojazdu, nic jeszcze nie znaczy. Wielu lokalnych kierowców najwyraźniej fantastycznie widzi po ciemku, bo nie potrzebują świateł. Ale nie wszyscy, są bowiem i tacy, którzy nie używają innych niż długie.

 

Główny ruch na drogach tworzą ciężarówki, dostawczaki i nieduże autobusy; osobowego planktonu jest bardzo mało. Trudno o drogową policję (co nie jest takie złe), za to wojska wszędzie pełno. Ladakh jest silnie zmilitaryzowany - z jednej strony leżą Chiny, uważające tę krainę za przedłużenie Tybetu, z drugiej najeżona karabinami granica z Pakistanem. Nowiutka Skoda Yeti na poznańskich numerach wyglądała w tym świecie jak pojazd z innej planety.

Do jeżdżenia w tej części świata silnik benzynowy to absolutny mus, ze względu na jakość paliwa. Niższe ciśnienie powoduje, że moc jednostki nieco spada, ale to nie szkodzi, bo ruch na drogach jest niewielki, a silnik 1.8 TSI nawet niezdolny do wytworzenia pełnej mocy i tak wystarcza, żeby Yeti było najszybszym pojazdem w całym Ladakhu. Świetna zwrotność przydaje się na asfalcie, napęd na cztery koła oraz zwiększony prześwit są jak znalazł na szutrze i piasku. Tak jak wszędzie gdzie nawierzchnia dróg jest zła, a często jeszcze gorsza, trzeba mieć dwa koła zapasowe. Plus zestaw naprawczy albo dwa, na tak zwany wszelki wypadek.

W Ladakhu leży przełęcz Khardung La, zwana najwyższą drogą świata, prowadząca na wysokość 5602 m n.p.m. Niewiele ponad 30 km na północ od Leh (położonym na wysokości 3500 m n.p.m.) droga wspina się o ponad dwa tysiące metrów wyżej! To prawie jak wjazd windą wśród górskich szczytów. Krajobraz robi się całkiem księżycowy, z lekką domieszką śniegu. Nad Europą na tej wysokości latają samoloty, tu redukuje się bieg i jedzie wyżej. Oto samochodowy Everest. Przy dobrej pogodzie, z najwyższego punktu na Khardung La można dostrzec pasmo Karakorum, oddalone o kilkadziesiąt kilometrów. Trzeba tylko mieć pozwolenie na przejazd, bo to droga w kierunku Pakistanu i wojskowa kontrola jest murowana. Powodzenia.

Tekst: Roman Popkiewicz
Zdjęcia: Krystian Bielatowicz, Juliusz Szalek

zobacz galerię

Zobacz także:

Komentarze

 (3)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA