REKLAMA

Fiatami 126p do Mongolii

Fiatami 126p do Mongolii
OBÓZ NAD BRZEGIEM BAJKAŁU Kiedy w szkole uczono nas o najgłębszym jeziorze świata, nigdy nie przypuszczaliśmy, że nad jego brzeg przyjedziemy maluchami.
Aktualne ceny nowych samochodów:
 
JUŻ OD 40 900 PLN
Dostępne nadwozia: hatchback-5
SPRAWDŹ OFERTY

ZAŁOGI
Maluch biały:
Tomasz Turchan/Marcin Kalęba
Maluch czerwony:
Dorota Pietruszka/Marcin Nawrot
Maluch pomarańczowy:
Rafał Łabuz/Marta Krystkowiak
Maluch żółty:
Damian Klimowicz/Jano Pospiech

REKLAMA

POSIŁKI
Śniadania: kawa, krówki, zakupione przy drodze arbuzy, miód, suszone ryby. Obiady: najczęściej w przydrożnych barach. Kolacje: potrawy gotowane na ognisku, z użyciem trójnożnego stojaka - ziemniaczane zapiekanki, makarony itp. W Ułan Bator: wizyty w knajpkach - pyszna mongolska kuchnia, niewygórowane ceny.

NOCLEGI
Pod chmurką lub w namiotach. W miastach u prywatnych osób, za pośrednictwem Hospitality Club lub CouchSurfi ng, które pomagają wyszukać bezpłatne zakwaterowanie (www.hospitalityclub.org; www.couchsurfi ng.com).
W okolicy Ułan Bator w wynajętej jurcie, dalej w namiotach, przydrożnych szałasach. Kilka nocy w maluchach.  

REKLAMA

REKLAMA

DANE TECHNICZNE FIAT 126P

DANE TECHNICZNE FIAT 126P

Cenaod 600 zł do 1550 zł*
KonkurenciTrabant, Zastawa 750
Silnik2-cyl., 652 cm3
Moc/przy obrotach24 KM/4500 obr/min
0-100 km/h37 s
Prędkość maksymalna105 km/h
Zużycie paliwa5,2-7,2 l/100 km
Wyposażenie dodatkowebagażnik dachowy Thule, żarówki i diody Bosma, fotel kierowcy kubełkowy Bimarco, przeguby Motomax, dodatkowe oświetlenie dachowe, przednie mocowanie liny holowniczej, instalacja audio i dyskografi a AC/DC.

Mijając Bajkał po prawej nie odmawiamy sobie odpoczynku nad jego brzegiem. Maluchem - wielofunkcyjnym pojazdem terenowym - ściągamy z lasu drzewo na ognisko. Słowak zarzuca wędkę. Niektórzy decydują się na kąpiel w lodowatej wodzie, inni wolą sięgnąć do patentu wymyślonego na trasie. W komorze silnika małego Fiata jest miejsce, by ogrzać butle z wodą: 20 minut wystarczy, by wyprodukować 2 razy po 5 litrów ciepłej wody - ilość absolutnie wystarczającą dla dwóch osób. Luzuje się korek butli i robi sobie prysznic. Wieczorem, w ubraniach, czapkach i rękawiczkach wpełzamy do śpiworów i zasypiamy przy ognisku - tym razem bez namiotu. Zmęczone jazdą plecy coraz lepiej znoszą spanie na macie. Rano okazuje się, że "ryb niet", więc kalmary przeznaczone na przynętę smażymy na patelni.

Od Mongolii oddziela nas łańcuch górski, nazajutrz będziemy już na stepie. Ciągniemy na południe, zostawiając bajkalską krainę za sobą.

W Ułan Bator lokujemy się w tanim hotelu, później spotykamy grupę podróżników-żeglarzy z Polski. Żeglarze w Mongolii? A tak... Trzykołowymi wózkami z żaglami będą jeździć po przestworzach suchego oceanu, czyli po pustyni Gobi. Przenosimy się do ich kwatery - sierocińca na przedmieściach stolicy. W międzyczasie zgłasza się do nas tubylec - właściciel prawie 30-letniego malucha. Auto od lat służyło jego niepełnosprawnej córce. Starszy pan prosi nas o części lub remont, gdyż maluch nie nadaje się już do użytku. Zajmuje się tym Marcin (mechanik wyprawy), za co otrzymuje wypasione poroże koziorożca. Aż do granicy "biały" dumnie wozi rogi na dachu.

Wiedzieliśmy, że na stolicy się nie skończy. Zarządzamy natychmiastową konferencję, by ustalić przebieg trasy "Odcinka Specjalnego Rajdu Lajkonika". Ustalamy trasę i lokalizujemy stacje benzynowe. To wystarczy. Do przebycia po bezdrożach 1800 km. 20 dni do końca ważności wizy daje nam nadzieję, że w tempie 100 km dziennie uda nam się spokojnie dotrzeć do granicy.

W nocy padało, nasz odcinek specjalny zaczynamy od przejażdżki po błotnistej mazi na pełnym gazie. Gdy błoto wysycha, łapiemy kilka gum, a potem spotykamy gromadkę wielbłądów.

Dzień za dniem pokonujemy około 150 km. Zapach benzyny wożonej w kabinie wypełnia wnętrza Fiatów. Codziennie w ruch idą korby od prymitywnych dystrybutorów benzyny i klucze do kół. Łyżka i łom to przyjaciele, bez których się teraz nie obejdziemy. W zależności od terenu łapiemy dziennie po kilka gum.

Za Ulaangom tracimy dzień i 200 km, zapędzając się za asfaltem, który wyprowadza nas w pole. Tracimy kolejne dwa dni i 100 km obierając niewłaściwą ścieżkę na rozwidleniu. Przed nami góra po zbóju. Z "żółtego", który pojechał pierwszy krzyczą przez CB, że jest bardzo stromo.

Odlewam wodę z 30-litrowego zbiornika, po czym biorę plecak i "z buta" idę cztery godziny na szczyt przełęczy. Przed szczytem muszę jeszcze pchnąć malucha kilkaset metrów - inni robią podobnie. Cyrk trwa sześć godzin. Udaje się pokonać przełęcz i zjechać w okolice maleńkiej wioski. Jest zimno i strasznie wieje. Wykończeni nie rozkładamy nawet namiotów. Pierwsza noc w maluchu.

Kończy się benzyna i mongolska waluta. Dostajemy jednak informacje o ciężkim sprzęcie na tej trasie. Robotnicy mają podobno benzynę w beczkach. Ruszamy ostro, został jeden dzień ważności wizy. Suniemy przez najgorszy jak dotąd - pustynny, kamienisty i bezludny teren - dotrzymując tempa czarterowemu Uazowi.

Pod wieczór - już tylko przeprawa przez górską dolinę do Tsagaannuur. Klucząc po wertepach pniemy się ku granicy z Rosją. Docieramy na granicę zbyt późno - szlaban jest już zamknięty. Następnego dnia nikt nie robi z tego problemów, ale celnicy zabierają rogi koziorożca "Alfreda", z którym już się zdążyliśmy zaprzyjaźnić.

Pierwsze rosyjskie miasteczko wydaje się metropolią! Organizujemy strefę serwisową - mamy na koncie urwany tylny zderzak, złamany resor, urwane mocowanie amortyzatora w wahaczu, uszkodzone dwa rozruszniki, rozszczelniony bak, ułamany pedał gazu, wypalony zawór wydechowy i co tam jeszcze... Czujemy się jak po przejażdżce rollercoasterem: włosy zjeżone, ale zęby całe. Jeszcze tylko 6500 km do domu.

W eskadrze czterech z lekka zdemolowanych maszyn suniemy w stronę zachodzącego słońca. Dzień i noc, robiąc krótkie przerwy na kawę lub sen. Czasami podrzucamy jakiemuś tirowi malucha na lawetę. Czasami holujemy jeden drugiego. Udaje się złamać jeszcze jeden resor, uszkodzić wałek rozrządu i spalić 90 litrów oleju silnikowego (w maluchu z uszkodzonym zaworem). Cóż to za radość, kiedy po dwóch miesiącach można poczekać sobie 10 godzin na polsko-ukraińskiej granicy.

Ostania spektakularna akcja ma miejsce w Polsce - chcą nam wlepić mandat za urwany zderzak - gdy tłumaczymy, że wracamy z Mongolii, policjant sięga po alkomat!

Tekst: Tomasz Turchan
Zdęcia: Marta Krystkowiak i autor

zobacz galerię

Zobacz także:

Komentarze

 (4)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA