Przez Pireneje trasą Tour de France

Dla uczestników Tour de France Pireneje znaczą tyle co tortury. Ale także dla ikony rajdów samochodowych - Renault Alpine - tutejsze zakręty okazują się wyzwaniem.

Pireneje – mało znane, a po drodze do słonecznej Hiszpanii. Warte samochodowej eskapady nie tylko w rajdowym Renault Alpine
Aktualne ceny nowych samochodów:
 
JUŻ OD 52 400 PLN
Dostępne nadwozia: hatchback-5
SPRAWDŹ OFERTY

 

REKLAMA

Od skalnej ściany odbija się ryk silnika. Facet popijający kawę w kawiarni niechętnie odrywa wzrok od filiżanki i spogląda w kierunku, skąd dochodzi dźwięk. Spodziewa się pewnie jakiegoś Twingo po tuningu. Ale widok błękitnego sportowego auta błyskawicznie rozjaśnia mu twarz, ozdobioną mocno już posiwiałymi wąsami. Po chwili cały promienieje i wyciąga w stronę kierowcy dłoń z podniesionym do góry kciukiem. Ten zaś traktuje to jak zachętę i macha do mężczyzny - nie po raz pierwszy i nie ostatni podczas tej wycieczki. Zachwytu nie ukrywają przede wszystkim starsi Francuzi, naoczni świadkowie rajdowych sukcesów, jakie odnosiła Alpine w latach 70. ubiegłego wieku.

 

A trzeba zauważyć, że większość pojazdów na Tourmalet - najwyższej przełęczy w Pirenejach - może się pochwalić doskonałymi sportowymi osiągami. Katują się tu nie tylko zawodnicy biorący udział w Tour de France. Góra w magiczny sposób przyciąga tysiące ambitnych amatorów kolarstwa. Miejscowi właściwie nawet już nie zauważają rowerzystów, przeważnie w średnim wieku, którzy na półprofesjonalnym sprzęcie, ciężko dysząc, wspinają się po zboczach. Ale nie tylko widzowie dobrze się tu bawią. Trasa prowadząca z Tarbes do Carcassonne, regularnie włączana do programu wyścigu, to idealne miejsce dla małych, zwinnych, sportowych aut. Usiana podjazdami i serpentynami droga wije się wśród gór. Główną atrakcją jest bez wątpienia odcinek między Baregès i Luchon. Wąska dróżka, niemal przyklejona do skalnej ściany, prowadzi na Tourmalet, a jej średnie nachylenie wynosi 7,7 procent.

Wiekowe Renault Alpine radzi sobie z wjazdem oczywiście znacznie lepiej niż dwukołowce i udowadnia, że 74 konie - w połączeniu z czterostopniową skrzynią biegów i masą ledwie przekraczającą 800 kilogramów - potrafią dać sporo radości z jazdy. I to mimo wszelkich przeciwności czyhających na liczącym 18,4 kilometra podjeździe, dosłownie co chwilę wyprzedzamy kolejnych kolarzy. Jadące z naprzeciwka wycieczkowe autobusy znacząco zawężają pole manewru. Ale niskie, sięgające do wysokości bioder i szerokie zaledwie na półtora metra Renault mieści się nawet w bardzo wąskich lukach. Kompaktowe sportowe auto wymaga jednak od swoich pasażerów pewnej gotowości do kompromisu. Zaczyna się od wsiadania. Konieczny jest tutaj szczegółowy plan dopasowywania ruchów ciała, zwłaszcza kończyn, do gabarytów pojazdu. Kierowca głową do przodu wczołguje się na swój fotel, przeciska prawą nogę pod kierownicą, dopiero potem przychodzi kolej na lewą. Każda inna próba kończy się powtórką - i to na oczach chichoczącego tłumu. Kabinę pasażerską skonstruowano najwyraźniej dla drobnego kierowcy, wąski fotel kubełkowy u mężczyzny powyżej rozmiaru L pozostawia widoczne odciski na biodrach. Przy wzroście powyżej 180 cm trzeba jeszcze schylić głowę. Te niedogodności tracą znaczenie po pokonaniu autem pierwszych kilometrów, gdy niewielki 1,3-litrowy silnik reaguje żywiołowym rykiem na każde dodanie gazu, zaprzeczając tezie, jakoby samochód sportowy musiał koniecznie mieć co najmniej 300 mechanicznych koni pod maską.

Na dwa i na cztery koła
Górzysta okolica należy do tradycyjnych miejsc rozgrywania etapów Tour de France. Gdy kolarze wspinają się na przełęcze, ruch drogowy zamiera. Widzowie powinni zatem przyjechać odpowiednio wcześniej i zająć miejsce przy trasie. Informacje na temat wyścigu można znaleźć pod adresem www.letour.fr. Inny spektakl można zobaczyć na przełęczy Tourmalet co roku w pierwszą niedzielę czerwca: z zimowej kwatery przywożony jest na przełęcz odsłonięty w 1999 roku pomnik kolarza. Dziełu sztuki licznie towarzyszą rowerzyści. Na przydrożnych kramach oferowane są lokalne specjały.
 

REKLAMA

REKLAMA

Nieporuszone widokiem niebieskiego cacka zdają się na Tourmalet jedynie owce. Świeżo ostrzyżone, oznaczone na niebiesko lub czerwono, po prostu leżą sobie na środku drogi. Drzemki nie przerywają nawet dla ikony sportu samochodowego. Załoga Alpine urządza więc sobie postój na wysokości 2115 m n.p.m. Widok zmordowanych kolarzy budzi w nas zarazem współczucie i podziw dla ich wytrzymałości. Bill i John, dwaj pięćdziesięcioparoletni rowerzyści z Anglii, chcą jeszcze raz zmierzyć się z tym wyzwaniem: na wyścigowych rowerach przemierzają Pireneje od Atlantyku do Morza Śródziemnego. Bill, od stóp do głów ubrany w ciemnoczerwony strój, harmonizujący z barwą jego twarzy, wygłasza celne motto: "Cycle till mad - jedź, aż padniesz". John, w żółtej koszulce i z opóźnieniem przynajmniej dziesięciu minut do Billa drugi na przełęczy, wydobywa z siebie jedynie zdyszane "never again".

Na drodze w dół turystów wita betonowe straszydło pod nazwą La Mongie. Centrum sportów zimowych, usiane wielopiętrowymi betonowymi wybrykami architektury, motywuje do tego, by jak najszybciej dostać się do Col d'Aspin. Drzewa okalają drogę aż do wysokości przełęczy - 1489 metrów n.p.m. Na tym odcinku widać wyraźny podział miłośników turystyki rowerowej na dwie grupy: twardziele dostają się na szczyt dzięki sile swoich mięśni, wygodniccy udają się na przełęcz busem, zdejmują rowery z dachu i rozkoszują się jazdą w dół doliny. Nieźle trzeba się natrudzić nawet za kierownicą Alpine. U stóp Aspin droga wije się przez dolinę rzeki Louron - wzdłuż kamiennych murów, zarośli i drzew.

Za Col de Peyresourde czeka na nas miejscowość Luchon. Tu kończą się Pireneje. Ozdobna secesyjna architektura wzdłuż promenady i liczne restauracje stanowią przyjemny kontrast dla surowego górskiego krajobrazu. Droga do Carcassonne przebiega po równinie. Wąskie uliczki warownego miasta z charakterystycznymi szpiczastymi wieżami, przypominające dekorację filmową, mają w sobie wiele uroku. Waltowi Disneyowi posłużyły za wzór zamku królewny. Teraz jednak uwaga wszystkich skupia się na błękitnym Renault Alpine, odpoczywającym w wieczornym świetle na parkingu przed potężną twierdzą. Para francuskich emerytów z zaciekawieniem zagląda przez szyby. Podekscytowany Claude kreśli w powietrzu koła: "W latach siedemdziesiątych też miałem Alpine - ale tę mocniejszą, 120-konną". Potem Renault porzuciło rajdy na rzecz Formuły 1 - a Claude przesiadł się do Laguny.

Tekst René Olma,
zdjęcia Beate Jeske, Shutterstock
amis 7/2011

zobacz galerię

REKLAMA