REKLAMA

Skodą Citigo przez najwyższe przełęcze w Europie

Liczy się droga, cel nie jest ważny. Ta wysłużona, lecz prawdziwa idea przyświeca wielu podróżnikom. Szczęśliwie znaleźliśmy się w sytuacji wymarzonej, bo tym razem właśnie droga jest naszym celem.

Skodą Citigo w Alpach PRZEŁĘCZ ISERAN. 2770 m n.p.m. Najwyżej położona prowadząca przez przełęcz droga w Europie. Choć media uparły się lansować inną, kartografi a jest nieubłagana.
Aktualne ceny nowych samochodów:
 
JUŻ OD 51 500 PLN
Dostępne nadwozia: hatchback-5
SPRAWDŹ OFERTY

Odszykowaną Skodą Citigo, o przebiegu zaledwie 700 kilometrów, ruszyliśmy pokonać najwyżej położone, najtrudniejsze a zarazem najbardziej malownicze drogi w Europie. Chcąc całości przedsięwzięcia nadać sznyt ekstremalnej eskapady, wybraliśmy samochód napędzany silnikiem o pojemności zaledwie 1 litra i mocy 60 KM.

Otuchy dodawał fakt, że większość zaplanowanych przejazdów przez drogi w górach pokrywała się z trasami wyścigów kolarskich Tour de France i Giro d'Italia. Stwierdziliśmy, że skoro na przełęcze położone powyżej 2500 metrów n.p.m. można wjechać rowerem, to i nasze niewielkie stadko koni mechanicznych poradzi sobie z tym wyzwaniem. Przed wyjazdem i spotkaniem z kolarzami biorącymi udział w tegorocznej edycji Tour de France nie mieliśmy jednak pojęcia, że profesjonalny rower waży tyle co indyk, kolarz zaś niewiele więcej - na zjazdach z przełęczy cykliści wyprzedzający samochód nikogo (poza nami) nie dziwią.

REKLAMA

Zaczęliśmy od najbliżej Polski położonej alpejskiej drogi, "przerzuconej" w 1935 roku przez Tyrol, znanej jako Hochalpenstrasse.

Zbudowano ją szybko, bo w ciągu 5 lat, czemu sprzyjały... światowy kryzys, bezrobocie i fatalny stan gospodarki austriackiej. Przy jej budowie pracowała armia ponad 3000 robotników. Sam pomysł torpedowano przy każdej okazji. Dość wspomnieć, że w Austrii, Niemczech i Włoszech było zarejestrowanych wówczas łącznie jedynie 154 000 samochodów!

Współcześnie, ponadmilionowe rzesze turystów rokrocznie atakują najwyżej położoną na tej drodze przełęcz Hochtor. Jednak za możliwość przejazdu przez wszystkie strefy klimatyczne - od wiecznie zielonych łąk po wieczny lodowiec - trzeba zapłacić 32 euro. Na przełęczy ogromny parking, wypełniony szczelnie pojazdami, dowodzi, że międzywojenne przedsięwzięcie było dobrym pomysłem na biznes.

Parkujemy przy BMW Isetcie, obok której Citigo wygląda jak podniesiony van w wersji long. 55-letnie i 13-konne autko napędzane jednocylindrowym silnikiem dowodzi, że wspinaczka przez Hochalpenstrasse nie jest motoryzacyjnym wyczynem. W takim towarzystwie łatwiej poczuć się emerytem niż zdobywcą.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej, i kilka niżej, wjeżdżamy w Dolomity. Góry te mają zupełnie inny charakter niż ostre turnie alpejskiego Tyrolu. Na przełęczach poniżej 2000 metrów nawet się nie zatrzymujemy, ale widok za przednią szybą Skody zmienia się w tempie filmu akcji. Wielkie skalne ściany oświetlone czerwonym światłem wieczoru wyrastają z zielonego dywanu lasu poniżej. Za każdym zakrętem maluje się gotowa pocztówka - dowód na to, że nie wszystko musi być "podciągnięte" w Photoshopie. Najwyższym punktem Grande Strada delle Dolomiti, czyli drogi nr 48, jest przełęcz Passo Pordoi (2239 m n.p.m), oddzielająca masywy Sella i Marmolada. Podziwiamy fantastycznie rozbudowaną infrastrukturę - dziesiątki kilometrów wyciągów, orczyków i kolejek, setki kilometrów tras zjazdowych dla narciarzy. Gdyby zjechać ze wszystkich, pokonałoby się podwójny dystans między Wrocławiem a Gdańskiem.

Wracamy do Tyrolu, ale pozostajemy we Włoszech. W planach mamy pokonanie przełęczy Stelvio, leżącej na wysokości 2757 m n.p.m., czyli sięgającej ponad 250 metrów wyżej niż nasze Rysy. To jednak program na jutro. Ten wieczór spędzamy w bazie startowej do wspinaczki, przy domowej pizzy okraszonej prosciutto i parmezanem. Nic nadzwyczajnego, ale przyprawienie prostego placka widokiem na potężny, groźny i wzbudzający respekt nawet wśród alpinistów masyw Ortlera powoduje, że danie staje się wyjątkowe i bardzo wykwintne.

Droga na przełęcz wije się od strony północnej, 48 ponumerowanymi nawrotami. Miejscami są one poukładane tak gęsto, że wyglądają jak wielkie schody. Nasza Skoda dzielnie radzi sobie z trudami wspinaczki, choć rzadko udaje się wrzucić "trójkę". Poza tym góry służą małym autom - krótkim i zwrotnym. Wielkie, wygodne limuzyny, napakowane mocą, wzbudzają pobłażliwy uśmiech, gdy nieporadnie pokonują każdy zakręt "na dwa razy", nie mieszcząc się w promieniu skrętu. Każde z aut musi na tym podjeździe pokonać ogromne przewyższenie, sięgające ponad 1800 metrów!

Stelvio Pass jest trasą bardzo medialną od kiedy Jeremy Clarkson w telewizyjnym programie Top Gear określił ją jako "najlepszą na świecie drogę do jazdy samochodem", a filmowcy upatrzyli ją jako miejsce samochodowego pościgu w najnowszej produkcji o Jamesie Bondzie.

Zjeżdżając od strony południowo-wschodniej, w ciasnym tunelu z trudem mijamy się z Lamborghini (także żółtym), dwoma motocyklami i kilkoma rowerzystami. Przejazd klinuje się na kilka chwil. Nikt jednak nie trąbi, nie krzyczy, nie prostuje palców rąk. Uśmiechnięte towarzystwo spokojnie czeka aż zator się odkorkuje. To widomy znak, że nie jesteśmy w kraju nad Wisłą.

Cime de la Bonette szczyci się mianem najwyżej położonej asfaltowej drogi publicznej w Europie. Na wysokość 2802 m n.p.m. prowadzi pętla oplatająca szczyt. Porywisty, zimny wiatr wznieca tumany kurzu i sypie nim po oczach, skutecznie odbierając radość z podziwiania widoków. Atmosfera jest jednak bardzo podniosła, bo wszyscy, którzy się tu znaleźli - bez względu na to, jaki środek lokomocji wybrali - cieszą się jak zdobywcy. Najliczniejszą grupę stanowią rowerzyści i oczywiście im należą się największe brawa. Niezwykłe jest, że pomiędzy zawodnikami w firmowych uniformach, poprawiającymi wynik o ułamki sekund bez oznak wysiłku, widać całe rodziny - piekielnie zmęczone, ale uśmiechnięte, szczęśliwe i dumne. Dla jednych to kolarski trening, dla drugich pewnie rowerowy Everest. To bowiem najwyższy punkt osiągany na trasie prawie stuletniego (99 lat) wyścigu Tour de France.

Jest pewna nieścisłość w klasyfikacji najwyżej położonych dróg w Europie. Istnieją, oczywiście, odcinki położone wyżej, ale są to drogi dojazdowe, nieutwardzone lub niepubliczne. Podobnie pętla wokół szczytu la Bonette jest faktycznie najwyżej położoną drogą publiczną, jednak sama przełęcz leży kilkadziesiąt metrów niżej. Jedziemy zatem dalej - na najwyższą "przełęcz drogową" w Europie.

Przełęcz Iseran (2770 m n.p.m.) ma inny charakter, choć pozostajemy w Alpach Graickich. Wszystkie poprzednie miejsca były uczęszczane i podziwiane. Tłumy przelewały się przez przełęcze fotografując się pod tablicami z oznaczeniem wysokości. Tutaj jest pusto - bez reklamowej oprawy, sklepów z pamiątkami i fast foodów.

Podjazd jest długi i monotonny, po drodze mijamy może dwa samochody. Kilka tysięcy kilometrów w poziomie i kilkadziesiąt w pionie przejechanych Skodą uodparnia nas na westchnienia zachwytu przy każdym zakręcie. Nagle na środku drogi dwa świstaki wymuszają na nas gwałtowne hamowanie. Czekamy kilka minut aż skończą awanturę i ruszamy dalej. Za kolejnym zakrętem widoczność znacznie ograniczają wysokie na dwa metry pryzmy śniegu. Kilkadziesiąt metrów trasy pokonujemy lodową rynną, mimo że jest środek lata. Zatrzymujemy się na przełęczy, gdzie nadchodzący szybko zmierzch skutecznie wycisza całą przyrodę. Błyskawicznie robi się zimno, zrywa się porywisty wiatr, a zachodzące słońce opuszcza kurtynę z cienia na okoliczne szczyty, zalewając doliny gęstym mrokiem.

Wracamy do bezpiecznego wnętrza Skody, które skutecznie izoluje nas od wysokogórskiej rzeczywistości. Poprawiam fotel, ustawiam moc nawiewu i odpowiednią temperaturę. Ruszamy w dół. Z ulgą obserwuję na pokładowym GPS-ie jak błyskawicznie tracimy wysokość i wracamy do płaskiej, miejskiej rzeczywistości. I to bez pedałowania.

Tekst i zdjęcia Mariusz Barwiński

zobacz galerię

Zobacz także:

Komentarze

 (2)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA