[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
1.0

Skoda Trekka: pierwszy SUV Skody na końcu świata

Mogłoby się wydawać, że Skoda wyruszyła w teren dopiero od czasów Yeti. A przecież już 50 lat temu terenowe Skody były produkowane w Nowej Zelandii i eksportowane na Samoa i Fidżi. Oto spotkanie z modelem Trekka.

Zlosyń zamiast Otahuhu, żwirownia zamiast parku narodowego Hunua Rangers, Czechy zamiast Nowej Zelandii. Skoda Trekka przebyła daleką drogę z końca świata do swojej ojczyzny, więc warto skorzystać z okazji, żeby ją bliżej poznać. Zadziwiający jest już sam fakt, że ten samochód w ogóle jeszcze istnieje. W zasadzie jest tylko drobnym przypisem do bogatej historii Skody – przypisem, który w zasadzie mógłby tworzyć osobną opowieść.
Ale zacznijmy od samego auta. Przy nadwoziu o długości zaledwie 3,59 m i szerokości 1,60 m 15-calowe koła i nieprecyzyjny układ kierowniczy powodują, że Trekka, mocno się kołysząc, tak długo miota się po drodze, aż wreszcie uda jej się obrać kierunek, którego życzy sobie kierowca. Za to współczesny, nowoczesny Kodiaq jest jak... współczesny, nowoczesny Kodiaq. Wielki jak okręt, asfalt tnie precyzyjnie jak prowadzony promieniem lasera.

Tu biesiadowała wesoła kompania w czasie wypadów w nowozelandzki interior


Opony huczą, pod maską kaszle 1,2-litrowy silnik, od którego – z powodu jego momentu obrotowego o wartości 87 Nm (przy 3000 obr/min, jeśli to kogoś ciekawi) – nie można wymagać zbyt wiele. Trekka nie lubi jeździć po drogach, wolałaby od razu skręcić w bok na kamienistą ścieżkę. Okej, da się zrobić, ale na razie jeszcze przez kilka kilometrów musi się pomęczyć na asfalcie.

Swoisty sposób wzdłużnego montowania silnika – czterocylindrowy 1.2 sprzed ponad pół wieku

Ma wyłącznie tylny napęd, a jej zadaniem było kiedyś zawojować Nową Zelandię, i to dużą liczbą egzemplarzy. Potrzeba wykombinowania skądś dewiz, żeby choć trochę utrzymać kontakt ze światową gospodarką, sprawiała, że decydenci w niektórych państwach naszej części Europy stawali się czasami niezwykle pomysłowi. Tak w 1966 roku było w wypadku Czechosłowacji i Skody Trekki.

 

Wielka wajcha i biegi – jak przystało na południową półkulę – postawione na głowie

Cło? Co by tu wymyślić...

Przytwierdzony na stałe otwieracz do butelek, uchwyt na sztucer i otwór w brezentowym dachu. Tego w dzisiejszej ofercie Skody brakuje. Właściwie dlaczego?

W tamtych czasach Skoda utrzymywała żywe kontakty handlowe z Nową Zelandią, którą przemysł samochodowy do dzisiaj omija szerokim łukiem, przynajmniej jeśli chodzi o lokowanie tam produkcji. W każdym razie pół wieku temu kraj na antypodach wprowadził wysokie cła na importowane auta. Z Mladej Boleslav już w 1961 roku wysłano więc do importera, firmy Motor Industries International w Otahuhu na przedmieściach Auckland, zestawy montażowe do modeli 440 i ówczesnej Octavii. Wszystko po to, by sprzedać jeszcze więcej aut, niż i tak udało się do tej pory importerowi.

Dorzućmy jeszcze samochód dla farmerów, leśników, rzemieślników i myśliwych – stwierdził importer. Drugiego grudnia 1966 roku w Nowej Zelandii rozpoczęto produkcję Trekki, modelu skonstruowanego na skróconym podwoziu Octavii. Spod pras wyjeżdżały też karoserie, co jeszcze bardziej zmniejszało opłaty celne, a przez to cenę auta dla klienta. Do 1972 roku powstało około 3000 egzemplarzy Skody Trekki, kilka wysłano do Australii, na Samoa, do Wietnamu i na wyspy Fidżi. Europę zostawiono raczej Land Roverowi...
No dobrze, Land Rover miał napęd na cztery koła, a Trekka w najlepszym razie blokadę mechanizmu różnicowego, której zresztą pierwszy właściciel samochodu pokazanego na naszych zdjęciach nie zamówił. Ważniejsza była dla niego możliwość odpalania silnika cięgłem.

Simply clever to znak rozpoznawczy Skody, ale akurat otwieracza do butelek marka dzisiaj nie oferuje. Skoda, pardon – szkoda

REKLAMA

REKLAMA

Jazda na wprost po asfaltowej drodze? No skoro to konieczne... O tym, że pod nadwoziem Trekki kryją się jednak jakieś rozwiązania technicznie świadczą dumnie wyeksponowane wskaźniki

Przed oczami drga nam wskazówka poziomu paliwa – chociaż nie, ona nie drga, tylko skacze od prawej do lewej w rytm nierówności drogi, które Skoda z zadziwiajacą konsekwencją wynajduje nawet na najgładszym asfalcie. Średnio auto ma spalać 11 litrów paliwa na 100 km, co w tamtych czasach nawet w wypadku silnika o mocy 47 KM uchodziło za oszczędne zużycie. Przynajmniej w Nowej Zelandii. Pod kołami szuter, piasek, żwir, dziury, w których zmieściłaby się cała Citigo i głębokie kałuże. Gdy szeroki świat okazuje się dla Trekki za ciasny, przed urazami chronią ją kanciaste błotniki z przodu i koło zapasowe przyczepione z boku w tyle nadwozia. Od rodzimej czeskiej ziemi karoserię dzieli 19-centymetrowy prześwit.

Wystrzałowe imprezy

To samochód ze świata, w którym
faceci nosili brody nie dlatego, że to hipsterskie, tylko dlatego, że w dziczy nie było się czym golić

Słychać jak czterocylindrowy silnik z wałkiem rozrządu w bloku się wysila, spaliny wyrzuca przez rurę wydechową z boku, dudni przy tym i huczy. No dobra, tylko bez marudzenia – przez lata służby w Nowej Zelandii wcale nie miał lżej, prawda? Pierwszy właściciel nie tylko zamontował w aucie dziwaczny mechanizm rozruchowy, ale też uchwyt na sztucer – wygodnie, w zasięgu ręki, między fotelami z przodu.
Resztki reklamowej naklejki firmy Winchester produkującej broń pokazują, jaką markę były właściciel cenił najbardziej, łopata świadczy z kolei o jego talencie improwizacyjnym – miała pewnie być erzacem napędu na cztery koła. Z krążących opowieści wynika, że tak uzbrojony samochód brał udział w dalekich wyprawach w interior – wielodniowych, w gronie najlepszych kumpli. Stąd też pewnie wziął się otwór w brezentowym dachu – można było przez niego polować, nie wychodząc z samochodu.

 

Otwór w brezentowym dachu służył kiedyś do strzelania do zwierzyny ze sztucera

Górna naklejka to dowód upodobania pierwszego właściciela do broni myśliwskiej, ta niżej – to dumny znaczek producenta


A skoro Trekka i tak jedzie po asfalcie lekkim zygzakiem, chociaż kierowca jest jak najbardziej trzeźwy, to może sobie bez wyrzutów sumienia otworzyć piwko. Przykręcony na stałe na tablicy rozdzielczej otwieracz do butelek pozwala załatwić sprawę jedną ręką. Takie zwyczaje panowały w świecie, w którym faceci nosili brody nie dlatego, że to hipsterskie, lecz dlatego, że w dziczy nie było się czym ogolić. To był świat, w którym między fotelami leżała strzelba, a nie smartfon; świat, w którym w lewej ręce trzymałeś świeżo otwartą butelkę Steinlagera, a nie bezkofeinową kawę z mlekiem sojowym.

To już przeszłość. Ale nie szkodzi. Dzisiaj przynajmniej zajedzie się dalej.Załatwi to sterowany elektronicznie napęd na cztery koła Kodiaqa. Czyli co, w drogę na drugą półkulę? Ze Zlosynia do Otahuhu? No cóż, pływać Kodiaq jednak nie potrafi, ale kto wie, jakie historie będzie się o SUV-ie Skody opowiadać za 52 lata?

Żeby nikt nie mówił, że Trekka to auto z gruba ciosane – chlapacze też ma

Zobacz także: wszystko co trzeba wiedzieć o nowej Skodzie Octavii

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij