[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA

To już szczyty!

Dwa Jeepy Wrangler Rubicon wspięły się na brzeg krateru najwyższego wulkanu świata. Jak to zrobiły - relacja z pierwszej ręki.

Wyprawa w góry Jeepami Krajobrazy dosłownie zapierają dech w piersiach - brak tlenu daje się coraz bardziej we znaki.
Aktualne ceny nowych samochodów:
 
JUŻ OD 244 900 PLN
Dostępne nadwozia: suv-3
SPRAWDŹ OFERTY

Udało się, pobiliśmy rekord świata! Wszyscy dokoła cieszą się, fotografują, jeden drugiego obejmuje jak najlepszego przyjaciela. Przeszczęśliwi ściskamy sobie ręce, otulone puchowymi rękawicami. Potem montujemy na wulkanicznym rumowisku przywiezioną ze sobą do Chile tablicę "Jeep Parking Only".

Co się wydarzyło? Wspięliśmy się na najwyższy wulkan świata, przenośny GPS wskazuje 6646 m nad poziomem morza, a puls bije 130 razy na minutę, chociaż stoimy spokojnie. Wokół rozpościera się krajobraz jak marzenie.

No dobra, ktoś może zapytać, cóż to za rekord wysokości?! Wsiada się w auto i wjeżdża na górę - nic w tym nadzwyczajnego. Nikt, kto sam nie przebywał na takich wysokościach, nie jest sobie w stanie wyobrazić, jakie to niesie ze sobą trudności. Poza tym celem było pobicie rekordu seryjnymi samochodami, bez użycia dodatkowego tlenu. Bez treningu wysokościowego oraz wystarczającej aklimatyzacji przedsięwzięcie takie byłoby niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia.

I oto mamy 7 marca, gdy ekipa pod wodzą Matthiasa Jeschke po wielomiesięcznych przygotowaniach startuje w kierunku wulkanu. Już sama droga do obozu bazowego jest bajecznie piękna. Gra kolorów w skalnych masywach Andów, wyschnięte słone jeziora oraz niezwykle kręte i strome drogi mogą oczarować każdego. Krajobrazy całkiem dosłownie zapierają dech w piersiach - brak tlenu coraz bardziej daje się we znaki. Wpływ wysokości zaczynają odczuwać wszyscy już w połowie drogi. A po siedmiu godzinach jazdy osiągamy naszą bazę na wysokości 4500 metrów. Było nie było - jest to prawie wysokość Mont Blanc.

Dawny posterunek policji na dziewięć dni stanie się naszym domem. Tutaj znajdziemy nie tylko schronienie przed wiatrem i niepogodą - rangersi (tak w Ameryce Południowej nazywają strażników parku narodowego) zadbają też o nasze wygody. Piętnaście materaców zapewni całkiem wygodne warunki do spania. Ale czy w takich okolicznościach da się spać snem sprawiedliwego? Nie ma mowy. Już po pierwszym przebudzeniu czuję ból głowy, a puls jest wyraźnie przyspieszony. Gardło mam wyschnięte i obolałe.

Nie ma się zresztą co dziwić, w ciągu jednego dnia dostaliśmy się z wysokości 500 metrów na 4500 m. Wraz ze wzrostem wysokości powietrze staje się coraz rzadsze, a wydajność organizmu gwałtownie spada. Po aklimatyzacyjnym wyjściu na piechotę oraz mnóstwie napojów, poczułem się nieco lepiej, a nacisk w głowie prawie znikł. Wciąż jednak brakuje tlenu, a co za tym idzie, także siły. Zresztą "power" spadł nie tylko u ludzi. Pojazdy również uzyskują tu ledwie połowę mocy. Zamiast 198 KM, na rekordowej wysokości Jeep może wykrzesać jedynie 90 KM.

REKLAMA

REKLAMA

Po trzech dniach przystosowania do wysokości czujemy w sobie dość siły, by przystąpić do następnego etapu. Celem jest stanowisko na 5950 metrach, gdzie złożymy depozyt z zapasów, które będą potem potrzebne na górze. Tam też mają zostać oba Jeepy, aby następnego dnia stamtąd ruszyć dalej w górę.

Siedem godzin potrzebujemy na pokonanie 60 kilometrów - to mówi samo za siebie. Długie łachy piasku i głębokie rowy dają nam "popalić". Odsunięcie z drogi kamienia trwa tu odpowiednio dłużej - i na wysokości 5700 metrów nad poziomem morza wymaga użycia niemal wszystkich sił. Po krótkim przejechanym odcinku trzeba wysiadać, wyszukać najlepszy kawałek do dalszej jazdy i posuwać się w żółwim tempie wraz z wysłużonym Dodge'em eskorty. A rozsądek co chwilę pyta: "Po co to robisz? Co ci to da?"

Każdy wstrząs powoduje, że czaszka przypomina o swoim istnieniu - jakby pracował pod nią młot pneumatyczny. Poza tym życie utrudnia nam silny wiatr, niosący tumany piachu. Bez okularów lodowcowych i maski byłoby nie do wytrzymania. Ale myśl o wysoko położonym celu dodaje sił i napędza nas. Podobnie jak nasz przewodnik górski, który już ma na koncie kilka siedmiotysięczników. "Nie patrzcie w dół, cel jest przed nami, a właściwie nad nami. Jeszcze parę metrów." Dzięki, daliśmy radę.

Jest 13 marca, gdy startujemy do ataku szczytowego. To dzień szczególny, dzień rozstrzygnięcia. Jest zimno, minus piętnaście stopni - choć na półkuli południowej jeszcze trwa lato. Zacinający śniegiem wiatr przenika nas do szpiku kości. Poprzedzającego wieczora na Ojosie spadł świeży śnieg. Wyruszamy bardzo wcześnie, żeby na wysokości 5950 metrów znaleźć się wraz z pierwszymi promieniami słońca.

Gdy po półtorej godzinie przy wejściu do skalnego żlebu znów zaczynamy się wspinać pieszo, okazuje się, że przynajmniej w jednej trzeciej wulkanu duże połacie stoku pozostały wolne od śniegu. Tym razem każdy z nas transportuje do góry jakiś ładunek. Jedni niosą kanistry z paliwem do Jeepów, inni ciągną drewniane żerdzie, które mają ułatwić pokonywanie lodowca. A zespół filmowców targa pod górę swoje nielekkie wyposażenie. Po dwóch godzinach mozolnego pięcia się pod górę docieramy do naszych pojazdów, które zostawiliśmy tu ledwie dzień wcześniej.

Teraz przychodzi czas na największe wyzwanie ekspedycji - pokonanie lodowca, który rozciąga się przez całą płaszczyznę pomiędzy przedwierzchołkiem i wierzchołkiem głównym. Nasza trasa wiedzie wzdłuż jego najwęższego miejsca, które opada dwustumetrową stromizną. Poza tym lodowiec jest usiany szczelinami. Na myśl cisną się pytania: "Czy Jeepy nie utkną na lodowcu? Czy ostry lód nie poprzecina opon?".

REKLAMA

Ale czas ruszać. Pierwszy Jeep rzeczywiście utyka po kilku metrach. Ale druga próba - z większym rozpędem - udaje się. Aż dziw bierze, jak opony Goodyear Wrangler MT/R do tej pory się spisywały. Od wysokości 5000 metrów auta jadą z ciśnieniem ledwie 0,5 bara. Mimo spiczastych kamieni i ostrych jak noże lodowych penitentów, opony wytrzymują do końca.

W żółwim tempie terenówka wspina się po stoku wulkanu, a drugi Jeep za nim. Przed nami, na drodze do brzegu krateru, rozciąga się coraz bardziej stromy, kamienisty piarg. Na pełnym gazie, z włączoną przekładnią redukcyjną i blokadami mechanizmów różnicowych oba pojazdy "wygryzają" sobie mozolnie drogę w stoku. Poprzedni rekord, wynoszący 6358 metrów, jest już dawno za nami.

Jazda kończy się dopiero na skraju krateru, gdzie przyrządy wskazują wysokość 6646 metrów nad poziomem morza. To szaleństwo, ale jednocześnie uznany rekord Guinnessa. Za nami masa ciężkiej fizycznej roboty, poprzedzonej miesiącami treningu i przygotowań. Jesteśmy dumni, że dokonaliśmy tego wspólnie, jako zespół. Że każdy dał z siebie to, co potrafił najlepiej - i że przeżyliśmy coś niezapomnianego.

Tekst: Eckhart Müller
Zdjęcia: DaimlerChrysler

zobacz galerię

Zobacz także:

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE

REKLAMA

REKLAMA