REKLAMA

Transsyberyjska przygoda

W poprzek zamarzniętych rzek. Należą do drogowej elity, choć sami się do tego nie przyznają. Z powodzeniem mogliby startować w zimowej wersji Rajdu Dakar. Każdej zimy w swoich potężnych ciężarówkach, często w pojedynkę, przemierzają dzikie ostępy Syberii.

fascynacje, ekstremalne trasy, podróż, Syberia
Ciężarówki-cysterny dostarczają paliwo do dieslowskich generatorów prądotwórczych. Z rur wydechowych ulatują gęste kłęby pary

 

Dalnaboszcziki, czyli kierowcy pokonujący długodystansowe trasy nie są żadnymi superbohaterami czy nadludźmi. Ot, zarabiają na życie dostarczając niezbędne zaopatrzenie do wielu oddalonych od cywilizacji miejscowości na północy Rosji.

Od trzech dni szukam właśnie kierowcy. Chcę wydostać się z miasteczka Zyrianka nad rzeką Kołyma. Potrzebuję dostać się do głównej, całorocznej drogi pomiędzy Magadanem a Jakuckiem. Nią dotrę do cywilizacji i pociągu do Moskwy.

Od gospodyni, u której mieszkam dostaję namiar na duży ogrzewany garaż. Tam trzyma swojego "Kamasza" 38-letni Siergiej Serbinow. Od 20 lat pracuje jako kierowca na Syberii. W garażu od rana trwa uczta. Nie mogę odmówić zaproszenia do stolika. Obok siedzi myśliwy, 2 mechaników i szofer. Na stoliku nieodzowna wódka, suszona ryba i napoje. Na piecyku gotuje się mięso renifera. Po 4. kolejce przestaję liczyć następne toasty. Wieczorem dociera nareszcie mój kierowca. Dogadujemy szczegóły jutrzejszego wyjazdu.

 

Siergiej jest punktualny. O 17 słyszę przed blokiem warkot potężnego silnika. Na zewnątrz jest -42 °C, nic nie widać przez zamarznięte szyby. Pakuję plecak do wielkiego "Kamasza" o podwyższonym zawieszeniu. Wsiadając do kabiny żegnam się z wygodami i cywilizacją na następne 3 dni. Do pokonania mamy 600 kilometrów przez dziewiczą tajgę. Nasza droga jest częścią najsłynniejszego i najtrudniejszego zimnika, czyli zimowej trasy. Ma w sumie 3500 km i prowadzi z Magadanu i Jakucka na Czukotkę.

Pierwsze 60 km jedziemy po szerokiej drodze do górniczego miasteczka Ugolnoje - kilka obdrapanych bloków, w których wiele okien jest pustych. Mieszkańcy wyprowadzają się masowo w poszukiwaniu łatwiejszego życia. Za Ugolnym wjeżdżamy po raz pierwszy na zamarzniętą rzekę. Droga meandruje pomiędzy wyrwanymi przez wodę, przymarzniętymi kłodami i korzeniami drzew. Do tajgi wjeżdżamy już po zmroku.

Szybko robi się ciemno. Nasze ciała nieustannie podskakują na wybojach. To wielki sprawdzian dla kręgosłupa. Już czuję ból szyi, a co będzie za 3 dni? Drogę przecina zamarznięty strumień przykryty czapą śniegu. Wjeżdżamy na niego powoli, gdy nagle z trzaskiem łamie się lód. Przednie koła wpadają do wody. Łapię się odruchowo barierki na desce rozdzielczej. Mało co nie uderzam głową w szybę. Zamieram ze strachu. Siergiej, o dziwo, jest spokojny, przywykł. Marszczy czoło. Włącza szperacz bacznie szukając właściwej drogi wyjazdu. Dodaje gazu. Cała ciężarówka na metr zagłębia się w wodę. Po chwili wydostajemy się na drugi brzeg. Pół godziny później dojeżdżamy do myśliwskiej chatki. U progu wita nas młody myśliwy Żeńka. Od tygodnia koczuje tu polując na sobole. Na Syberii łatwo zawrzeć znajomości. Ludzie są ciekawi obcych, a ich gościnność nie ma sobie równych. Rozlano już samogon. Choć stolik lepi się od brudu, kawior, czarny chleb, suszona ryba i herbata smakują znakomicie. Do 3 w nocy słucham myśliwskich historii, po czym otulam się wyleniałym futrem łosia i zasypiam na drewnianej pryczy. Siergiej z braku miejsca śpi w kabinie.

W nocy piecyk przygasł i znacznie się ochłodziło. Trzeba szybko napalić. Gdy zbawcze ciepło wypełnia małą izbę, Żenia chwali się sobolowymi skórkami. Każdego dnia obchodzi zastawione sidła. Na śniadanie jemy suszoną rybę. Słony smak zapijamy piwem. Czas na nas.

Kilkanaście kilometrów za chatką mijamy Kamaza załadowanego kontenerem. Kierowca przez okno informuje nas o awarii. Okazuje się, że nie kręci się koło przyczepy. Coś zamarzło prawdopodobnie wskutek wczorajszej jazdy w strumieniu.

REKLAMA

REKLAMA

Siergiej jak zwykle jest spokojny, wie co robić. Wali potężnym młotem w felgę, gdy to nie pomaga - piłą ścina przydrożne drzewko. W blaszanym wiaderku rozpala ognisko (gałęzie polewa benzyną). Ogień przez pół godziny ogrzewa zamarznięte łożysko. Pomagam jak mogę. Wchodzę pod auto i śniegiem gaszę zapalającą się oponę.

Przy okazji Siergiej opowiada historię znajomego, który miał poważną awarię. Złamał oś i dwa miesiące mieszkał w kabinie czekając na części zamienne. Silnik pracował non stop ogrzewając wnętrze. Przejeżdżający kierowcy zostawiali jedzenie. Na gazowej maszynce topił śnieg na herbatę.

Już po zmroku, po przejechaniu ponad 200 km, zatrzymujemy się na polance. Tuż po nas przyjeżdżają, jak się okazuje, znajomi Siergieja - kierowcy dwóch Tatr (z węglem) oraz jednego Urala. Zapraszają na małą ucztę do swojej kabiny. Wódkę zagryzamy stroganiną, czyli mrożoną surową rybą, której długie plasterki macza się w soli i pieprzu. Nikogo nie dziwi tu, że kierowcy jeżdżą po wypiciu wódki. Milicji nie ma a monotonię trzeba jakoś urozmaicić.

 

Poranek jest wyjątkowo mroźny - -50 °C. Trudno oddychać. W powietrzu unosi się charakterystyczna mgła. Dłonie chronię dwiema parami rękawic. Na nogach mam walonki - rodzaj kalosza ze sprasowanej baraniej sierści. Siergiej proponuje odłożenie śniadania na później. Tak będzie lepiej dla naszych żołądków. Przed nami wyjątkowo nieprzyjemny odcinek. Praktycznie składa się z samych wybojów. Pokonanie 60 km zajmuje nam pół dnia. Latem na tym terenie są wielkie bagniska, teraz zamarznięte doły i muldy. Czuję się jak wrzucony do wielkiego miksera. Kabina trzęsie się niewiarygodnie. Dobrze, że rosyjskie konstrukcje, choć toporne, są trwałe. Nic się nie urywa. Natomiast nasze kręgosłupy nadają się po paru godzinach do renowacji. Jedziemy po kilku rzeczkach. Najbezpieczniej jest na środku - tam lód spoczywa na wodzie; przy brzegach jest kruchy i często wisi w powietrzu.

Wjeżdżamy w Góry Czerskiego. Czuję się jakbym wjechał ciężarówką w bezludną Dolinę Morskiego Oka w Tatrach. Naokoło potężne skaliste szczyty. Teren, choć piękny, jest zdradliwy. Załadowane ciężarówki z trudem podjeżdża ją na przełęcze. Sporym niebezpieczeństwem są strumienie przykryte śniegiem i cienkim lodem. Zatrzymujemy się przed jednym z nich. Siergiej bosakiem sprawdza grubość lodu, szuka odpowiedniego miejsca, by bezpiecznie przejechać. Prawdziwa "atrakcja" czeka nas jednak wieczorem. To otoczone mgłami "akwarium". Spore zamarznięte jezioro. Nie ma roku, by kilka ciężarówek nie wpadło do wody. Jest tylko jedna droga objazdowa - niebezpiecznym stromym zboczem. Decydujemy się przejechać przez jeziorko. Mgła gęsta jak mleko ogranicza widoczność do kilku metrów. Na szczęście kierowca zna właściwy kierunek. Zmysły pracują na najwyższych obrotach. Wydostajemy się bez szwanku. Przed nami jeszcze mozolny podjazd na przełęcz.

Trudy dnia odreagowujemy wielkim obżarstwem. Na gazowej maszynce gotujemy wodę na herbatę. Na prowizorycznym stoliku z tekturki rozkładamy wędzoną rybę, jajka na twardo, chleb, rybne pierogi. Nóżki kurczaka zepsuły się, więc Siergiej wyrzuca je przez okno. Dzikie zwierzęta też będą miały ucztę. To już druga noc w kabinie. Silnik pracuje nieustannie. Wewnątrz musi być ciepło. Kierowca od czasu do czasu dolewa paliwa z dodatkowego zbiornika (wieziemy dwie tony zapasu). Przywykłem już do zapachu spalin i hałasów z silnika. Nie przeszkadza też zapach potu. Ciepło w Kamazie zapewnia system rur z wodą ogrzewaną silnikiem. Używa się specjalnych mieszanin elektrolitów w akumulatorach odpornych na niskie temperatury. Wielu syberyjskich kierowców odnosi się z niezwykłym szacunkiem do swoich ciężarówek - zarabiają na rodziny, ale też na wiele tygodni są ich domem.

Okazuje się, że nocowaliśmy na pastwisku reniferów. Tysiące śladów otacza auto. W tych górach od setek lat swoje stada wypasają koczownicze plemiona Ewenków. Zbliżamy się do głównej drogi. Jedziemy przez niewysokie góry. Pobocza porastają gęste krzaki. Mijamy dziwne drzewko - na jego gałęziach wiszą puste butelki po szampanie i wódce. Gdy pytam o to, Siergiej zaczyna się śmiać. W tym miejscu rok temu spędzał sylwestra wraz z kolegami. Całą noc bawili się w ogrzewanej naczepie. Przy drodze stoją pozostałości kilku domów. Kiedyś była tu osada pracowników kopalni złota.

Wreszcie dojeżdżamy do osławionej federalnej drogi. 2000 km w większości szutrowej trasy spina Magadan z Jakuckiem. Jej historia naznaczona jest tragedią i cierpieniem. Nazywa się ją "drogą na kościach" - budowały ją rzesze zesłańców. Szacunkowe dane mówią o dwóch milionach ofiar ciężkiej pracy i surowych zim. Wieczorem docieramy do mojego celu - miasteczka Ust Nery. Siergiej nie dość, że nie chce pieniędzy za kurs, to jeszcze załatwia mi darmowy nocleg u swojego kolegi. Zostawiam mu termos, który wpadł mu w oko na samym początku.

Tekst i zdjęcia: Marcin Osman

Komentarze

 (6)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA