REKLAMA

Wrocławianie na Monte Carlo Historique

Monte Carlo Historique Grzegorz Chyła
Monte Carlo Historique
Aktualne ceny nowych samochodów:
 
JUŻ OD 40 900 PLN
Dostępne nadwozia: hatchback-5
SPRAWDŹ OFERTY

W tegorocznej edycji tej słynnej imprezy wystartuje blisko 350 załóg, w tym sześć z Polski. Na liczącą prawie 2500 km trasę mogą wyjechać jedynie samochody mające 30 lat i więcej oraz startujące już niegdyś w rajdzie Monte Carlo (w latach między 1955 a 1980 roku).

Trzy z załóg pożegnaliśmy w sobotę na wrocławskim rynku, a jednym z gości honorowych uczestniczących w tym wydarzeniu był sam Sobiesław Zasada. Wśród nich dwie wystartują Fiatami 125p (Dariusz Bienkowski z Andrzejem Dyszyńskim oraz Andrzej Postawka z synem Stanisławem), a jedna poczciwym Oplem (Ryszard Hornik).

Andrzej Postawka do tej pory już dwa razy startował w historycznym rajdzie Monte Carlo. Za pierwszym razem, w 2008 roku pilotował go nasz redakcyjny kolega Julian Obrocki. Załoga ukończyła zmagania na 212 miejscu, natomiast w zeszłym roku (tym razem pilotował go jego syn Stanisław) - na 109 miejscu.

Monte Carlo Historique rozpoczyna się 28 stycznia od tak zwanego "zlotu gwiaździstego" z pięciu miejsc Europy. Polscy kierowcy wystartują z niemieckiej miejscowości Bad Hombourg, natomiast pozostali uczestnicy z Barcelony, Turynu, Kopenhagi i Reims. Następnie wszystkie załogi spotkają się ze sobą już na trasie rajdu.

Impreza zakończy się 3 lutego pod kasynem w Monte Carlo.  

 

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

Ruszamy. Już po paru metrach zapobiegawczo wrzucam terenowe przełożenie - i dobrze, bo suchy piach zdaje się wciągać 16-calowe koła z ich eleganckimi pięcioszprychowymi obręczami z lekkich stopów. Jeep Cherokee ma standardowo napęd na tylną oś, "przód" może być dołączany albo też auto może dysponować stałym napędem 4x4. W obydwu przypadkach 48% momentu napędowego przypada na oś przednią a 52 na tylną. Na drugim biegu, z umiejętnie dozowaną mocą, piaszczyste łachy prawie dwutonowy Cherokee przejeżdża bez problemu. Pomaga mu w tym nowy diesel CRD o mocy 163 KM - to kolejna nowość Jeepa. Silnik ten jest następcą debiutującego nie tak dawno również 2,8-litrowego diesla o mocy mniejszej o 13 KM. W Jeepie o nowej jednostce napędowej mówią, że ma największy moment obrotowy spośród aut tej klasy - 400 Nm przy 1800 obr/min.

Przez busz jedziemy slalomem, omijając drzewa, kolczaste krzaki i co bardziej ekstremalne wyrypy. Nigdy nie przypuszczałem, że jazdę z prędkością 40 km/h można nazwać szybką, ale gdy nie ma się pewności którędy biegnie droga, człowiek rewiduje poglądy. Z zestawu sześciu biegów przydają się praktycznie tylko drugi i trzeci, zależnie od tego jaki akurat grunt trafi się pod kołami. Trochę niewygodnie zmieniać biegi lewą ręką, ale skoro kierownicę umieszczono tam, gdzie "u nas" zasiada pasażer, nie mam wyboru. W buszu okazało się też, że w ogóle "ciągnie mnie na lewo" - o ile udaje mi się zachować bezpieczny odstęp od przeszkód wyrastających z prawej strony auta, czyli tam gdzie siedzę, te z lewej jakoś dziwnie zawsze wyrastają za blisko karoserii. Od czasu do czasu daje się słyszeć zgrzyt cierni o nadwozie Jeepa - oj, długo będzie on lizał rany u lakiernika. Pocieszam się, że nie tylko ten mój egzemplarz. Prawie fizyczny ból sprawia też szuranie kamieni i konarów, jakie od czasu do czasu dochodzi spod podłogi auta. Chociaż kieruję się zasadą, że na przeszkody trzeba najeżdżać, a nie brać je między koła - nie zawsze jest wybór, a prześwit mojego Renegade'a to tylko 20,5 cm.

Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy po drogach, których prawie nie ma zaczynam wreszcie coraz bardziej czuć Afrykę. Także dosłownie - w postaci niewidocznego kurzu w nosie, dostającego się do wnętrza auta przez kratki nawiewu. Nie przeszkadza mi też klimatyzacja, którą jeszcze parę godzin temu gotów byłem lekceważyć, jako gadżet dla mieszczuchów, niegodzien prawdziwie afrykańskiej przygody. Termometr wskazuje na zewnątrz 38 °C, co po raz kolejny tego dnia wpływa na zmianę moich poglądów.

Zmieniam też samochód. Teraz podróżuję Jeepem Cherokee z czterostopniowym "automatem" i benzynowym silnikiem 3.7 V6. Po kilku kilometrach kończy się droga, a zaczyna jakieś rozpadlisko. Przed sobą widz ę tylko niebo, ale trzeba zjeżdżać w dół, tylko po czym? Jak stąpać kołami i w którą stronę delikatnie, o pół, o ćwierć obrotu kręcić kierownicą - pokazują przewodnicy. Szkopuł w tym, że ich też nie widać, bo stoją na zboczu poniżej maski silnika. Zjeżdżam "na czuja", mniej więcej w tę stronę, gdzie zniknął dach poprzedzającego auta. Mam wrażenie, że to wszystko jest wbrew prawom fizyki, ale chyba dlatego sprawia tyle frajdy. Po stromym zjeździe równie stromy podjazd. W takich warunkach banał o komfortowości automatycznej skrzyni biegów zyskuje prawdziwy sens. Wystarczy wybrać tryb pracy 4WD low, delikatnie operować hamulcem przy zjeździe, a gazem przy podjeździe, by zdobyć Afrykę. Nie potrzeba nawet sztucera, ani kompasu. No, może trochę przesadzam...

Za nami kilkadziesiąt kilometrów w prawdziwym, dzikim afrykańskim buszu. Za nami piach, kurz, wertepy i majestatycznie kroczące słonie. Zdaję sobie sprawę, że w takie pustkowia nie da się dotrzeć pieszo (chyba że tubylcom z plemienia Tswana), można tu tylko przyjechać samochodem. I pomyśleć, że do tej pory wszelkie opowieści o kontakcie z naturą za pomocą auta terenowego kwitowałem ironicznym uśmiechem. Niesłusznie. Po raz kolejny rewiduję utarty pogląd...

Tekst: Roman Skąpski
Zdjęcia: autor i DaimlerChrysler

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA