Od redaktora:

Roman Popkiewicz

Postęp jest szybki, a będzie jeszcze szybszy. Warto jednak mieć trochę dystansu do sensacyjnych zapowiedzi tego, czym będziemy jeździć już jutro.

A czy sądzi Pan, że za 20 lat będziemy latali elektrycznymi samolotami?” – uśmiechając się, odpowiedział jeden z inżynierów Mazdy na nasze pytanie, czy w bliskiej przyszłości będziemy jeździli tylko elektrycznymi autami.
Oczywiście, że nie będziemy. Postęp jest szybki, ale nie aż tak szybki – jego tempo jest znacznie wolniejsze, niż to mogłoby wynikać z przechwałek producentów ich przyszłymi elektrycznymi samochodami czy sensacyjnymi doniesieniami o kolejnych testach pojazdów autonomicznych. Świetnymi przykładami są auta, które opisujemy w tym numerze. Nissan Leaf jest pod każdym technicznym względem lepszy niż poprzedni model, ale daleko nie przełomowy. Pojemność jego akumulatorów dziś wystarczy, żeby w tempie ciężarówek przejechać z Wrocławia do Krakowa (250 km) – co już jest niemałym osiągnięciem, jednak akumulatory Leafa do pełnego naładowania z gniazdka 230V potrzebują ponad 20 godzin. Takich ograniczeń nie da się pokonać w kilka lat. Następnym Leafem być może dojedziemy już z Wrocławia do Warszawy (350 km), przy czym w bardzo podobnym tempie. Niewiele wskazuje też na to, by czas ładowania miał się radykalnie skrócić.
Samochody mają długą przyszłość – od klasycznych kompaktów jak Kia Ceed i małych crossoverów w rodzaju Forda Ecosporta, przez SUV-y z gatunku VW Touarega aż po dobra wyjątkowo luksusowe, takie jak Bentley Contnental GT czy Porsche 911 GT3 RS. Nawet kiedy w przyszłym roku zaprezentuje swoją pierwszą elektryczną limuzynę, Porsche nie przestanie produkować przecież samochodów z silnikami spalinowymi. Podobnie zresztą jak Alfa Romeo, BMW, Citroën, Dacia i inne firmy aż po Zagato. Co oznacza tylko tyle, że jeszcze długo będzie bardzo ciekawie.