Od redaktora:

Adam Majcherek

Wypadek w USA, w którym zginęła piesza nie zmieni faktu, że samochody autonomiczne to przyszłość motoryzacji.

Marcowy wypadek z udziałem autonomicznego Volvo XC90 przygotowanego przez firmę Uber wywołał wiele dyskusji. Jak to możliwe, że najnowsza technika przegrała w konfrontacji z pieszym przechodzącym w nocy przez ulicę poza wyznaczonym przejściem? Co poszło nie tak, że żaden system nie dostrzegł przechodnia i nie zareagował zanim było za późno? Co robił kierowca testowy, który na moment przed wypadkiem siedział za kierownicą i patrzył w dół, jakby na ekran smartfona? Czy gdyby był skoncentrowany na jeździe, miałby szansę dostrzec kobietę i zareagować odpowiednio wcześniej? Tego nie dowiemy się przynajmniej do końca śledztwa. Faktem jest, że to zdarzenie każe powątpiewać, czy to już czas, by popularyzować jazdę autonomiczną. Ale z pewnością nie powstrzyma rozwoju tej technologii. Statystyki pokazują, że na miliony pokonanych kilometrów samochody autonomiczne spowodowały o wiele mniej szkód niż prawdziwi kierowcy. Koncentrujemy się na jednym wypadku ze skutkiem śmiertelnym, podczas gdy w USA w wypadkach drogowych codziennie ginie 16 osób. Oczywiście nie zamierzamy umniejszać powagi tej tragedii, ale trzeba na nią spojrzeć jak na wyjątek potwierdzający regułę – systemy elektroniczne będą radzić sobie za kierownicą lepiej niż ludzie. I naprawdę bezpiecznie na drogach zrobi się dopiero wtedy, gdy będą po nich jeździć wyłącznie autonomiczne auta. Gdy znikną nieprzewidywalni kierowcy. Bo komputery nigdy nie prowadzą zdenerwowane, sfrustrowane, złe ani „po spożyciu”. Bo nie przejeżdżają na „ciemnożół- tym”, nie przekraczają prędkości i nie wymuszają pierwszeństwa. Tylko czy oddamy im kierownice po dobroci?