Siedem lat gwarancji na auto - to przemawia do wyobraźni. Tak samo jak milion kilometrów lub trzy lata jej trwania. Żeby w tym czasie przejechać okrągły milion, trzeba byłoby robić 913,2 km dziennie, tyle tylko, że najbardziej opłacałoby się to... producentowi.
Wbrew obiegowym opiniom, gwarancja nie jest obligatoryjnym, lecz dobrowolnym zobowiązaniem producenta wobec klienta. Mówi ona, że producent na ściśle określony czas bierze odpowiedzialność za to, że oferowany nam samochód będzie sprawny. Gdyby tak jednak nie było, tenże producent zobowiązuje się do usunięcia usterek i doprowadzenia samochodu do stanu używalności. Nieodpłatnie. Jak najszybciej. Skutecznie. Teoretycznie rzecz biorąc, wcale nie musi tego robić - biorąc jednak pod uwag ę realia rynku, nie oferowanie gwarancji byłoby marketingowym samobójstwem i... pozbawianiem się źródła znaczących zysków. I tu wracamy do tezy, że gwarancja to wynalazek bardzo opłacalny dla producenta.
W przypadku np. siedmioletniej gwarancji na Kię Cee'd warunkiem jej utrzymania jest wykonywanie okresowych przeglądów w ASO Kii. Licząc skromnie, będzie ich siedem (jeden rocznie), ale może być i dwanaście (przy bardziej intensywnej jeździe). Każdy z nich kosztuje od kilkuset do prawie tysiąca złotych; a gdzie wymiana rozrządu, klocków i tarcz hamulcowych, amortyzatorów. Czysty zysk i ustawienie sobie klienta na długie lata.
Jeszcze jaskrawiej widać to w przypadku gwarancji na Fiata Bravo, obejmującej przejechanie miliona kilometrów w ciągu trzech lat. Fakt - w tym czasie samochód może "zaliczyć" tylko trzy przeglądy, ale mogłoby być ich nawet 36, gdyby auto przejeżdżało miesięcznie około 30 000 km. To, że żaden użytkowany prywatnie samochód (a tylko takie obejmuje gwarancja; na auta kupowane przez firmy jest standardowa, dwuletnia) nawet nie zbliży się do takiego wyniku nie jest istotne - liczy się pomysł na przyciągnięcie klienta.
Pisze oto w liście do redakcji jeden z czytelników: "Dopóki kupowałem samochód, byłem traktowany jak najlepszy klient, niczym członek rodziny. Gdy za niego zapłaciłem i po jakimś czasie przyjechałem do serwisu, aby skorzystać z gwarancji - stałem się niepożądanym, czepiającym się drobiazgów, marudnym klientem". Takie, niestety często spotykane, podejście dealerów do klientów wynika z rozbieżności interesów pomiędzy nimi. Klientowi zależy na jak najszybszym i kompleksowym usunięciu usterki, dealerowi zaś - na minimalizacji kosztów napraw gwarancyjnych. Stąd, wyegzekwowanie poważnej (czytaj kosztownej) naprawy gwarancyjnej, nie mówiąc już o wymianie samochodu na pozbawiony wad, to trudne zadanie. Wystarczy najdrobniejszy pretekst czy cień podejrzenia, że w powstaniu usterki był jakiś udział klienta, żeby gwarancja przestała obowiązywać; wystarczy opuścić chociażby jeden przegląd okresowy czy nie poddać auta w przewidzianym czasie przeglądowi nadwozia (w przypadku gwarancji na trwałość lakieru).
Często taka postawa dealera nie wynika z jego złej woli. Nad nim jest wszak- że importer/producent auta, który skrupulatnie sprawdza zasadność wszystkich napraw gwarancyjnych i może nie zwrócić dealerowi poniesionych kosztów. I tak tworzy się trójkąt klient - dealer-producent. Ten pierwszy ma niesprawny samochód, ten drugi może i chciałby go naprawić w ramach gwarancji, ale rozlicza się z nich w centrali, tej z kolei zależy, żeby nie mnożyć kosztów i ilość napraw gwarancyjnych ograniczyć do minimum. Nieco lepiej jest z drobnymi usterkami i z akcjami serwisowymi. Tutaj dealerzy i producenci z upodobaniem demonstrują jak bardzo leży im na sercu dobro klientów.