Od redaktora:

Jarosław Brach

Rozwiń

Elektryfikacja transportu dla Polski: szansa czy ślepa uliczka?

Temat elektryfikacji transportu towarowego i osobowego stał się ostatnio niezwykle modny. Padają liczne argumenty za tym, by mimo wszystko stawiać dziś na energię elektryczną. Mocno obstają za tym głównie kraje bogate i firmy z nich pochodzące. Nie należy się temu dziwić: mają w tym własne, niemałe interesy. Czy zatem w takich realiach powinniśmy bezkrytycznie podążać tą drogą? Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest ani łatwa, ani jednoznaczna.

Przede wszystkim energia elektryczna jest i jeszcze przez wiele lat będzie u nas brudna i droga. Brudna, gdyż w większości wytwarzana z węgla kamiennego i brunatnego. Droga, ponieważ polityka klimatyczna Unii Europejskiej dąży do stopniowego ograniczania emisji CO2. Nie ma więc szans, by przy takim miksie energetycznym energia u nas taniała. Pierwsza krajowa elektrownia atomowa ma szansę powstać dopiero za wiele lat. Jeśli rzeczywiście powstanie... Co gorsze, przy naszym klimacie, położeniu geograficznym i dostępności zasobów wodnych ilość energii produkowana z wiatru, wody i słońca nigdy nie zaspokoi rodzimych potrzeb, tym bardziej że zużycie energii będzie stopniowo rosnąć. Dlatego zapatrywanie się w aspekcie elektryfikacji transportu na Norwegię, Szwecję czy nawet Niemcy jawi się jako swego rodzaju nadużycie. Szwedzi i Norwegowie – w odróżnieniu od nas – mają mianowicie dostęp do taniej i czystej energii. Dostęp, jakiego my zapewne nigdy mieć nie będziemy. W związku z tym to, że stawiają na elektryfikację, nie powinno dziwić. Energia jest i pozostanie u nich relatywnie tańsza niż u nas. W takim układzie proste przenoszenie ich wzorców nie wydaje się być dobrym wyjściem, przynajmniej na dzisiaj.

Poza tym nasze społeczeństwo nie jest zamożne i raczej cechuje się niskim poszanowaniem przyrody. Problem nie dotyczy tu sfery deklaratywnej, bo przecież wszyscy chcemy żyć w pięknym otoczeniu i oddychać czystym powietrzem. Problem dotyczy realnej skłonności Polaków do płacenia więcej choćby za redukcję śladu węglowego z przewozów. A z tym nie jest najlepiej...

Wreszcie, gdy spojrzymy na nasze obecne otoczenie, ogromną poprawę w obszarze redukcji emisji CO2 da się uzyskać mniejszym nakładem i wcale nie przy użyciu pojazdów zelektryfikowanych. Po pierwsze, trzeba bezwzględnie wyeliminować stare, kopcące piece. Po drugie, wciąż pozostaje wiele do zrobienia w obszarze pewnej dorobkiewiczowskiej mentalności rodaków. Dla nas wciąż samochód osobowy jawi się jako symbol zamożności i statusu społecznego. Tymczasem społeczeństwa zachodnie ten etap swojego rozwoju mają już dawno za sobą. Auto jest tam zwykłym narzędziem do sprawnego przemieszczania się z punktu A do punktu B. Ludzie na Zachodzie nauczyli się stawiać na komunikację publiczną i alternatywne środki przewozu. Stąd w Paryżu czy Amsterdamie nie dziwi widok biznesmena na rowerze, a podmiejskie pociągi wokół licznych aglomeracji są zatłoczone – tam po prostu wybiera się rozwiązania ogólnie bardziej opłacalne. A mniejszy ruch aut prywatnych oznacza ułatwione poruszanie się autobusów i tramwajów. Powszechne są buspasy – powstają one głównie po to, by kierowców osobówek skutecznie zniechęcać do jazdy własnymi czterema kółkami i wręcz zmuszać do dokonania przesiadki na środki transportu zbiorowego, co wiąże się z niezaprzeczalną korzyścią dla ogółu.

W Polsce wiele musi zmienić się choćby w obszarze miejskiej dystrybucji. Na Zachodzie służą do niej m.in. specjalne tzw. miejskie ciągniki siodłowe, zaopatrzone w 6-8-litrowe silniki o mocy 300-360 KM. One w zupełności wystarczą do napędu 32-36-tonowego zestawu naczepowego złożonego z 1- czy 2-osiowej specjalnej tzw. miejskiej naczepy. Co więcej, w typowo miejskich warunkach z powodzeniem napędzają je silniki gazowe, czystsze ekologicznie niż dieslowskie. U nas zaś nieraz pod sklepem w centrum widać potężny ciągnik siodłowy nominalnie przeznaczony do przewozów na dalekich dystansach, o mocy 450-500 KM. A wystarczyłoby zorganizować – wzorem Zachodu – podmiejskie centra przeładunkowe.

No cóż, bogatsi potrafią, a my, po części lecząc swoje kompleksy, wolimy się chwalić, że jeździmy Ferrari, tylko wciąż nieraz po dziurawej drodze życia komunikacyjnego...