Chińskie marki w natarciu, prezes Stellantis chce dla nich wysokiego cła

Chińscy producenci aut elektrycznych są 10 lat przed europejskimi, a Europa rozkłada przed nimi czerwony dywan. To się źle skończy – ostrzega Carlos Tavares. Szef koncernu Stellantis proponuje nałożenie zaporowego cła.

Next Ora Cat fot. materiały prasowe
Next Ora Cat - chiński rywal Porsche Taycana

Trwające obecnie targi w Paryżu pokazują, że chińscy producenci aut elektrycznych coraz odważniej zbliżają się do Europy. Wystawa Paris Motor Show 2022, choć straciła swój dawny blask i rozmach, pełna jest premier samochodów z dalekiego wschodu. Tego właśnie obawiają się tacy giganci, jak koncern Stellantis, który słowami swojego prezesa proponuje nałożenie wysokiego cła importowego lub też istotne wsparcie europejskich producentów, jeśli ci mają w ogóle mieć możliwość konkurowania z Chińczykami.

Tavares przy okazji wspomina o tym, że obecnie Europa wylewa dziecko z kąpielą, bo narzucając prawny zakaz sprzedaży aut spalinowych w 2035 roku – zdecydowanie, zdaniem prezesa Stellantis, zbyt szybko – wepchnie klientów klasy średniej w ręce producentów z Chin. Przyspieszona transformacja na napędy elektryczne spowoduje, zdaniem Tavaresa, że klientów na Starym Kontynencie nie będzie stać na nowe samochody i to siłą rzeczy skłoni ich do wyboru tańszych chińskich odpowiedników, które już wchodzą do sprzedaży, a za kilka lat może ich być naprawdę dużo.

– Ludzi nie stać dziś na bezpieczny i ekologiczny samochód elektryczny. Dlaczego więc wciąż robimy wszystko, by auta były jeszcze droższe, skoro już dziś są one bezpieczne i ekologiczne? Nie mieliśmy na ten temat szerszej debaty, dlatego proszę obywateli UE, by zadali swoim politykom proste pytanie: jesteś za czy przeciw wolności przemieszczania? – pytał Tavares podczas konferencji i dodał: – Czy chcecie, by pałeczkę przejęły Chiny? Zatem przestańcie dodawać kolejne restrykcje na samochody, bo już teraz ich produkcja stała się zbyt kosztowna.

Z tym akurat nie sposób się nie zgodzić. Warto przy tym dodać, że samochody zachodnich producentów są w Chinach objęte większymi opłatami i restrykcjami, ale zasady te nie działają w drugą stronę, dla chińskich aut sprzedawanych w Europie. Do tego Carlos Tavares twierdzi, że już dziś chińscy producenci są nawet 10 lat przed swoimi europejskimi rywalami w kwestii rozwoju technologii, a do tego mają lepszą kontrolę nad łańcuchami dostaw, a to przekłada się na koszty.

Koniec końców, według szefa Stellantisa obecnie w Europie wszystko stanęło na głowie, bo kluczowe dla przemysłu i zatrudnienia decyzje podejmowane są zbyt pochopnie. Lepszym rozwiązaniem byłoby spowolnienie rewolucji i rozpoczęcie od wprowadzenia 20-letniego okresu transformacji na czystą, odnawialną energię. Tavares dodaje do tego nawet 10 lat na rozwój infrastruktury stacji ładowania i 5-letni okres dla koncernów na wyprodukowanie samochodów elektrycznych. Dziś natomiast wszystko dzieje się na odwrót, bo europejscy politycy, zamiast chronić przemysł samochodowy, podjęli decyzję wyłącznie pod kątem technologii. Wygląda to tak, że "albo elektryki, albo śmierć", a przecież pomiędzy jest wiele odcieni elektryfikacji, czego zresztą doświadczamy, ale w zbyt mocno przyspieszonym tempie.

Zobacz również:
REKLAMA