Co dalej z normą Euro 7? Ogromne koszty, które poniosą klienci

Normy Euro 7 nie warto wprowadzać na zaledwie kilka lat, wydając krocie na dostosowanie do niej silników, podczas gdy rynek szykuje się do elektrycznej transformacji – uważa Carlos Tavares, szef Stellantisa, dołączając do innych producentów.

Spaliny z wydechu Shutterstock
Spaliny z wydechu, fot. Shutterstock

Stellantis to gigantyczny koncern, który w marcu tego roku zapowiedział całkowite odejście od silników spalinowych już w 2030 roku, a to oznacza, że wszystkie marki należące do grupy Stellantis będą gotowe na mającą nadejść w 2035 roku elektryczną transformację i odgórnie narzucony zakaz sprzedawania aut z silnikami spalinowymi. I jakkolwiek wielu producentów, w obliczu rosnących kosztów produkcji i samej też energii, sugeruje renegocjacje tej daty i odsunięcię jej w czasie, pozostaje inna paląca kwestia – wprowadzenie bardzo restrykcyjnej normy emisji spalin Euro 7.

Euro 7 to ogromne koszty, które poniosą klienci

Urzędnicy unijni wciąż bowiem chcą, żeby dostępne legalnie do 2035 roku silniki spalinowe były jeszcze bardziej oszczędne i mniej szkodliwe dla środowiska, zanim cała europejska motoryzacja przejdzie na prąd – skądinąd pozyskiwany dziś przecież głównie z paliw kopalnych, ale to temat na inną dyskusję. Norma Euro 7, bo o niej mowa, wymaga od producentów gigantycznych nakładów na opracowanie technologii pozwalających silnikom emitować mniej szkodliwych substancji, przy udziale zaawansowanych metod oczyszczania spalin. O tym właśnie podczas targów Paris Motor Show 2022 wspomniał Carlos Tavares, szef Stellantisa, często w ostatnim czasie zabierający głos w sprawie przyspieszonej elektryfikacji napędów.

Tavares sugeruje bowiem, że norma Euro 7, której data wdrożenia była już wielokrotnie przesuwana i raczej nie wejdzie ona w życie przed rokiem 2028, miałaby obowiązywać raptem kilka lat, zanim silniki spalinowe, na rozwój których firmy muszą wyłożyć ogromne pieniądze, pójdą w odstawkę. To rzeczywiście wygląda na marnotrawienie pieniędzy, które z drugiej strony są dziś przecież koncernom potrzebne na rozwój technologii napędów elektrycznych i odpowiednio wydajnego sposobu przechowywania energii w formie akumulatorów. Większe nakłady przekładają się przecież wprost na końcową cenę samochodów, które już dziś są bardzo drogie – nie mówiąc już o pojazdach elektrycznych.

Wielu ekspertów jest przy tym zdania, że współczesne silniki spalinowe, szczególnie te pracujące w układach hybrydowych, emitują naprawdę niewiele szkodliwych substancji, tak za sprawą już dziś zaawansowanych technologii, jak i rozbudowanych systemów oczyszczania spalin.

– Z punktu widzenia przemysłu, nie potrzebujemy Euro 7, ponieważ będzie to drenowało zasoby potrzebne do rozwoju napędów elektrycznych. Wydawanie pieniędzy na rozwój silników spalinowych na potrzeby norm, które będą wymagane przez tak krótki czas, nie ma po prostu sensu – wspomniał Tavares, mówiąc że odkładana już kilkakrotnie norma Euro 7 powinna zostać po prostu odrzucona, bo przemysł już dziś jest gotowy na napędy elektryczne.

Jak zatem widać, walka trwa. Pisaliśmy już na ten temat wielokrotnie, że tak rychłe uśmiercenie silników spalinowych, jak również przedwczesne zabicie diesli niedawnymi aferami, odbije się negatywnie na klientach, którzy zawsze przecież płacą za decyzje polityków. Będziemy śledzić dalsze poczynania unijnych urzędników w kwestii tak normy Euro 7, jak i ewentualnego przesunięcia daty wprowadzenia zakazu sprzedaży aut spalinowych już od 2035 roku.

Euro 7 to eliminacja silników spalinowych?

Na koniec odsyłamy do lektury naszego artykułu na temat normy Euro 7 i tego, jakie konsekwencje niesie ze sobą tak drastyczne zaostrzenie przepisów. Jak bowiem twierdzi szefowa Niemieckiego Związku Przemysłu Samochodowego, – Komisja Europejska chce zapisu, według którego samochód w każdej sytuacji drogowej nie miałby wypuszczać w powietrze w zasadzie żadnych spalin – niezależnie od tego, czy ciągnąłby pod górę przyczepę, czy poruszał się powoli w mieście. To jest niemożliwe z punktu widzenia techniki i wszyscy dobrze o tym wiedzą.

W wypadku tak zaostrzonych przepisów wątpliwy wydaje się stosunek nakładów do zysków. Sprostanie wyśrubowanym normom pewnie byłoby możliwe technicznie, ale ekstremalnie drogie. Dyskusyjne jest też, czy dzięki temu powietrze w miastach stałoby się czystsze. Nie tylko z pomiarów przeprowadzanych przez „auto motor und sport” wynika bowiem, że współczesne nowe diesle i auta benzynowe już teraz są bardzo czyste, jeśli chodzi o spaliny. Także samo zmniejszenie dopuszczalnej ilości tlenków azotu nie spowoduje aż tak radykalnej poprawy, jaką przyniosło przejście z normy Euro 6 na Euro 6d-Temp. Prawdziwym problemem są za to auta, które już jeżdżą po naszych drogach, a jeśli chodzi o cząstki stałe, to przyczyną ich powstawania są również... pojazdy elektryczne.

Zobacz również:
REKLAMA