[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.1

Janusz Kulig - 15. rocznica śmierci wielkiego kierowcy. Okiem Obrockiego

Od 15 lat Janusza Kuliga nie ma już z nami. Idiotyczny wypadek w piątek 13 lutego, nie przy wielkiej prędkości na rajdzie, ale przy zerowej na przejeździe kolejowym, przerwał wielką karierę, życie wspaniałego człowieka i naszą przyjaźń.

III. Memoriał Janusza Kuliga i Mariana Bublewicza Tablica upamiętniająca Janusza Kuliga i Mariana Bublewicza, która znajduje się przy walimskich patelniach

Znałem Jaśka bardzo dobrze, przyjaźniliśmy się wiele lat. Piszę Jaśka, bo wśród przyjaciół nikt nie używał oficjalnego imienia Janusz, ale swojskiego Jasiek. Nie pochodził z rodziny milionerów. Nie pochodził z Warszawy. A z takim życiorysem w rajdach jest trudniej. Urodził się i mieszkał w Łapanowie, na terenach rajdonośnego zagłębia w Małopolsce. W zwykłym domu, a nie w wypasionej rezydencji. Ale miał wspaniałych rodziców, którzy widząc motoryzacyjne zainteresowania syna, nie przeszkadzali, a pomagali.

Początek lat 90. w Polsce nie był okresem prosperity. Wręcz przeciwnie. Poskładanie jakiegoś malucha, żeby zacząć jeździć w lokalnych rajdach, wymagało wysiłku wielkiego. Ale od pierwszego startu Jaśka widać było talent ogromny. Po pierwszych błyskotliwych sukcesach niezbędny okazał się lepszy samochód. Nienowa Toyota Corolla tylko częściowo pozwalała na dalszy rozwój kariery. Kolejne samochody, Opel Kadett i Opel Astra, wprowadziły Jaśka do krajowej czołówki. I w krąg zainteresowań poważnych sponsorów. Renault zaproponowało Jaśkowi topowe w tamtych czasach auto - Megane Maxi. Ruszyła lawina błyskotliwych zwycięstw. Dużo ich było i w różnych biografiach są one wymienione szczegółowo.

Od tego czasu datuje się też nasza przyjaźń. Robiąc relacje dla miesięcznika "auto motor i sport" z wszystkich znaczących rajdów widywałem go bardzo często i szybko znajomość dziennikarska przerodziła się w prywatną przyjaźń. Zacząłem jeździć z Jaśkiem nie tylko na rajdy, coraz częściej miałem okazję być z nim na kameralnych, nieobciążonych obecnością tłumu treningach. Na takich spotkaniach mogłem pojeździć z Jaśkiem jako pilot, obserwując od środka jego bardzo precyzyjną, czystą jazdę.

Z tych spotkań pamiętam drobne, ale charakterystyczne zdarzenie. Po godzinie jeżdżenia Renówka wymagała rutynowego serwisu. Dla Jaśka to pół godziny przerwy. Powiedział do mnie: "Chodź, tam pod lasem jest ławka i na pewno cisza i spokój". Usiedliśmy i gadaliśmy oczywiście o samochodach i sezonie. Nagle Jasiek zamilkł i zaczął patrzeć na pobliskie drzewa. Po chwili przerwał ciszę słowami: "Popatrz, tam widać jakieś ptaki. Jak to zrobić, żeby poświęcając cały czas rajdom i karierze, nie zapomnieć o małych rzeczach wokół siebie. Nie zgubić w tym rajdowym hałasie rzeczy zwykłych, codziennych, rozmów z bliskimi". Przestał jeść bułkę i pokruszył ją ptakom. "Jak wszystko ułożyć, żeby zawsze mieć czas na karmienie ptaków... A ty też nie pisz tylko pojedynczych relacji z rajdów, ale przekaż swoją wiedzę o rajdach młodszym zawodnikom".

REKLAMA

REKLAMA

Przekonał mnie. Książkę napisałem. Jasiek był jej pierwszym czytelnikiem i recenzentem, jeszcze przed wysłaniem do drukarni. To jego zdjęcie jest na tylnej okładce. I jako ostatnie zdjęcie na końcu tekstu, bo o to mnie poprosił. Zdążyłem Mu wręczyć pierwszy egzemplarz.

Przez kolejne lata kariera Jaśka rozwijała się fantastycznie. Seryjne tytuły mistrza Polski, mistrza Europy Środkowej. Wreszcie starty w mistrzostwach świata. Coraz lepsze auta, spełnienie największych marzeń, jazda w najwyższej, królewskiej, superciężkiej kategorii WRC - Fordem Escortem, Focusem, Toyotą Corollą, Peugeotem 206 i Seatem Cordobą. Na początku 2004 roku wszedł zakaz używania w mistrzostwach Polski aut klasy WRC. Jaśkowi Fiat zaproponował swoje topowe, dostosowane do nowego regulaminu Punto Super 1600. Umowa została zawarta. Jasiek dzwonił do mnie z euforią w głosie. Dostał też zwykłego Fiata do codziennego użytku. To nim, widząc podniesione rogatki, wjechał powoli w Rzezawie na przejazd kolejowy. Przejazd niebezpieczny, bo nie widać nadjeżdżających pociągów. Sekundę później pociąg rozerwał Fiata na strzępy. Był piątek, 13 lutego 2004.

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij