[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


Kuba Przygoński: bardzo lubię wertepy (wywiad)

Liderem i absolutnie najszybszym zawodnikiem dakarowego zespołu Orlen Team jest Kuba Przygoński. Kiedyś w Rajdzie Dakar w ścisłej czołówce motocyklistów, dziś jeszcze wyżej notowany  kandydat do zwycięstwa w kategorii samochodów.

Jakub Przygoński w Rajdzie Dakar Jakub Przygoński w Rajdzie Dakar

Kiedy i jak rozpoczęła się Twoja współpraca z ORLENEM?

– To był rok 2007. Chyba całkiem dobrze współpracujemy, bo bez zgrzytów minęło 13 lat. Byłem już mistrzem Polski w motocyklowym enduro. Z podziwem i zazdrością patrzyłem na szykujące się do Dakaru motocyklowe gwiazdy – Marka Dąbrowskiego i Jacka Czachora. Jak zwykle pomógł przypadek. Poważna kontuzja Marka Dąbrowskiego wykluczyła jego start w wielkim rajdzie w Abu Zabi.

Na zastępstwo zgodziłem się natychmiast. Ale dwa tygodnie przed startem to ja się wywróciłem i połamałem kości śródręcza. Operacja, w dłoni jakieś straszne blachy i śruby. Oświadczyłem, że wbrew woli lekarzy jednak w tym stanie wystartuję. Tylko na starcie było dobrze. Motor jest przecież bardzo ciężki, więc potem wszystko się urwało. Wyjąc z bólu dotarłem do mety pięciodniowego rajdu. Wtedy rozpoczęła się moja wieloletnia przygoda z ORLENEM.

Na początku wielkiej kariery był motocykl, a nie samochód. Świadomy wybór czy motor był tańszy?

– Jak się ma 12 lat, to samochód nie wchodzi w rachubę. Marzyłem o gokarcie, ale w Warszawie nie było toru! Z konieczności wybrałem motor, zwłaszcza że wokół Warszawy były odpowiednie wertepy do treningu. Ale marzenia o aucie dręczyły mnie cały czas.

Marzenie się spełniło, jesteś w wąziutkiej światowej czołówce off-roadowych samochodziarzy. Ale jakiś motor w domu pozostał?

– Pewnie, że pozostał. To stara miłość. Nie jestem już na motocyklu tak szybki jak kiedyś. Ale wspaniałe wspomnienia powodują, że czasem go odpalam i muszę sobie pojeździć.

Jakub Przygoński w Rajdzie Dakar

Czy jako poważny ojciec rodziny (żona, dwie córki) wróciłbyś na motocykl? Jak oceniasz ryzyko i bezpieczeństwo na motorze i w samochodzie?

– Nie wrócę do wyczynowej jazdy motocyklem. Robiłem to 16 lat. Ale jazda po wertepach motorem to wielka frajda. Dużo większa niż w samochodzie. Strach też jest większy na motocyklu. Wywrotka w skałach ma zawsze dużo groźniejsze skutki niż w obudowanym klatką rajdowym samochodzie. Chociaż miałem też sytuacje, że motor okazał się bezpieczniejszy, bo można go w ułamku sekundy odrzucić i odskoczyć w bok. Bywa różnie.

Cała Twoja początkowa kariera to motocykle, czyli sport jednoosobowy. Teraz są samochody, czyli cały czas w tej ciasnej puszce jest tuż obok drugi człowiek i cały czas coś gada. Jak współpracujesz z pilotami?

– Motocykl jest dużo prostszy i dużo lepiej z niego widać, więc da się jechać bez pilota. Chociaż nawigacja jest bardzo trudna. W dużym aucie jest dużo więcej różnych problemów i drugi człowiek jest niezbędny. A z ciągłą obecnością drugiej osoby radzę sobie dobrze, nie jestem cholerykiem i problemy umiem rozwiązywać spokojnie. Nawet w stresie.

Ale zmieniłeś pilota. Był Belg Tom Colsoul, teraz jest Niemiec Timo Gottschalk.

– Obaj są świetni i profesjonalni. Tom był bardziej żywiołowy i emocjonalny. Timo jest wyraźnie zimniejszy i bardziej analityczny. W trudnych momentach, zwłaszcza kiedy dostarczany nam opis tajnej trasy nie bardzo się zgadza, a nie jest to rzadkie, bardzo szybko i precyzyjnie diagnozuje sytuacje.

Jesteś już absolutnie na stałe w pierwszej piątce najszybszych off-roadowych samochodowych kierowców świata. Uszereguj cechy takiego idealnego kierowcy – bardziej szybki, czy bardziej mądry? Raczej osiłek, czy raczej jubiler?

– W tej najwęższej czołówce szybcy są wszyscy. Inaczej by tam nie trafili. Natomiast nie wszyscy bywają jednakowo mądrzy i rozsądni. To wielki zaszczyt i honor – kiedyś w ogóle poza zakresem moich marzeń – pędzić po pustyni między Sainzem i Loebem i obserwować z tak bliska ich reakcje i styl jazdy. To bardzo dobra nauka. A mam tę przewagę, że od tych wielkich mistrzów jestem wyraźnie młodszy.

Mini All4 Racing Kuby Przygońskiego z Orlen Team

Twoje największe wady i zalety w Dakarze?

– Zaleta jest konkretna i mierzalna: jestem na mecie częściej niż ci wielcy. Mam naprawdę bardzo wysoką dojeżdżalność, grubo ponad 90%. Ta największa zaleta jest też paradoksalnie największą wadą. Czasem za mało ryzykuję. Jeżdżę bardzo szybko, ale jednak w sposób wyrachowany. Nie mam tendencji do nagłych ataków furii, wściekłości i szaleństwa.

Na mecie najczęściej i ja, i samochód jesteśmy najmniej poobijani. Odwrotnie niż moim zdaniem najszybszy w tej chwili kierowca dakarowy na świecie Nasser al-Attiyah. On czasem jedzie bardzo emocjonalnie, poza moją granicą rozsądku. Ma więc dużo więcej przygód.

Jak ten spokój pasuje do Twojej drugiej, zupełnie innej samochodowej miłości, czyli uprawianego też na światowym poziomie driftu? I dlaczego akurat drift?

– To całkiem inna zabawa niż Dakar. Zamiast wielogodzinnych odcinków po wertepach, w drifcie jeden bieg to zaledwie 30 sekund! Ale jest 16 przejazdów, więc adrenaliny i frajdy nie brakuje. To zupełnie inny sposób intensywnej, ale krótkotrwałej koncentracji. Dyscyplina jest nowa. Sam ją współtworzę, bo jestem w niej od początku. Fantastyczne widowisko!

Na Dakarze moje naklejki ORLENU świat ogląda w telewizji, a ja nie widzę reakcji kibiców. W drifcie jest odwrotnie, publiczność jest blisko, jak dobrze jadę, to widzę jej entuzjazm. Drift jest sportem bardzo dynamicznym. Samochody mają po 800 koni i kosmiczne przyspieszenia. Taka moc i dynamika doskonale pasują do wizerunku pomagającego mi w tym przedsięwzięciu ORLENU, jako producenta dobrych, dających power i wysokie osiągi paliw.

Kuba Przygoński Orlen Team

W połowie drogi między Dakarem, a driftem jest jeszcze jedna dynamiczna dyscyplina samochodowa, czyli rallycross. Masz wszelkie predyspozycje do bycia gwiazdą także w tym obszarze.

– I już próbowałem. Z całkiem dobrymi wynikami. Też duże moce, prawie jak w drifcie. Ciekawa jazda drzwi w drzwi z innymi konkurentami. Spodobało mi się. Ale off-road i drift pochłaniają mnie na tyle, że już nie wygospodaruję setek godzin na poważne potraktowanie tak absorbującego sportu.

Prostszy jest autocross...

– Prostszy, ale cały w błocie, które oblepia i zawodnika, i samochód. Nie dam się skusić.

A quad? Jeszcze prostszy...

– Też nie. To nie ta frajda. Nie mam swojego quada.

Dakar znowu zmienia miejsce pobytu. Wkracza na zupełnie nieznane tereny i nowy kontynent. Będzie ciekawiej?

– Po dawnym pożegnaniu z Afryką i 10 latach w Ameryce Płd. formuła rajdu znowu się trochę zużyła i wyczerpała, a stosumki z lokalnymi państwami też nie były idealne. Teraz cała rajdowa karawana przenosi się na zupełnie nowy, dziewiczy obszar, do Azji, a konkretnie do Arabii Saudyjskiej. To ogromna pustynia rozmiaru całej Europy czy Sahary, gdzie można się ścigać całymi miesiącami i nie trafić na własne ślady.

Dla zawodników ważne jest, że nie cały obszar jest jednolicie piaszczysty, ale w części zachodniej są całkiem poważne skaliste góry, a więc zostanie zachowana odwieczna tradycja Dakaru ścigania się na zmiennych, różnorodnych nawierzchniach. Trasy są nowe, nieznane zawodnikom (ten kraj to monarchia absolutna, gdzie obcokrajowcy nie bardzo mogą sobie jeździć po pustyni), a więc raczej wszyscy zaczynają od zera, sprawiedliwie, bez jakiejś tajnej wiedzy o warunkach jazdy. No może z wyjątkiem zawodników arabskich, a w mojej kategorii mam akurat takich mocnych konkurentów.

Kuba Przygoński Orlen Team

Pasuje taki teren do Twoich umiejętności?

– Nie ma zawodników idealnych, którzy byliby równie skuteczni na wszystkich nawierzchniach. Dokładne pomiary pokazują, że wśród tych kilku najszybszych ja jestem najskuteczniejszy raczej na twardszej, a nie na piaszczystej nawierzchni. Piach jest przy tym najmniej przewidywalny – czasem auto zakopie się na pół godziny, a bywało, że na dłużej, w jakimś pozornie nietrudnym miejscu.

Jaka więc będzie Twoja arabska taktyka?

– Wobec takich faktów raczej oczywista, czyli jak najwięcej atakować i ciułać cenne sekundy na trudnej nawierzchni skalistej (góry będą w pierwszej połowie rajdu), a jak najmniej tracić w części drugiej, miękkiej i piaszczystej.

Więc arabski Dakar Cię nie przeraża?

– Oczywiście, że nie. To będzie po prostu inny Dakar. Nadal w styczniu, a na półkuli północnej formalnie jest w tym czasie zima, a nie lato. Czyli raczej 30, a nie 60 stopni.

I góry mniejsze niż Andy w Ameryce Południowej.

– Andy były akurat moim atutem. Nie mam choroby wysokościowej i to była moja przewaga nad niektórymi konkurentami.

Kuba Przygoński Orlen Team

I nowa zupełnie odmienna strefa czasowa...

– Tak, ale wyraźnie bliższa Europie niż Andy. Nie powinno być wielkiego kłopotu z zasypianiem, a zmiana strefy na wschód powoduje, że nie będzie konieczności bardzo wczesnych startów rano, a relacje telewizyjne dotrą do Europy lepiej zrealizowane i z większym zapasem czasowym.

Czym pojedziesz w najbliższym Dakarze?

– Nadal Mini ALL4 Racing przygotowanym przez zespół X-raid. To nowy egzemplarz, bo poprzedni jest już bardzo zmęczony, ale oparty na dotychczasowym, dobrze sprawdzonym projekcie. Oczywiście jest wiele zmian, bo trzeba nadążać za postępem, a nawet samemu go tworzyć, ale koncepcja samochodu się nie zmieniła.

A brałeś pod uwagę buggy z napędem tylko na tylne koła? Taki samochód pasuje do Twojego driftowego stylu jazdy.

– Od dawna rozważam takie rozwiązanie, ale ostatnie lata wskazują, że na razie te samochody są równie szybkie, jak wciąż niedopracowane i cierpiące na choroby wieku dziecięcego. Po namyśle na razie pozostaję przy Mini z napędem na wszystkie koła. Znam to auto bardzo dokładnie, wręcz każdą śrubkę. To też bardzo istotny, a czasem decydujący czynnik wpływający na dobry wynik.

 

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA