REKLAMA

Mandat z fotoradaru – Kiedy unikniemy konsekwencji?

Są sytuacje, w których nie zapłacimy mandatu z fotoradaru lub unikniemy nałożenia punktów karnych. Okazuje się pandemia koronawirusa pomogła recydywistom, którzy prowadząc samochód w maseczce utrudniają identyfikacje. 

Znak D-51 fotoradar Znak D-51 fotoradar, fot. shutterstock

Mandatów z fotoradarów jest dużo, bo powszechnie wiadomo, że urządzenia te ustawiane są nie zawsze przed szkołą czy przedszkolem, gdzie faktycznie podnoszą poziom bezpieczeństwa, ale dłużej trzeba czekać na pirata drogowego, ale też w miejscach odludnych, gdzie pustkowie zachęca do szybszej jazdy. Przekroczenie dozwolonej szybkości nawet o kilkanaście km/h skutkuje karą finansową i punktową - 50-100 zł i 2 pkt karne. Ale powyżej 51 km/h to już 400-500 zł i 10 pkt karnych. Na ogół nie pamiętamy tych liczb, nie pamiętamy, gdzie i kiedy fotoradar mógł nam zrobić zdjęcie i zaskoczeniem jest wizyta listonosza przynoszącego mandat do zapłacenia. Co robić?

Zamów e-wydanie magazynu "auto motor i sport" - teraz o 30% taniej!

Mandat z fotoradaru – Niebezpieczne opóźnienie

Opóźnienie w dostarczeniu mandatu z fotoradaru może być niebezpieczne ponieważ kierowca nie zawsze wie, że jego wykroczenie zostało zarejestrowane przez fotoradar i w czasie od wykroczenia do doręczenia nieświadomy sytuacji podbramkowej może otrzymać kolejną porcję punktów, która po zsumowaniu skończy się odebraniem prawa jazdy. A niestety organy mają aż 180 dni na wysłanie mandatu z fotoradaru więc ryzyko, że w tym czasie popełnimy kolejne wykroczenie jest duże.   

Dołącz do nas na facebooku i bądź na bieżąco z motoryzacyjnymi newsami!

Mandat z fotoradaru –  Odmowa przyjęcia mandatu

Najprostsze, chociaż banalne i mało finezyjne rozwiązanie to nie kombinować, uznać swoją winę i po prostu zapłacić. Tak zwyczajnie, przelewem z konta lub na poczcie. Czasem mniej boli te kilkaset złotych niż punkty karne. Oczywiście można nie zapłacić. I tu paleta ewentualnych dalszych zdarzeń jest bogata.

Zdjęcie z fotoradaru, źródło: CANARD

Można się odwoływać (na mandacie jest pouczenie, jak to zrobić). Nieprzyznanie się do winy zwykle nie kończy się dobrze, bo od pewnego czasu organy wypisujące mandaty mają dostęp do CEPiK-u (Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców), a tam jest baza zdjęć posiadaczy praw jazdy. Ale aparaty fotograficzne zamontowane w fotoradarach robią zdjęcia różnej jakości (np. w niektórych godzinach pod słońce) i wtedy odbiorcy mandatu kombinują z "nieznanym kierowcą". Jeśli właścicielem auta jest np. młoda blondyna, a na zdjęciu niewątpliwie jest facet z siwą brodą, to jest to droga skuteczna. Opłacalne jest to o tyle, że jeśli właścicielka "nie pamięta" tego brodatego faceta, to sama musi zapłacić mandat, ale nie otrzymuje punktów karnych, co dla wielu osób jest najważniejsze. Recydywiści jeżdżą w dziwnych czapkach (chodzi o kolor włosów) i dziwnych okularach, co dość skutecznie utrudnia identyfikację. Dla wielu osób "mocno fotoradarowych" zbawieniem okazały się maseczki koronawirusowe. W orzecznictwie przyjęte jest, że jeśli zdjęcie budzi wątpliwości, to nie jest ono dowodem ostatecznym. Zwłaszcza, że policjanta przy tym nie było i zdjęcie jest dowodem jedynym. Kłopoty z identyfikacją kierowcy dotyczą nie tyle właścicieli aut prywatnych (bo żona jest rzadko podobna do męża), co aut służbowych, przeznaczonych dla kilku pracowników. Przepisy mówią, że w takiej sytuacji właściciel musi wskazać, kto siedział za kierownicą. Jak oficjalnie odmówi (bo "trudno rozpoznać"), to on zapłaci stałą grzywnę 500 zł, ale uchroni swoich kierowców przed punktami karnymi, które skutkują nawet odebraniem prawa jazdy, czyli dla właściciela firmy utratą pracownika.

Zobacz także:

REKLAMA

REKLAMA

Mandat z fotoradaru – skierowanie sprawy do sądu

Innym rozwiązaniem, rzadziej stosowanym, jest skierowanie sprawy nieczytelnego zdjęcia do sądu, ale nie przez organ mandatowy, lecz przez samego kierowcę. Dość dużo takich spraw kończy się korzystnie dla obwinionego. Warto się odwoływać, jeśli na zdjęciu jest nie tylko nasz samochód, ale też inne auta. Wtedy nie ma pewności, szybkość którego auta została ostatecznie zarejestrowana, a więc w oparciu o domniemanie niewinności płacenia takiego mandatu z fotoradaru można uniknąć. Choć zdarza się też, że nowoczesne fotoradary mierzą prędkość jednocześnie samochodom poruszającym się po kilku pasach, więc jeśli trafimy na takie urządzenie sprawa jest przegrana.

Mandat z fotoradaru – przedawnienie

Bardzo ważne jest sprawdzenie na mandacie daty zdarzenia, bowiem organy wypisujące mandaty zasypane są ogromną ilością spraw, a mają na wysłanie mandatu 180 dni.  Jeśli nie zdążą to mogą potem skorzystać z drogi sądowej, ale raczej nie mają na to czasu i szczęśliwie dla kierowcy sprawa umiera. Jeżeli postępowanie sądowe zostało wszczęte, przedawnienie mandatu z fotoradaru następuje po dwóch latach lub po roku, jeżeli nie miało miejsce wszczęcie postępowania. Zamknięcie sprawy zdarza się dość często, bo w terenie jest kilkaset fotoradarów, a brakuje ludzi (i pieniędzy) na wypisywanie mandatów. A trzeba ich wypisać prawie półtora miliona rocznie. Pracowników brakuje, a ci którzy są nie są wulkanem szybkości, więc czasem nieodebranie mandatu pozwala szczęśliwie uniknąć płacenia, bo może się zdarzyć, że mandat dotrze za późno. Obsługą mandatów zajmuje się CANARD (Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym), który się "nie wyrabia" i bywa, że ściga tylko poważnych recydywistów i piratów (tych z przekroczeniem powyżej 50 km/h) i tym "mniejszym" się upiecze.  

Pamiętać trzeba, że jeśli auto jest sprzedane, a jeszcze nieprzerejestrowane na nowego właściciela, to mandat przyjdzie do Bogu ducha winnego sprzedającego - da się to odkręcić wysyłając do Inspektoratu Transportu Drogowego kopię umowy sprzedaży. Często, sprawdzając "ile auto wyciąga" nowy właściciel wpada na radar... w dniu kupna, stąd wiele osób wpisuje na umowie sprzedaży godzinę transakcji.

Mandat z fotoradaru – Wykroczenie za zagranicą

Osobny temat to mandaty z fotoradarów z zagranicy. Z Australii, Nowej Zelandii czy Wysp Zielonego Przylądka się nie zdarzają, ale z krajów najbliższych, głównie z Niemiec, Czech, Austrii, Włoch, Francji, Holandii, Litwy czy Łotwy jak najbardziej. Dawniej współpraca z tymi krajami nie była precyzyjnie uregulowana, więc większość ludzi wyrzucała taki mandat do kosza. W Unii Europejskiej istnieje dziś system wymiany informacji o kierowcach i działa coraz skuteczniej. Ale już dziś Ministerstwo Cyfryzacji przekazuje komputerowo zagranicznym służbom dane ponad miliona kierowców rocznie. A coraz skuteczniejsze umowy międzypaństwowe powodują, że bardzo maleje szansa ucieczki w takiej sytuacji przed komornikiem. Jeśli popełnimy wykroczenie za granicą naszego państwa coraz częściej zdarza się, że dopadnie nas firma windykacyjna, która ma prowizję z odzyskanych pieniędzy więc temat doprowadza do końca egzekwując od sprawcy również odsetki.
Pamiętajmy też, że obecnie "w temacie fotoradarów" zaczynają dominować nie zdjęcia z tych urządzeń, ale z kamer umieszczanych na skrzyżowaniach. A tych kamer (mniejszych, mało widocznych) są tysiące.
Natomiast wielu kierowców zapomina, że na niepłacenie mandatów jest jeszcze jeden, stary, sprawdzony, ale niepopularny sposób. Wystarczy tak jeździć, żeby takich zdjęć nie otrzymywać.

zobacz galerię

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA