REKLAMA

Nowoczesność zabija - zdaniem Obrockiego

Po serii niebezpiecznych wypadków Unia Europejska wprowadza obowiązek wyposażania zbyt cichych samochodów elektrycznych w różne piszczałki ostrzegające pieszych. Brak hałasu miał być wielką zaletą. Czasem świetne pomysły są mniej świetne.

Nissan Leaf materiały prasowe
Nissan Leaf

Człowiek to stworzenie bardzo leniwe. By się nie narobić i nie zmęczyć, od wieków wymyśla nowe wynalazki, nowinki, udogodnienia. Gdy samochody elektryczne trafiły do seryjnej produkcji zachwalano ich nie tylko brak spalin, ale też brak hałasu.

Gdy wiele lat temu miałem jako dziennikarz dostęp do jednego z pierwszych aut bateryjnych wielokrotnie przeżywałem chwile grozy. Testując je na spokojnym osiedlu często pod maskę wkraczał mi pieszy, przekonany, że cisza oznacza brak nadjeżdżającego auta. Po większym upowszechnieniu pojazdów elektrycznych zaczęły się nasilać wypadki spowodowane przez takiego cichego zabójcę. Wiele lat trwało zanim producenci przyznali, że bezgłośny samochód elektryczny jest niebezpieczny. Teraz wchodzi dyrektywa nakazująca zbyt cichym samochodom wydawanie sztucznych dźwięków. Problem już dostrzegł światowy potentat w produkcji autobusów elektrycznych polski Solaris i już wyposaża swoje autobusy w sztuczny (!) hałas, bo zwłaszcza osoby głuche i niedosłyszące trzeba jakoś chronić.

Piesi to od zawsze najsłabsza grupa na drodze. Giną pod kołami często. Kiedyś byli to głównie pijani. Dziś głównie ludzie ze słuchawkami w uszach (a muzyka miała dawać radość) i w dużej ilości rowerzyści (a rower też miał cieszyć i dawać zdrowie). W USA opublikowano właśnie sondaże, z których wynika, że entuzjazm w sprawie autonomicznych samochodów bez kierowcy, po różnych nieudanych testach (w tym wypadek śmiertelny) zmalał bardzo wyraźnie.

REKLAMA

Przez sto lat motoryzacji ujednolicone żarówki reflektorów wymieniało się jednym ruchem. I policjant czekał aż to zrobimy. Dziś, żeby ściągnąć z klienta parę groszy, jest do tego potrzebna autoryzowana stacja obsługi. Jak akurat takiej stacji blisko nie ma ludzie jeżdżą bez wymiany żarówki i jeśli jest to światło od strony środka jezdni giną w makabrycznych zderzeniach czołowych. A nowe światła (ksenony, LED-y) miały mieć same zalety.

Już wiele lat temu nawigacje w samochodach miały być nieomylne, ale do dziś sprawy nie opanowano, ciągle zdarza się, że nawigacje kierują w przepaść, więc muszą być wyposażone w poniżające konstruktorów ostrzeżenia, że nie wolno mu ufać.

Zachwalane od lat samochody elektryczne miały poprawić czystość powietrza, ale nie wszędzie, bo ich twórcy nie przewidzieli, że jest w Europie kraj, który nie chce czystego prądu z wiatru i słońca, bo na 200 lat ma złoża brudnego, trującego węgla i z niego robi prąd.

Wokół nas są setki urządzeń i wynalazków, przy których wielki optymizm i samozadowolenie twórców nie pozwalały na rzetelne badania i ocenę produktu, który ma owszem funkcje pożyteczne, ale też wiele bardzo niepożytecznych i trzeba uczciwie te wady i zalety zbilansować. Postęp miał pomagać, ułatwiać i życie umilać zamiast tego zasypuje nas hałdą pseudowynalazków, często marnych, przy których orgazm, zadowolenie i zachwyty trzeba udawać. Wynalazki typu Kevin sam w domu z fanfarami na rynek wchodzą, a potem bez fanfar schodzą. W wielu nowinkach im zadęcie większe, tym przydatność mniejsza. Czasem dobre rozwiązania zbezczeszczone "wynalazkami" obniżają sprzedaż produktu. W samochodach też awangardowa, nowa deska rozdzielcza umajona złą ergonomią zamiast zachwycać po prostu wkurza, ospowata jarmarcznymi dodatkami staje się kwiatkiem przy kożuchu. Elektryczne samochody w kraju, gdzie prąd robi się z węgla są kwintesencją absurdu.

Jeśli jakiś pomysł jest tylko głupi, to trudno. Jeśli jest drogi, brudny ekologicznie czy wręcz niebezpieczny - to gorzej. Człowiek w pętach udziwnionej techniki staje się jej więźniem. Nie jestem ślepym wrogiem nowoczesności. Sam z niej korzystam. Ale umiar jest cnotą. Może czasem warto choć na chwilę zatrzymać ten świat. I w porę wysiąść.

Komentarze

 (2)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA