[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Nowy Dakar, ale emocje jak dawniej: Zdaniem Obrockiego

Przeniesiony z Ameryki Południowej do Arabii Saudyjskiej nowy Rajd Dakar na razie sprawdza się. Pustynia okazuje się ciekawa i różnorodna. A przede wszystkim trudna, więc emocji nie brakuje.

Kuba Przygoński na 5. etapie Rajdu Dakar 2020 Kuba Przygoński na 5. etapie Rajdu Dakar 2020

Po rozwodzie Dakaru z Ameryką Południową i ogłoszeniu, że nowym adresem będzie Arabia Saudyjska zaskoczenie było raczej duże, a zwątpienie w powodzenie tego przedsięwzięcia jeszcze większe. Oznaczało to też śmierć 40-letniej legendy, że Dakar to absolutnie pod względem trasy rajd międzynarodowy, przebiegający zawsze przez wiele, a nawet bardzo wiele krajów. Po różnych przedrozwodowych zgrzytach w Ameryce Płd. ten ostatni warunek umierał sam z siebie. Teraz w Arabii Saudyjskiej rajd miał być w jednym kraju - żadnych granic, wiz i i związanych z tym papierów. Trochę nadrabia to Arabia Saudyjska, bo to kraj mało demokratyczny, a mocno policyjny i wręcz totalitarny. Pojawiły się więc pewne wątpliwości. I całość na jednej pustyni, więc atrakcyjność turystyczno-widokowa pewnie zmaleje.

I własnie ta ostatnia wątpliwość została obalona jako pierwsza. Początkowe etapy rajdu wzdłuż Morza Czerwonego zostały przeprowadzone w tak bajecznych, skalistych krajobrazach, że wielu uczestników uznało, że to jakiś absolutny cud przyrody. Ładniejszy wręcz niż Sahara, Alpy, Himalaje i nasze Góry Stołowe razem wzięte.

Tyle, że w Dakarze te bajeczne wertepy trzeba nie tylko podziwiać, ale przejechać. Na czas. Walcząc o każdy ułamek sekundy. Od startu trapiło wszystkich kluczowe pytanie, jak do tej nowej tajnej trasy adaptują się wielkie gwiazdy i rutyniarze, dobrze znający stare tereny dakarowe.

I od startu zaczął się bój wielki. Zwłaszcza w królewskiej kategorii samochodów, gdzie dwie wielkie armie Toyoty i Mini wystawiły rycerzy najprzedniejszych. Najwięksi - Al Attiyah, Peterhansel, Sainz, de Villiers i nasz Kuba Przygoński (to miłe, że świat wymienia Kubę wśród gwiazd najjaśniejszych) ruszają ostro. Ale straszliwe, skaliste wertepy to dla samochodów egzamin okrutny. Każdy skok auta kończy się lądowaniem, w którym cierpi cały układ zawieszenia i układ napędowy.

I pierwszym nieszczęśnikiem jest nasz Kuba Przygoński. W jego fabrycznym Mini rozpada się skrzynia biegów. To nie jest usterka na oklejenie taśmą i obwiązanie drutem. Części zapasowe są w ciężarówkach, a te startują dużo później i są daleko z tyłu. Kuba z pilotem rozbierają pół auta, wyjmują skrzynię biegów i czekają. Długo. Wreszcie jest pomoc. Ale trzeba wszystko (na piasku!) poskładać do kupy. Razem ponad pięć godzin straty. Takie są surowe, pustynne prawa Dakaru. Kuba nie rezygnuje - to twardy gość i rusza w pościg za rajdem, który dawno odjechał. Wynik tego etapu jest sensacyjny - wielkie gwiazdy są tak zajęte sobą i pilnowaniem siebie nawzajem, że po cichu, boczkiem, etap wygrywa nieznany, młody Litwin Zala w Mini Cooperze.

 

REKLAMA

REKLAMA

Kolejne dni to wspaniałe widowisko w kategorii samochodów. Wielcy mistrzowie nie dopuszczają już młodego Litwina do kluczowych rozstrzygnięć i tylko między sobą decydują o losach etapu. Co ciekawe, odwieczne dakarowe pytanie czy potrzebny jest na piasku napęd na cztery koła, czy lepsze jest auto typu buggy z napędem na dwa wielkie koła z tyłu - na razie pokazuje minimalną przewagę buggy, bo wielki Carlos Sainz (Mini buggy) jest ciągle pierwszy, a wielki Nasser Al Attiyah (Toyota 4x4) nie może za nim nadążyć.

Wielkie wrażenie robi brawurowy pościg za czołówką naszego Kuby Przygońskiego z Orlen Teamu. Oczywiście z taką stratą z pierwszego dnia nie da się już rajdu wygrać, ale dobra jazda daje wiedzę o trasie i dobrze rokuje na przyszły rok. Oczekiwany wielki pojedynek w kategorii quadów dwóch wielkich gwiazd i odwiecznych konkurentów Chilijczyka Casale i naszego, wyleczonego po ciężkiej kontuzji Rafała Sonika na razie nie jest niestety rozstrzygany na korzyść naszego kierowcy. Chilijczyk cały czas jest minimalnie szybszy. W ciężarówkach odwieczny pojedynek Rosja i Białoruś kontra reszta świata też jednoznacznie wskazuje, że świat na razie nie jest w stanie osiągnąć poziomu rosyjsko-białoruskiej techniki.

Bardzo trudna (ale piękna!) nowa, skalisto-piaszczysta trasa codziennie przypomina o swojej sile i potędze. Rajdowy szpital ma co robić i zużywa dużo gipsu. Dotyczy to niestety również bliskich nam załóg. Mieszkający w Polsce i bardzo tu popularny były pilot w Dakarze Krzysztofa Hołowczyca i Adama Małysza, Francuz Xavier Panseri, jadący teraz z emirackim kierowcą Al Qassimim eksfabrycznym Peugeotem przy bardzo dużej szybkości i w kurzu przy raczej zerowej widoczności, trafiają w solidny głaz i wielofikołkowo ciężko dachują. Obaj z pancernej rajdówki uchodzą z życiem, ale ani oni, ani auto nie nadają się do dalszej jazdy.

Podobny wypadek zaczepienia przy znacznej prędkości o kamień spotyka też naszego motocyklistę z Orlen Teamu Adama Tomiczka. Wywrotka jest groźna, do mety etapu jest niezbyt daleko, więc Adam znieczulony potężna dawką adrenaliny jedzie jakoś dalej, osiąga nawet niezły czas, ale na biwaku lekarze wykluczają dalszą jazdę tak potłuczonego kierowcy. Pustynia jest okrutna. Dakar też.

Zobacz także: ciekawostki o Rajdzie Dakar

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij