[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.5

Rajd Dakar - jak było kiedyś

Świat się zmienia w wariackim tempie. Od zmian nie obronił się też ponad 40 letni Rajd Dakar. Zamiast strachu na pustej, groźnej, bezkresnej Saharze bywa jazda w szpalerze gapiów, a za wydmą najczęściej czają się nie skorpiony, ale paparazzi i telewizyjne kamery.

Stary 266 na Rajdzie Dakar Stary 266 na Rajdzie Dakar

Dakar to nie tylko coroczna lista zwycięzców i przegranych. To również fascynujące wielkie zjawisko sportowe, socjologiczne i społeczne. Festiwal nowych technologii i wynalazków. Wielobranżowy poligon doświadczalny. Całą dawną, długą klasyczną afrykańską trasę przejechałem jako zawodnik polskim Starem 266 w 1988 roku. Potem byłem jeszcze na kilkunastu Dakarach - w różnych rolach - dziennikarskich, filmowych, menadżerskich, serwisowych. Widziałem ten rajd z bliska. Bardzo z bliska. Dakar to nie niezmienność reguł tenisa, krykieta czy piłki nożnej. Ten prywatny rajd to ciekawy przykład ogromnej, prawie darwinowskiej historii ewolucji. Dziś wszystko jest inaczej niż 40 lat temu.

Stary 266 na Rajdzie Dakar

Inna idea

Inna niż prawie pół wieku temu jest idea rajdu. Wtedy ludzkość nie używała jeszcze cywilnych GPS-ów czy telefonów satelitarnych. Dla uczestników nie była to wada, ale największa zaleta i atrakcja rajdu. Na bezkresnej Saharze, na wzburzonym oceanie piasku nie było drogowskazów. Samotnej jeździe towarzyszył po prostu strach. I adrenalina. Strach ludzi przed awarią, wypadkiem, zgubieniem się, brakiem wody i jeszcze groźniejszym brakiem paliwa.

Ja jechałem ciężarówką, łatwiejszą do wypatrzenia z samolotu, z zapasami wszystkiego znacznie większymi niż podpowiada zdrowy rozsądek. Dla mnie bohaterami byli samotni motocykliści - ruszali codziennie na pustynię z tym co po kieszeniach. Dziś, po przeprowadzce do cywilizowanej Ameryki Płd., nie ma już takiego dreszczyku emocji. Rajd jedzie przez tereny opanowane przez człowieka, w najtrudniejszych miejscach w szpalerze żądnych sensacji widzów. Za kolejną wydmą nie czają się skorpiony, ale paparazzi i telewizyjne kamery.

W momencie przeprowadzki za Atlantyk znaczna część starych dakarowców zastrajkowała - kochali dziką Afrykę i nie chcieli uczestniczyć w komercyjnym cyrku. (Do dziś na starej saharyjskiej trasie robią sobie swój mniejszy Dakar, ostentacyjnie też w styczniu). W Afryce codziennie rajd stawał na nocny popas pośrodku niczego - bez prysznica, toalet, hoteli. Tylko małe namiociki i litr wody do mycia (tamponem waty jest to możliwe.) Dziś biwaki Dakaru to wesołe miasteczka na obrzeżach dużych miast - przy supermarketach, hotelach, bankomatach. Aktualna moda to setki klimatyzowanych kamperów, które przy dobrej sieci dróg do wieczora zdążają bokiem na nowe miejsce. Wielka przygoda zmieniła się w wielką komercję.

REKLAMA

REKLAMA

Inne pojazdy

Początki Dakaru to nieco zmodyfikowane, ale raczej proste pojazdy przerobione trochę ze sprzętu seryjnego. Nasz Star 266 niewiele różnił się (powzmacniany) od wojskowej wersji stosowanej do ciągnięcia przez bezdrożna kuchni polowej. Dziś dominują pojazdy absolutnie prototypowe. Inna sprawa, że to konieczność - współczesne plastikowe bulwarówki wyglądają na terenówki, ale nie są w stanie przejechać jednego dnia Dakaru. Na szczęście i małe i duże zespoły same budują fantastyczne pojazdy (niekoniecznie z napędem na 4 koła!), bardzo przyczyniając się do rozwoju motoryzacji i nowych materiałów. Inne jest też serwisowanie w Dakarze. Nam, jadąc Starem do Afryki, nawet nie przyszło na myśl branie jakiegokolwiek serwisu. Kto by za to zapłacił?! Części zapasowe na pakę i już. Dzisiaj hordy mechaników zaczęły wzbudzać tak duży niesmak, że lawinowo, i to wśród motocyklistów (!) rozrasta się klasa "bez jakiegokolwiek serwisu". Szacunek wielki. Łzy i samotność przez cały rajd. Podziw przez cały rok.

Stary 266 na Rajdzie Dakar

Inne bezpieczeństwo

Przy braku nowoczesnych technik satelitarnych (w tym ciągłe śledzenie wszystkich pojazdów) bezpieczeństwo dawnego Dakaru było liche. Samotny motocyklista, jeśli wpierw się zgubił (bardzo częste), a potem złamał nogę poza trasą, szanse na błyskawiczną pomoc miał niewielkie. Dziś obładowany techniką alarmową zawodnik jest pod opieką dużo lepszą. Technicznie działa to nieźle. Niestety na końcu jest człowiek. Tak zmarł na pustyni polski motocyklista Michał Hernik - panienka w bazie miała tyle monitorów, że robiąc śniadanie nie zauważyła informacji z satelity.

Wielką zmorą Dakaru były wypadki przy zerowej widoczności w kurzu. Jeśli był to zwykły upadek motocyklisty, to często sam się pozbierał. Jeśli tuż za nim jechała "ślepa jak kret" ciężarówka to bywało groźnie. Dziś elektronika umożliwia w takich miejscach puszczenie motocyklistów pod nadzorem satelity inną trasą, a przede wszystkim pomaga elektroniczny system Sentinel, który "odzywa się w kaskach", jeśli zbyt blisko na kolizyjnym kursie jest inny zawodnik.

REKLAMA

Inne media

Podczas 20 dniowego mojego Dakaru nie miałem żadnego kontaktu z rodziną ani z fabryką w Starachowicach. Bo z Sahary niby jak? Dziś za każdym (no prawie) zawodnikiem ciągną hordy rzeczników, wypisujących co kilka godzin tyleż sążniste co treściowo puste komunikaty. Nieskończony w swej głupocie internet przyjmie każdy nieskończony banał. Ale największą i najważniejszą nowością Dakaru jest dziś telewizja. Faktycznie na zawodników czyhają nie węże, ale równie drapieżne kamery. Chociaż to akurat Dakarowi pomogło - rewelacyjne transmisje obiegają cały świat, co przyciąga widzów i sponsorów.

Brak zmian

Ta wszechobecna telewizja pokazuje jednak, że nie wszystko na Dakarze się zmieniło. Wśród zawodników brak rozumu, brawura i lekceważenie praw fizyki (te prawa nie podlegają dobrej zmianie) wciąż są na rajdzie obecne, zapewniając widzom widowisko wielkie i zabawę przednią. Mądrość ludowa mówi, że głupota jest wieczna i nieśmiertelna. To wskazuje, że atrakcyjność Dakaru nie jest zagrożona i to wielkie, chociaż coraz bardziej jarmarczne widowisko przetrwa. Chociaż problem zgrzytów z krajami-gospodarzami Dakaru w Ameryce Południowej jest nabrzmiały, a rozwiązania nie widać. Mówi się nawet o tajnych emisariuszach jeżdżących po Afryce i sondujących czy tam można się jednak dogadać. Może Dakar wróci do Dakaru? 

zobacz galerię

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij