[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.3

Samochody autonomiczne śmiertelną pułapką - zdaniem Obrockiego

Mija dokładnie rok, gdy w USA świetny, rewelacyjny, mądry, dopuszczony do ruchu samochód autonomiczny bez kierowcy na prostej drodze "zagapił się" i zabił pieszego. Po roku problem jest nie tylko nierozwiązany, ale wygląda coraz gorzej. Bo w sprawie pojawili się hakerzy.

Autonomiczny Hyundai Nexo Autonomiczny Hyundai Nexo

Samochody autonomiczne bez kierowcy to najbardziej wyraziste, spektakularne, szpanerskie, frapujące wyzwanie obecnych czasów. Całej ludzkości. Bardziej ekscytujące niż onegdaj pierwszy lot w kosmos Łajki, potem Gagarina, wreszcie lot na Księżyc, bo tamto było dalekie, abstrakcyjne, kosmiczne. Kowalskiemu nieprzydatne. A samochód, który można wysłać po dziecko do szkoły czy bez wstawania od telewizora po piwo, a po imprezie porozwozi towarzystwo po domach to wynalazek epokowy i dzieło wielkie. I wielce na wyobraźnię działające.

Od dawna trwa więc światowy wyścig inżynierów próbujących takie auto zbudować. Początkowe wyniki były zachęcające - szybko zbudowano pierwsze auta całkiem sprawnie wywijające różne slalomy między słupkami na pustym placu i lepiej od człowieka parkujące tyłem. Komplet zadań na prawo jazdy zdawały na placu lepiej od wielu blondynek. Ale nie chodzi o samochody "placowe", tylko w pełni drogowe. Od kilku lat są one już na tyle niezłe, że odważni Amerykanie zaczęli dopuszczać je do ruchu. Na razie jak nastolatków "w obecności dorosłego opiekuna". Wyniki były coraz lepsze. Samochody autonomiczne nie piją wódki, nie lekceważą znaków drogowych, nie jeżdżą po liniach ciągłych, ani nie przeskakują na czerwonym świetle. Entuzjaści widzieli same zalety. Autonomiczna ciężarówka bez zmęczenia może jeździć całą dobę.

Jednak rok temu w marcu 2018 w USA autonomiczny samochód jakoś głupio "zagapił się" i bez wytłumaczalnego powodu przejechał pieszego. Co prawda kobieta przechodziła nie po pasach, ale w miejscu niedozwolonym, w dodatku prowadziła rower z torbami, ale mądry komputer wcześniej wiedział, co w takiej sytuacji robić - umie omijać, umie hamować. Pogoda była dobra, ruch nieduży, widoczność przyzwoita, szybkość dozwolona. Opiekun w samochodzie, zachwycony świetną, mądrą i bezpieczną jazdą tego auta też gapił się gdzie indziej i nie zareagował. Konstruktorów i ekspertów najbardziej zdziwił fakt, że pomimo wystarczająco dużej przestrzeni do ominięcia i wystarczającej odległości na hamowanie (samochody autonomiczne dostrzegają przeszkody zdecydowanie wcześniej niż człowiek) auto nie zrobiło nic i po prostu wjechało w człowieka.

REKLAMA

REKLAMA

Od kilku dni świat dyskutuje nad tragicznymi wypadkami lotniczymi - dwa nowe, też bardzo nowoczesne i bardzo autonomiczne, świetnie radzące sobie bez pilota samoloty Boeing 737 Max spadły na ziemię w dziwnych okolicznościach. Od kilku godzin świat zamarł z przerażenia po ataku terrorystycznym w Nowej Zelandii. Pozornie między tymi trzema zdarzeniami (wypadek samochodu, samolotu i atak terrorysty) nie ma najmniejszego związku. Ale można na te zdarzenia spojrzeć zupełnie inaczej.

Samochód autonomiczny nie potrzebuje kierowcy. Ale nie jest ani trochę samodzielny. Jest opleciony nowoczesnymi technologiami odbierającymi miliony sygnałów z własnych kamer, radarów, GPS-ów, GSM-ów, laserów. Gazylion informacji.

Każda z nich (o tym co jest na drodze, o znakach drogowych, o innych pojazdach, o ich ruchu) może być decydująca dla naszego bezpieczeństwa. A każdą informację cyfrową można przejąć, "podsłuchać", zmodyfikować. Po prostu zhakować. Dziś konstruktorzy aut autonomicznych zrozumieli, że nie sztuka nauczyć sztuczną inteligencję w takim aucie, by jeździło płynnie, miękko, szlachetniej niż z nerwowym żywym kierowcą. Ten etap właściwie zakończył się sukcesem. Połowa ludzi faktycznie nie zawsze potrafi się skupić i dobrze by było, gdyby nigdy nie siadała za kierownicą. A tym bardziej za sterami samolotu. Więc patrząc filozoficznie samochody autonomiczne mają sens. A jeśli będą coraz mądrzejsze i ostrożniejsze to jest szansa, na poprawę bezpieczeństwa i mniej wypadków. Ale...

No właśnie jest poważne ale. Nie udało się utrzymać w tajemnicy, że hakerzy z całego świata bardzo czekają na upowszechnienie samochodów bez kierowców. Cała sieć komputerowa w takim aucie jest mocno chroniona przed cyberatakami hakerów. Ale co to znaczy mocno chroniona? Dotychczas żaden (!) producent komputerów nie stworzył zabezpieczeń idealnych. Każde można złamać. Ależ to jest wyzwanie!

Miliony ludzi i tysiące banków przekonują się o tym bardzo często i bardzo boleśnie. Najbardziej wyrafinowane w dziejach ludzkości kody zabezpieczające zastosowane przez Niemców w Enigmie zostały złamane przez Polaków. Po atakach na World Trade Center w USA, a dziś po strzelaninie w Nowej Zelandii ciągle mamy wyobrażenie, że najgroźniejszy terrorysta to ktoś w kominiarce, obwieszony bombami, granatami i karabinami. Mogący zabić nawet setkę osób. Ale to obraz coraz mniej aktualny. Zamiast ciężkich i nieporęcznych karabinów wystarczy laptop, który bez mało estetycznej strzelaniny każe wszystkim autonomicznym samochodom w okolicy w jednej sekundzie skręcić w przepaść. Albo przyspieszyć na widok czerwonego światła. I może to zrobić z jakichś dziwnych wysp na środku Pacyfiku, gdzie nie sięga ani europejski, ani amerykański prokurator.

Wnioski dla nas są na razie takie, że nie ma co spieszyć się z pomysłami zakupu samochodu autonomicznego, chociaż oznacza to odłożenie marzeń o autach wysyłanych po piwo. A drugi wniosek to więcej szacunku dla samochodów absolutnie odpornych na cyberataki hakerów. Nie jest ich wiele, ale są do zdobycia - Syrena, Trabant, Matiz, Lanos, mały Fiat, Polonez. Samochód musi być maksymalnie bezpieczny.

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij