[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

W Dakarze pierwsza połówka za nami: Zdaniem Obrockiego

Nowy Rajd Dakar dojechał do półmetka. To odwieczna tradycja, że w tym najtrudniejszym rajdzie świata organizatorzy uczestnikom łaskawie ofiarowują jeden dzień wolnego. Ta nagroda nie jest jednakowa dla wszystkich - bogaci dostają więcej, biedni mniej.

Kuba Przygoński na 2. etapie Rajdu Dakar 2020 Kuba Przygoński na 2. etapie Rajdu Dakar 2020

Dakar to nie tylko największy rajd, ale też największe szaleństwo współczesnego świata. Przez dwa tygodnie około tysiąca uczestników przez 10, 15, a często 24 i 28 godzin dziennie próbuje przedzierać się małymi jak robaczki różnymi pojazdami przez ocean piasku. W tym roku po raz pierwszy w Arabii Saudyjskiej. Najkrócej, 9-10 godzin dziennie, jadą najlepsi - fabryczni zawodowcy, którzy mają najlepszy, najdroższy, najszybszy sprzęt i największe umiejętności. I z zasady dobrze sobie radzą z pułapkami pustyni i raczej zdążają na kolację. A po kolacji czeka na nich własny masażysta i do spania osobny wygodny kamper, bo pod namiocikiem wyspać się nie można, a rajdowy hałas nawet gwarantuje, że zasnąć się nie uda. Gdy gwiazdy śpią, potężna armia mechaników musi do rana reanimować ich poobijany i ledwo żywy sprzęt. Dla nich dzień wolnego w rajdzie to głównie lansowanie się przed kamerami i w mediach społecznościowych.

Na drugim końcu skali są najbiedniejsi. Codziennie jadą 15 czy 20 godzin. Jak coś nie idzie, to dłużej. Docierają do obozu nad ranem. Kolacji już nie dostaną, chociaż niedługo będzie śniadanie. Z jednym mechanikiem coś podłubią przy sprzęcie, zresztą i tak brakuje im części zamiennych. Organizator zawsze przestrzega starego dobrego zwyczaju, że ostatni dzień przed przerwą jest skrajnie trudny i bardzo długi. Najsłabsi dojadą więc na pewno nie na kolację, ale na śniadanie. Więc coś tam odeśpią, a urlop będą mieli na pewno dużo krótszy. Taki jest Dakar. Druga część tego starego obyczaju to skrajnie trudny i ciężki etap bezpośrednio "po urlopie". Przecież wszyscy są wypoczęci, sprzęt jak nowy. Jedno i drugie dla najbiedniejszych nie jest prawdą, więc znowu zdążą ledwo na kolację. Ale to historie, kłopoty i przygody tych najsłabszych zawodników są godne zapamiętania i to oni są wielkimi bohaterami tego widowiska.

Wielkie gwiazdy Dakaru wykorzystują dzień urlopu na opowiadanie każdemu napotkanemu dziennikarzowi o swoich dramatycznych, no może czasem troszeczkę podkolorowanych przygodach. A jak to w każdym Dakarze, i tak rzeczywiście działo się dużo.

Nowa nieznana trasa, wytyczana przez Francuzów, a więc raczej utrzymana w tajemnicy przed miejscowymi arabskimi kierowcami, okazała się bardziej wymagająca niż wszyscy podejrzewali. W królewskiej kategorii samochodów po pierwszej połówce rajdu na jednodniową przerwę pierwszy przyjechał jednak Carlos Sainz w tylnonapędowym Mini buggy. Jednak, bo wydawało się, że na swoim terenie geniusz jazdy po wydmach, miejscowy, arabski kierowca i zeszłoroczny zwycięzca Naser Al Attiyah Toyotą 4x4 powinien być nie do pokonania. Obaj jadą genialnie, widowisko całemu światu fundując bajeczne. Ale jednak cały czas, regularnie, sekunda po sekundzie, Sainz jest minimalnie szybszy. Co oczywiście już skończyło się awanturą o regulaminy techniczne, bo Dakar to taka dziwaczna impreza, w której auta obu tych liderów są budowane według mocno innych (!) regulaminów. W dodatku, co roku "trochę modyfikowanych", co zawsze kogoś faworyzuje, a kogoś dołuje.

REKLAMA

REKLAMA

Nasz polski wielki faworyt Kuba Przygoński z Orlen Teamu, po wielkiej awarii skrzyni biegów i równie wielkiej stracie (wielogodzinny postój na pustyni) teraz przez tydzień wspaniale goni czołówkę. Ale w rajdzie, w którym w tej czołówce liczą się sekundy, tak wielka strata jest nie do odrobienia. W quadach, gdzie już nie Polska, ale świat czekał na wielki pojedynek naszego wydobrzałego po ciężkiej kontuzji Rafała Sonika z Chilijczykiem Ignacio Casale, na przerwę pierwszy wjechał jednak Ignacio. I cały czas jest minimalnie szybszy. Medal Rafała jest realny, ale czy złoty? Dobrze w quadach jedzie Kamil Wiśniewski - jest na półmetku szósty. Dobrze, choć z kłopotami technicznymi jedzie małym samochodzikiem UTV Aron Domżała. W motocyklach Maciek Giemza jest siedemnasty, a Krzysztof Jarmuż siódmy w Oryginal by Motul, klasie bez serwisu. W ciężarówkach Robert Szustkowski jest dziewiętnasty.

Do mety rajdu Dakar jeszcze tydzień jazdy. Pierwsza połówka za nami. I nie chodzi o monopolowe skojarzenia.

Zobacz także: reflektory z przyszłości

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij