[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA

W Monte Carlo sezon ruszył. Ledwo ruszył. Zdaniem Obrockiego

Po kiepskim poprzednim rajdowym sezonie 2019, w Monte Carlo rozpoczął się nowy - 2020. Nic nie wskazuje, że będzie lepiej. Przygotowno trzy medale. Wystartowały trzy fabryki. Smutne.

Pisałem parę tygodni temu o nieciekawej sytuacji w światowych rajdach samochodowych. Mistrzostwa świata 2019 wyglądały groteskowo - na początku roku do rywalizacji przystąpiły cztery fabryki: Toyota, Hyundai, Ford i Citroen. Do końca sezonu dotrwały trzy, bo Citroen nie wytrzymał i z dnia na dzień wypisał się z tej zabawy zostawiając swoje gwiazdy na lodzie. Wielokrotny mistrz świata Ogier znalazł robotę w też rozdygotanej Toyocie, a jego partner Lappi po długich poszukiwaniach w Fordzie. W pozostałych zespołach też doszło do kadrowych rewolucji. Świeżo upieczony mistrz świata Tanak sensacyjnie przechodzi z Toyoty do Hyundaia, Latvala w ogóle wypada z podstawowego składu Toyoty, Evans odchodzi z Forda. Na sezon 2020 podstawowy skład Toyoty to Ogier i Evans oraz młodziutki praktykant do przyuczenia Rovanpera (jr.). Nowy skład Hyundaia to świeżo upieczony mistrz świata Tanak i Neuville i na pół etetu emerytowany Loeb. W Fordzie Suninen i Lappi.

Żeby nie było wstydu, że w mistrzostwach świata WRC jeździ tylko sześć aut, federacja FIA namawia fabryki do wystawiania dodatkowych, półetatowych kierowców. W Hyundaiu będzie to np. Loeb. Pomysł niegłupi, tylko ktoś musi za to zapłacić. Nowe kolejne fabryki nie chcą jeździć w rajdach WRC, a od samego mieszania atmosfera nie będzie słodsza. Sport popularniejszy od piłki nożnej, który w Finlandii potrafił kiedyś gromadzić wzdłuż trasy kilkaset tysięcy widzów, a na świecie pół miliarda przed telewizorami, teraz bez pomysłów buksuje w miejscu.

REKLAMA

Nowy sezon, robiąc dobrą minę do złej gry, wypada zacząć w terminie. Tradycyjnie, legendarnym Rajdem Monte Carlo. A raczej jego ogryzkiem, bo słabej frekwencji nie da się niczym zatuszować. A ocieplenie klimatu zabija największy magnes tego rajdu - słynną, alpejską, śnieżną zimę. Rajd się odbył, co szybko zaliczono jako sukces. Frekwencyjna bieda kiepsko komponuje się z przepychem Monte Carlo. Na szczęście czołówka - Tanak, Ogier i Neuville - traktuje rajdy poważnie i nie zamierza odpuszczać. Zwłaszcza Tanak, który przechodząc do Hyundaia z tytułem mistrza świata chce potwierdzic swoją klasę. Nawet chce za bardzo, bo od startu jedzie bardzo ostro, a właśnie Neuville i Ogier go wyprzedzili, więc jeszcze przyspiesza i na wąskiej, wyboistej górskiej drodze przy ogromnej szybkości (prawie 200 km/h!) na koślawym asfalcie (nie zapisał sobie tego przy zapoznaniu z trasą), jak z procy wylatuje w przepaść. Dewastując las i skały, po długim koziołkowaniu ląduje na drodze, ale parę pięter niżej. W zasadzie i kierowca, i pilot wychodzą z tego bez żadnych obrażeń (fakt, że nie było to zderzenie czołowe, lecz tracili energię na raty), co bardzo dobrze świadczy o pancernej klatce bezpieczeństwa, całej konstrukcji i wszelkich systemach bezpieczeństwa, które zadziałały dobrze. Według wszelkich obliczeń, filmów i czarnych skrzynek auto koziołkowało prawie 15 sekund!

Ubywa jeden z faworytów, a wyniki rajdu są mocno sensacyjne, bo liderem zostaje awansowany z Forda do Toyoty Evans. To dobrze, bo takie zaskakujące wyniki ożywiają trochę to niestety przewidywalne widowisko. Oczywiście to policzek dla kupionego też do Toyoty Ogiera, który ma ambicje bycia liderem tego zespołu. Faktycznie przyspiesza i wyprzedza kolegę. W połowie rajdu na czele dwie Toyoty z dwoma starymi debiutantami za kierownicą.

Następny dzień to bratobójczy atak Evansa (na ogół takie "prywatne" wyścigi źle się kończą). Dogania Ogiera i długo jadą z kilkusekundową różnicą. Tylko sekundę za nimi Neuville z Hyundaia. Coraz lepiej jedzie półetatowy emerytowany Loeb oraz junior Rovanpera. W końcówce rajdu fenomenalnie przyspiesza aktualny wicemistrz świata Neuville. Wygrywa odcinek za odcinkiem i brawurowo wyprzedza obie Toyoty.

Ostatecznie, po świetnym finiszu na słynnej przełęczy Col de Turini, Neuville wygrywa tegoroczne Monte Carlo. Przekonująco, bo wygrywa 9 z 16 odcinków specjalnych. I sensacyjnie, bo ostatni raz Belg wygrał Monte Carlo... 97 lat temu. (Przez ostatnie 20 lat zwyciężali tylko Francuzi lub Finowie.) Za Neuville'm obie Toyoty w kolejności "prawidlowej", czyli Ogier i Evans. Potem Lappi i młodziutki Rovanpera przed arcymistrzem Loebem. Czołówka pokazala całkiem dynamiczne widowisko. Może rajdy przeżyją.  

Zobacz także: porównanie mocy - od roweru do rakiety

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA