REKLAMA

Wyłudzanie odszkodowań - dobry zarobek. Zdaniem Obrockiego

Pierwszy kwartał każdego roku to okres różnych biznesowych podsumowań za rok poprzedni. W ubezpieczeniach też. A tam widać, jak bardzo Polacy wyłudzają odszkodowania. Głównie samochodowe.

Wypadek
Wypadek

Gdy tylko ludzkość wymyśliła różne ubezpieczenia i asekuracje pojawiła się na świecie nowa profesja - wyłudzacz odszkodowań. Kiedyś, gdy nie było motoryzacji, najczęstszą formą wyłudzeń było, tak pięknie opisane w "Ziemi Obiecanej", podpalanie wysoko ubezpieczonych własnych fabryk. Zwłaszcza w czasie kryzysów gospodarczych, braku zamówień i zagrożenia upadłością. Zarobek bywał wielomilionowy - po stronie kosztów pudełko zapałek, więc przebitka znakomita. Dyskretnie przed pożarem wynoszono kosztowności, sprzedawane potem za granicą, co jeszcze multiplikowało zyski.

Potem pojawiła się era motoryzacji. Liczba samochodów szybko przekroczyła liczbę fabryk, więc pokusa podpalenia, czy raczej rozbicia dla zysku uszkodzonego auta, była kusząca. A jak jest pokusa, słabe zabezpieczenia i perspektywa dobrego zarobku to rozkwit tego biznesu jest gwarantowany.

Początki były banalne, wzorem budynków najczęstsze były pożary aut prawdziwych lub podstawionych. Jednak wtedy traci się samochód przydatny i niezbędny przecież do następnych przekrętów, więc technologię zmodernizowano wymyślając różne rodzaje stłuczek precyzyjnie uszkadzających świadomie wybrany fragment samochodu. Przez lata proceder rozrósł się do prawdziwej gałęzi przemysłu. Oczywiście nie wszędzie, bo w wysoko cywilizowanych, wysoko skomputeryzowanych i mało zdemoralizowanych krajach występuje rzadko.

Ale w krajach trzeciego świata, a w Europie w tych mniej rozwiniętych (dawne kraje socjalistyczne, w tym Polska) ma się świetnie. Sposoby realizacji są różne. Często dotyczy to zwykłych ludzi, którzy nie mając wykupionego auto casco uszkadzają gdzieś auto i nie chcąc płacić za drogą naprawę przynoszą "oświadczenie sprawcy" od znajomego czy szwagra i naprawa jest pokrywana z jego OC. Precyzyjnie mówiąc nie z jego OC, a ze składek wszystkich ubezpieczonych, bo po takich przypadkach, a są ich tysiące, składki trzeba podnieść wszystkim i ubezpieczenia drożeją.

Nie mając szwagra, starym, skorodowanym czy poobijanym autem można świadomie jeździć po mieście, najlepiej po źle zaprojektowanych skrzyżowaniach (a jest ich mnóstwo i ciągle przybywa) i świadomie doprowadzić do "kolizji z czyjejś winy". Wtedy też za remont zapłaci ktoś inny, a w efekcie wszyscy ubezpieczeni. W Polsce takich przypadków (wykrytych!) są tysiące. "Udanych", a więc skutecznych, niewykrytych - też tysiące. Dokładnie ile nikt nie wie. Średnio wyłudza się kwoty wystarczające na remont podgniłego samochodu. Według ubezpieczycieli jest to po około 20 tys złotych.

REKLAMA

REKLAMA

Dobrze prosperują też "wypożyczalnie" udostępniające potrzebującym porozbijane elementy (najczęściej lampy, zderzaki, maski, felgi, opony, czasem całe drzwi) do pokazania i sfotografowania przez ubezpieczalnię. Tu jednak seryjni kombinatorzy zaliczają najwięcej wpadek - do rzadkich marek wszyscy pożyczają ten sam zderzak i te same drzwi, aż wreszcie ktoś to wyłapie. Stąd nietypowa marka i nietypowy kolor to większa trudność w zrobieniu dużej lewizny.

Są też profesjonaliści spacjalizujący się w autentycznych stłuczkach realizowanych na zamówienie starym traktorem czy jakąś twardą ciężarowką. System jest sprawny, a kolejki do takich specjalistów są krótsze niż do lekarzy. Najczęściej zaledwie kilkudniowe. W tej profesji jest ostatnio trochę stagnacji, bo coraz sprytniejsze komputry potrafą już wyłapać, że jeden dobrze ubezpieczony traktor ma niechcący wiele stłuczek w jednym miesiącu.

Jak masz zgniłe auto i zależy Ci na darmowym remoncie to należy się pospieszyć. Stłuczkomistrz to zawód powoli ginący. Trochę lepiej jest w profesjach pokrewnych (choć ich obroty są grubo mniejsze, niż wyłudzenia motoryzacyjne), a więc pozorowane okradanie własnych mieszkań, a także przetrzymywanie po domach zwłok zmarłych członków rodziny i szybkie odświeżanie w tym czasie polisy na życie w internecie. Tysiące innych sztuczek ubezpieczeniowych wymaga więcej finezji i fantazji. Ci, którzy żyją z takich numerów twierdzą, że rynek jest chłonny i da się na tym "godziwie" (!) zarobić. Jedyny kłopot, że taki oszust wyłudza te pieniądze nie od jakiegoś bezimiennego skarbu państwa, ale od składkujących obywateli. Od Pani, Pana też.

fot. shutterstock.com

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA