[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.2

Zabójcy są wśród nas - okiem Obrockiego

W Berlinie chłopaki ścigający się wieczorami samochodami po ulicach zabili człowieka. Sąd spojrzał na to wydarzenie z zaskakującej strony. Oni wiedzieli co robili, więc nie jest to nieszczęśliwy przypadek. Ale zabójstwo! Więc dożywocie!!

Rage Race 2008 Rage Race 2008

W wielu krajach (raczej mniej cywilizowanych) i w wielu miastach u nas, takie samochodowe wygłupy to nic wyjątkowego. Wręcz codzienność. Wieczorem w konkretnym miejscu spotykają się chłopaki w mocnych tuningowanych samochodach i całkiem serio się ścigają. Bez publiki nie ma fanu i zabawy, więc nie jest tajemnicą dokładnie gdzie i kiedy. U nas bardzo dokładnie też wiadomo.

Nie wie tylko policja. Zawody odbywają się regularnie, cyklicznie, więc złapanie sprawców jest dziecinnie proste. Transmisje w internecie też są realizowane punktualnie. Czasem, jak ktoś nie lubi tłumu i gawiedzi wybiera bardziej finezyjną jazdę indywidualną. Pokazywana wtedy bardzo szczegółowo w internecie. Tak postępował słynny "Frog" znany milionom internautów i bardzo kłopotliwy dla policji, która przez wiele miesięcy wymyślała kuriozalne wymówki, że cały czas analizuje jego wybryki i starannie dobiera paragrafy, które by najbardziej do tego pasowały.

Są miejsca w Polsce, gdzie policja delikatnie (żeby nie urazić) dawała do zrozumienia (a nie mandaty), że wyścigi w otwartym ruchu w mieście to pomysł z ograniczoną akceptacją tych służb, co jednak paru takich szaleńców uraziło i przenieśli się do Czech. Jak wiemy też zabijając tam człowieka. Czeska policja wykazała się zupełnym brakiem poczucia humoru, co skończyło się wsadzeniem polskiego zabójcy do pierdla.

Teraz w Berlinie prywatny wyścig na ulicach też skończył się zabiciem niewinnego człowieka. Tamtejszy niemiecki sąd uwinął się ze sprawą żwawo i ogłosił dla obu uczestników wyrok, który zaskoczył pół Europy i tysiące takich ścigantów bardzo. Otóż po starannym przeanalizowaniu istniejącego (!) kodeksu karnego skazał obu nie na rok czy dwa lub coś w zawieszeniu za "nieszczęśliwy wypadek nieumyślny", ale na dożywocie za... zabójstwo! Sąd uznał, że wygłupy z szybkościami rzędu 200 km/h (po mieście!) to nie jest działanie nieumyślne, ale świadome zagrożenie dla osób trzecich. I wiedząc co robią, musieli liczyć się ze skutkami.

REKLAMA

REKLAMA

Moim zdaniem to bardzo ciekawy, przełomowy i precedensowy wyrok. Myślę, że można go odnieść do innych dziedzin życia i innych śmiertelnych wypadków. Pomyślmy, czy powinien podobnie odpowiadać za doprowadzenie do katastrofy wiozący dzieci na wakacje autobusem kierowca, wiedząc, że ma niesprawne hamulce. A kierownik budowy, który zmusił do pracy operatora dźwigu, wiedząc, że jest wiatr za silny i dźwig może się przewrócić. Pomyślmy o nauczycielu, który na szkolnej wycieczce poszedł z uczniami w wysokie góry wiedząc, że przy tej pogodzie to szaleństwo i głupota. A pilot samolotu, który lekceważąc przepisy i procedury próbuje lądować wiedząc, że jest mgła i czym to grozi. A kapitan wielkiego statku pasażerskiego, który popisując się dla kilku panienek próbuje przepłynąć między skałami, wiedząc, że tak nie można. Wilhelm Tell strzelając do jabłka na czyjejś głowie też musiał wiedzieć, że stwarza poważne zagrożenie. Tak jak szaleniec wpadający do szkoły z kałachem i strzelający do uczniów, nawet, jeśli mu się ręce trzęsły i nikogo nie trafił. Czy jak kierowca, który setki razy przejeżdża przez skrzyżowania na czerwonym świetle, ze słowami "jakoś na razie nikogo nie zabiłem".

REKLAMA

Sąd w Niemczech nie owijał w bawełnę i nie szukał bardzo modnych "okoliczności łagodzących i humanitarnych". Szaleńców narażających życie innych nie nazwał nieumyślnymi sprawcami, ale zabójcami. Uznał, że jeśli ludzie wiedząc o zagrożeniach podjęli działanie narażające kogoś na kalectwo czy śmierć, powinni przewidywać skutki.

Ważny to wyrok, bo dotychczas, zwłaszcza u nas, (w innych krajach znacznie mniej) listę ofiar powiększa się o sprawcę, bo to jego raczej pierwszy taki śmiertelny wypadek, czyli pierwsze zabójstwo, na pewno tego nie chciał, znajomi mówią, że to fajny facet (dowcipny!), kiedyś był wolontariuszem, a może nawet ministrantem albo z dobrego serca wniósł sąsiadce zakupy na piętro. Że na pewno teraz cierpi, a w więzieniu przecież się zmarnuje. Sąd w Berlinie nie wziął takich opowieści pod uwagę, a szaleńczą jazdę po mieście uznał za działanie w pełni świadome.

Wyrok odbił się szerokim echem nie tylko w Niemczech. Okazało się, że nawet w świetle już istniejącego prawa formułując odpowiednio kwalifikację prawną można wydać nieszablonowy wyrok. Jak w Stanach Zjednoczonych (chociaż tam prawo jest skonstruowane inaczej), gdzie surowość wyroków i sposób argumentacji sądu są dla Europejczyków zdumiewające.

REKLAMA

REKLAMA

Może nadejdą czasy, że nie tylko w Berlinie, ale po drugiej stronie Odry też sądy odważą się na skuteczniejsze działanie. Może nadejdą czasy, gdy ktoś spyta (w sądzie!) burmistrza/wójta czy wiedząc o szkodliwości autobusów spalinowych i nadal uparcie kupując autobusy smrodzące, a nie elektryczne, wie, że naraża ludzi na utratę zdrowia i życia. Może doczekamy czasów, że wygłupów na drodze nie będzie obejmował immunitet poselski, a pamiętamy, że pewien polski europoseł (były) korzystał z takiej ochrony wielokrotnie. Sąd w Berlinie uznał bardzo precyzyjnie, że w tym zdarzeniu nie było żadnego nieszczęśliwego przypadku, działanie sprawców było świadome i że należy ich nazwać zabójcami. Bardzo pouczający wyrok. Również dla polskich prawników i polskich ofiar, które tysiącami tułają się po sądach bez nadziei na zdecydowane działania wymiaru sprawiedliwości.

Komentarze

 (2)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij