REKLAMA

Zaniżanie odszkodowań - dobry zarobek dla ubezpieczycieli. Zdaniem Obrockiego

W poprzednim odcinku napisałem o wyłudzaniu przez kierowców niesłusznych i zawyżonych odszkodowań powypadkowych od firm ubezpieczeniowych. Nie minęła godzina, a zadzwoniło aż kilku znajomych, że oni nie oszukiwali, ale oszukiwał i to grubo ubezpieczyciel. No to popatrzmy na sprawę z drugiej strony.

Wypadek Audi RS6 w Poznaniu

Jeśli mamy jakiś wartościowy element majątku, np. mieszkanie, dom czy samochód i mamy ten przedmiot ubezpieczony, a zdarzy się jakieś nieszczęście (wypadek, pożar, powódź, kradzież itp. itd.) to ubezpieczyciel powinien pokryć nam naszą stratę, bo płaciliśmy, najczęściej od lat, całkiem niemałą składkę. Sprawa wydaje się banalnie prosta i oczywista.

A nie jest. Sprawa komplikuje się, i to bardzo, w przypadku szkód samochodowych. Ubezpieczyciel nie neguje, że był wypadek i auto trzeba naprawić. Czyli w języku urzędowym przywrócić pojazd do stanu sprzed szkody. Najprościej byłoby, gdyby właściciel zawiózł auto do autoryzowanego warsztatu i tam po naprawie je odebrał w ogóle nie pytając ile to kosztowało, bo to jest sprawa między warsztatem i firmą ubezpieczeniową. Część ludzi tak robi, bo przy minimum nerwów chcą mieć sprawę z głowy. Ale przepisy dają właścicielowi wybór - nie musi zawozić auta do warsztatu, tylko dostaje pieniądze do ręki i sam naprawia, gdzie chce i jak chce. To atrakcyjna dla kierowców metoda, bo naprawiając pod domem ze szwagrem (bez bardzo drogiej urzędowej robocizny) i z wykorzystaniem używanych części wszystko wychodzi taniej i trochę kasy zostaje w kieszeni. Proste. Ale żeby dać kasę do ręki ubezpieczyciel musi zrobić ekspertyzę i obliczyć realną wartość szkody.

REKLAMA

I tu jest pole konfliktu. Często poważnego, z finałem w sądzie. Otóż w uproszczeniu ubezpieczyciel uważa, że do starego podgniłego auta nie trzeba kupować oryginalnego błotnika firmowego, ale świetnie robione, głównie w Hiszpanii i w Chinach zamienniki, nie do odróżnienia, są dużo lepsze od tego starego błotnika, który pogniótł się w wypadku, a przy tym dużo tańsze. Wszelkie mniejsze rysy obficie występujące przy każdym wypadku, według tej metody można wyklepać, a nie kupować od razu nowych drzwi. Roboczogodzina kosztująca w renomowanych serwisach powszechnie 100 złotych, w metodzie wyceny kosztorysowej (tylko na papierze) wychodzi po 50 zł, bo tak jest w mniejszych warsztatach. W sumie powszechnie (!) za typową szkodę wartą urzędowo i z autoryzacją 20 tys złotych ubezpieczyciel daje 10 tys zł. A nawet jak dobrze "pokombinuje" 3-4 tys zł. I już.

Niektórzy biorą kasę, trochę za darmo auto podklepią i jeżdżą poobijanym, ciesząc się z niespodziewanego zarobku. (Co jest nieprawdą, bo auto w takim stanie ma znacząco mniejszą wartość i nic nie "zarobili".) Inni wpadają w furię, robią drugą ekspertyzę i idą do sądu. Wyniki w sądach są niesamowite. Aż 97-98% takich spraw spornych kończy się przyznaniem racji właścicielowi auta i sąd przyznaje wyższe odszkodowanie, czyli potwierdza oszustwa ubezpieczycieli.

Temat nie jest prosty. W poprzednim tekście pokazałem, jak ludzie oszukują ubezpieczycieli. I jest tych oszustw dużo. Całkiem dużo, a nawet bardzo dużo jest przypadków, gdy ubezpieczyciel próbuje wykiwać właściciela auta. W ubezpieczeniach taki mamy klimat. Jeśli masz pecha i wpakowałeś się w taką kabałę sprawdzaj kosztorysy dokładnie. Poszukaj w internecie różnych organizacji (ja nie będę podawał ich nazw), które pomagają walczyć z pazernym ubezpieczycielem. Pomyśl, że naprawy pod blokiem, z użyciem niepewnych starych części często prowadzą do wypadków i na cmentarz. Jest jeszcze jedna świetna metoda. Łatwa, bezproblemowa i bezgotówkowa. Wystarczy jeździć bezpiecznie i nie uczestniczyć w wypadkach. Proste.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA