Zasięg aut elektrycznych przestaje być problemem. Ale jest inny.

W Wielkiej Brytanii już jeden na pięć nowych samochodów ma napęd elektryczny. Szybki wzrost sprzedaży wiąże się jednak z kolejnym problemem, jakim jest dostęp do punktów ładowania.

Ładowanie samochodu elektrycznego fot. Michał Szymaczek
Ładowanie samochodu elektrycznego

Brytyjski magazyn Autocar pisze, powołując się na dane tamtejszego związku producentów i dealerów SMMT (Society of Motor Manufacturers and Traders), że już co piąty nowy samochód rejestrowany na Wyspach ma napęd elektryczny. Szybki wzrost wiąże się z dużą różnorodnością oferty producentów, która na przestrzeni ostatnich 11 lat wzrosła aż 15-krotnie. Jak podaje SMMT, obecnie w Zjednoczonym Królestwie dostępnych jest około 140 różnych elektrycznych modeli, a do końca roku wprowadzonych ma zostać kolejnych 50. W porównaniu do wspomnianego roku 2011 to ogromna zmiana, bo przed 11 laty tych elektrycznych aut było w Wielkiej Brytanii zaledwie 9.

Zapotrzebowanie ze strony klientów na zeroemisyjne samochody rośnie w szybkim tempie, wspierane dodatkowymi zachętami i szybkim rozwojem nowoczesnej, niskoemisyjnej mobilności. Z drugiej jednak strony popyt wciąż hamowany jest przez zmniejszoną dostępność gotowych samochodów, a to spowodowane jest trwającym kryzysem w dostawach części i półprzewodników, a także problemami związanymi z zawodowymi kierowcami, których po Brexicie po prostu na Wyspach zabrakło.

Zasięg już wystarcza, brakuje ładowarek

Ciekawym spostrzeżeniem jest przy tym inna kwestia. Otóż do tej pory hamulcem powstrzymującym klientów przed przesiadką z auta spalinowego na elektryczne – poza wyższą ceną oczywiście – był niewielki zasięg pokonywany na jednym ładowaniu. Postęp w tej dziedzinie jest jednak zauważalny, a współczesne elektryki w dobrych warunkach potrafią przejechać 400-500 kilometrów, choć wciąż częściej jest to bliżej 300 km, zwłaszcza zimą.

Według badania przeprowadzonego na zlecenie SMMT, dziś obawa o zasięg, tzw. range anxiety, zdaje się powoli ustępować pola obawie o dostęp do punktu ładowania. Wygląda na to, że kierowcy na co dzień pokonujący mniejsze i średnie dystanse zauważyli, że wbrew czarnemu PR-owi elektrycznego auta nie trzeba ładować codziennie, bojąc się o brak energii w połowie drogi do pracy. Teraz na pierwszy plan wyszła obawa o to, że nie będzie gdzie tego auta naładować, bo brakuje publicznych stacji ładowania, w przeciwieństwie do chociażby stacji paliw, spotykanych przy każdej niemal ulicy czy drodze. Taki lęk przejawia aż trzy czwarte kierowców, a to całkiem spory odsetek.

Świadomość tego mają zarówno władze, jak i sami producenci. Nie każdy ma przecież domowy dostęp do gniazdka, bo wielu z nas mieszka w blokach czy domach bez dostępu do trójfazowej instalacji. Dlatego lokalne samorządy w Wielkiej Brytanii i ogólnie mówiąc na tak zwanym zachodzie, podejmują działanie mające na celu rozbudowę infrastruktury. W te akcje włączają się też producenci samochodów, często nawiązując bliską współpracę z operatorami stacji ładowania w celu stawiania kolejnych takich punktów.

Kia EV6 i szybkie ładowaniefot. materiały prasowe
Kia EV6 i szybkie ładowanie

Niedawno pisaliśmy też o lokalnych władzach w kanadyjskim Vancouver, gdzie za brak punktów ładowania przy stacjach paliw i na większych parkingach zarządcom grozić będą… kary. A u nas? Cóż, póki co milion aut elektrycznych pozostaje wciąż pustym rządowym sloganem i nie widać na horyzoncie nadchodzących zmian w tej kwestii. Aut elektrycznych w Polsce przybywa, ale dzieje się to powoli. Z wielu względów.

Dajcie znać w komentarzach, czy jeździcie na co dzień autem elektrycznym i co skłoniło was do jego zakupu, a także co zniechęca do wyboru i przesiadki na samochód elektryczny. Wysoka cena? Wciąż stosunkowo niski i zależny od pogody zasięg? A może słaba infrastruktura stacji ładowania?

 

REKLAMA