[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
2.5

Zdaniem Obrockiego: Hulaj dusza, sądu nie ma

Pisałem już kiedyś o problemie hulajnóg. Od tego czasu wiele się zmieniło. Niestety nie są to dobre zmiany.

Elektryczna hulajnoga Elektryczna hulajnoga

O zupełnie zaniedbanej sprawie coraz liczniej obecnych w naszym ruchu drogowym i chodnikowym elektrycznych i nożnych hulajnóg rozmawiałem z Wami na wiosnę. Czyli przed sezonem wakacyjnym. A ciepłe lato przyniosło zupełnie nadzwyczajny wysyp tych niby niedużych i niby niegroźnych pojazdów.

Zupełnie zmasowanym szturmem pojawiły się ich tysiące. Były częstym prezentem komunijnym. W mniejszych miejscowościach kupuje się je indywidualnie. Ale w dużych miastach przyrost był lawinowy, bo ruszyły potężne wypożyczalnie "na minuty". Ich prowadzenie, a więc również sukces biznesowy, okazały się wielkie, bo faktycznie, załatwiając sprawy w mieście, można hulajnogą dużo łatwiej i szybciej dotrzeć do każdego domu i podwórka, bez stania w korkach, a przy tym bez zatruwającego środowisko i nerwy poszukiwania miejsca na zaparkowanie auta. Hulajnoga elektryczna z wypożyczalni pozwala podjechać wszędzie, pod same drzwi i tam porzucić ją lekceważąco na skwerku czy chodniku, bo jak będzie potrzeba weźmie się następną.

REKLAMA

Przed większymi urzędami, instytucjami czy uczelniami pojawiają się stosy porzuconych hulajnóg, na środku chodnika, blokując przejście. To te wzięte z wypożyczalni, bo swoich nikt tak nie porzuca. W odróżnieniu od wypożyczalni rowerowych nie ma precyzyjnego systemu elektronicznego dokładnie zapisującego, kto, którą hulajnogę gdzie porzucił. Wieczorem, po ciemku, takie żelastwo pod nogami jest po prostu niebezpieczne. Dla pieszych, rowerzystów, biegaczy, innych hulajnogowiczów. Dla wszystkich.

Jeszcze groźniejsze od hulajnóg leżących i niejeżdżących są hulajnogi jeżdżące. Gdy było ich niewiele temat wydawał się marginalny. Gdy są ich tysiące zrobił się problem. Duży problem. Te hulajnogi jeżdżą szybko. A na swoich malutkich kółeczkach prowadzą się fatalnie. Hamują kiepsko. Skręcają jeszcze gorzej. Zwłaszcza na kostce czy każdej innej nierównej nawierzchni. Liczba wypadków spowodowanych przez te niby niewinne zabawki przestała być marginesem. I szybko przekroczyła liczbę wypadków na rowerach, motorowerach, skuterach czy motocyklach. Alarm, zwłaszcza w dużych miastach, podniosła służba zdrowia, bo połamańcy hulajnogowi to poważny problem dla pogotowia ratunkowego. I nie mniejszy dla policji, sądów i prawników. 

Od strony mandatowo-prawnej wypadki takie dzielą się na "własne", tzn. hulajnogowicz nie umie jeździć, wjechał w słup i połamał własne ręce i nogi (jeszcze częściej rozbił głowę, bo zgodnie z prawem, a raczej jego brakiem, jechał bez kasku), i na wypadki z udziałem osób trzecich i innych pojazdów, gdy taki równie nieporadny hulajnogowicz wjedzie w kogoś, zwłaszcza dziecko, czy w czyjś samochód. Bo wtedy zaczyna się grubsza sprawa - hulajnogowicz to byt formalnie nieistniejący, bo nieopisany w kodeksach drogowych. Hulajnogowicz to najczęściej osoba nieubezpieczona, bo jak go prawnie nie ma, to trudno go ubezpieczyć. Jego pojazd, bez tablic rejestracyjnych, też.

W wielu krajach europejskich liczba wypadków z udziałem hulajnóg idzie w tysiące (!). Więc statystycznie wśród nich są też wypadki ciężkie. Rozpędzona hulajnoga ze stukilowym kierowcą (lub dwoma, bo choć to trochę nielegalne, to jeździ się po dwie osoby - żeby było taniej) to dla małego dziecka pocisk śmiertelny. W dodatku, a to jest element znacząco zwiększający zagrożenie, pocisk bezgłośny. Taki cichy zabójca.

Sprawy eksplodowały w mediach, gdy wśród ofiar znalazły się jakieś bardzo znane osoby. Np. we Francji znana pianistka, która została potrącona i tak poturbowana, że na fortepianie już grać nie będzie. Pojawiają się sprawy sądowe o wielomilionowe odszkodowania. Sprawcy są zdumieni, o co sąd ich się czepia - przecież jechali tylko hulajnogą. I kupili ją w sklepie z zabawkami, a nie w sklepie z bronią. Władze wielu krajów gromko obiecują, zwłaszcza przed wyborami, że absolutnie trzeba ustawowo coś z tym zrobić. Ale nic nie robią, bo hulajnogi politykom pasują - każda hulajnoga na chodniku to przecież mniej samochodów stojących w korkach, a więc można pochwalić się, że rozwiązujemy problem spalin, a więc jesteśmy eko.

Nie ruszają też hulajnóg, bo trzeba by od razu wziąć się za wrotki, rolki, segwaye i deskorolki i wszelkie, co miesiąc nowe wynalazki. U nas też mówiło się o ustawie o UTO (urządzenia transportu osobistego), ale politycy walczą o własne życie na całkiem smakowitej diecie poselskiej, a nie o życie przypadkowych przechodniów.

Czytelniku drogi - jeśli musisz gdzieś iść pieszo albo biegasz wieczorami, obejrzyj sobie jakiś film wojenno-partyzancki i zobacz, jak bezpiecznie nie maszerować środkiem chodnika, ale konspiracyjnie, chyłkiem przemykać pod murami. Ewentualnie kanałami. Jeśli koniecznie chodnikiem, to koślawym i zdewastowanym. Na szczęście mamy ich dużo, bo tam hulajnogi występują rzadziej. A najbezpieczniej schować się w samochodzie. Niestety.

Zobacz także: to będzie hit sprzedaży, nowy model Toyoty

Komentarze

 (2)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij